Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Zaloguj się Zaloguj się

Wielki reset. Witajcie w XIX wieku

Świat, w którym prawo międzynarodowe nie istnieje, zasady nie obowiązują, a słabsze kraje nie mają nic do powiedzenia – już to przecież przerabialiśmy. Dlaczego polskiej prawicy tak się ten świat podoba?

ObserwujObserwujesz
Walka

Wiele jest niezbyt mądrych trendów w polskiej polityce, ale w dziedzinie geopolityki szczególnie wybija się dziś jeden: zachwyt nad tym, co wyprawiają Stany Zjednoczone pod rządami Trumpa, od otwarcie wrogiej polityki wobec Wenezueli, przez groteskową próbę przejęcia Grenlandii, po brutalne traktowanie własnych obywateli, jeśli mają jakiekolwiek opory wobec obecnej władzy.

Coraz częściej słyszymy, że siła znów staje się jedyną walutą, która się liczy.

Taką wizję sugeruje publicysta Rafał Woś w felietonie opublikowanym na łamach Interia. Woś pyta retorycznie: „Czy musi nas martwić pokazywanie Putinowi, że Ameryka Trumpa to nie są już ciepłe kluchy?” oraz „Czy silna i narowista Ameryka nie jest dziś dla Polski i Polaków lepsza od Ameryki zmęczonej?”.

Wosia przebija europoseł PiS Dominik Tarczyński, który otwarcie chwali ICE za zabicie amerykańskiej obywatelki.

Nie są to głosy odosobnione, zwłaszcza na polskiej prawicy. Przeciwnie – wpisują się w coraz powszechniejszą narrację: tak trzeba, takie są realia, świat zawsze rządził się siłą, a sentymenty i normy międzynarodowe to luksus dla naiwnych. Kto jest silny, ten dyktuje warunki. Kto słaby – musi się podporządkować.

Otóż dla kraju średniej wielkości, o wciąż skromnym potencjale gospodarczym, politycznym i militarnym – a takim krajem jest Polska – nie jest to wcale dobra wiadomość.

Świat, w którym o wszystkim decydują między sobą Stany Zjednoczone, Chiny i Rosja, to świat nieskończenie groźny dla „średniaków”. Z polskiej perspektywy znacznie rozsądniejszym celem jest porządek międzynarodowy, w którym głos państw średnich i mniejszych coś waży, nawet jeśli bywa to porządek uciążliwy, powolny i pełen proceduralnych kompromisów.

Imperium bez wstydu

Oczywiście, Stany Zjednoczone nie od wczoraj mają skłonność do arogancji i imperialnych zachowań. W 2004 roku „New York Times” przytoczył wypowiedź jednego z doradców administracji George’a W. Busha:

„Teraz jesteśmy imperium, a kiedy działamy, kreujemy własną rzeczywistość. I podczas gdy wy będziecie ją badać, jak to macie w zwyczaju, my nadal będziemy działać i tworzyć nowe rzeczywistości, które też możecie sobie studiować – i tak to się ułoży. My jesteśmy aktorami historii, a wam wszystkim pozostanie tylko przyglądać się naszemu dziełu”.

Czytaj także Wojna z terrorem i władza, która tworzy własną rzeczywistość Jan Smoleński

Niemniej jest różnica. W tamtych latach takie deklaracje padały nieoficjalnie – półgębkiem, w rozmowach z dziennikarzami, poza kamerami, anonimowo. Ron Suskind, który przytoczył te słowa w „New York Timesie”, nie zdradził, kto je wypowiedział (przypuszcza się, że był to wpływowy wówczas neokonserwatysta Karl Rove). Mimo całej swojej agresywnej polityki i retorycznych drwin z prawa międzynarodowego administracja Busha wciąż czuła potrzebę uzasadniania własnych działań podtrzymywaniem globalnego porządku. Wojny sprzedawano jako eksport demokracji, operacje wojskowe jako obronę wolnego świata, a imperialną dominację jako trudny, lecz konieczny obowiązek hegemona.

Tamte czasy dawno minęły. Trump i jego ludzie nawet nie udają, że mają na względzie jakieś uniwersalne dobro. Nie tłumaczą się z imperialnych gestów, nie budują narracji o obronie wspólnych wartości, nie zabiegają o międzynarodową legitymizację swoich działań. Siła nie jest już środkiem do celu – staje się celem samym w sobie i nie wymaga uzasadnienia.

Dobitnie pokazał to Stephen Miller, jeden z głównych ideologów trumpizmu, który na antenie CNN mówił wprost: „Żyjemy w realnym świecie, który rządzi się siłą, przemocą i władzą. Takie są żelazne prawa świata od początku dziejów”.

To już nie jest cynizm ubrany w język wartości. To jawna afirmacja świata, w którym reguły, instytucje i słabsze podmioty nie mają żadnego znaczenia.

I jest to zmiana na gorsze.

Cynizm wciąż uznaje istnienie norm. Udaje, że prawo międzynarodowe, prawa człowieka czy suwerenność państw coś znaczą – a skoro coś udaje, to mimowolnie potwierdza, że te normy mają moralną wagę i że podziela je znaczna część opinii publicznej. Trzeba się przed nią tłumaczyć, trzeba te normy obchodzić, naginać, interpretować – albo dowodzić, że mamy do czynienia ze szczególnym zagrożeniem, które usprawiedliwia ich łamanie. To oczywiście hipokryzja, ale władza, która czuje się do niej przymuszona, zarazem przyznaje opozycji prawo do dyskusji, zostawia przestrzeń na spór, krytykę i opór.

Jawna afirmacja logiki siły zamyka tę przestrzeń całkowicie. Skoro świat „z natury” rządzi się przemocą, to nie ma sensu apelować do zasad, instytucji, solidarności ani człowieczeństwa. Każdy sprzeciw można zbyć wzruszeniem ramion jako naiwność i przejaw słabości.

Dla państw średnich i małych to szczególnie niebezpieczne. W świecie cynicznym, ale normatywnym, państwa takie jak Polska mogą jeszcze liczyć na reguły, sojusze i procedury, a także na to, że przysługi zostaną odwzajemnione. Z taką przecież myślą Polska wzięła udział w amerykańskiej inwazji Iraku w 2003 roku – chcieliśmy pokazać, że idziemy Ameryce z pomocą nawet wtedy, gdy odmawia tego część jej tradycyjnych sojuszników, by sami móc kiedyś liczyć na pomoc Ameryki w potrzebie. Jednak w świecie, który otwarcie czci siłę, zostajemy jedynie pionkami na cudzej szachownicy – i musimy liczyć na łaskę silniejszych.

Suwerenna kolonia

Część osób uważa, że skoro dzisiejszy porządek geopolityczny i tak jest pełen nierównowagi, hipokryzji i podwójnych standardów, to dobrze, że Trump go burzy. Skoro system jest zły, to może trzeba go rozwalić do fundamentów i stworzyć nowy od zera. Czy nie lepiej przestać udawać, że działa się w imię demokracji, gdy chodzi wyłącznie o własny mocarstwowy interes?

Ta logika przypomina mi myślenie tych Polaków, którzy w ewentualnym upadku Unii Europejskiej widzą szansę na większą suwerenność Polski. Ta „suwerenność” wyglądałaby najpewniej tak, że moglibyśmy sobie co najwyżej wybrać, od którego z trzech mocarstw chcemy być zależni – Stanów Zjednoczonych, Chin czy Rosji. I to w optymistycznym wariancie, bo w bardziej realistycznym scenariuszu te trzy państwa po prostu ustaliłyby między sobą, do czyjej strefy wpływów należymy. Kto jak kto, ale Polacy powinni dobrze kojarzyć, jak to jest, gdy inni wybierają za nas.

Nie chodzi o to, że Unia Europejska jest dziś projektem idealnym. Nie jest. Daleko jej do demokratycznego wzorca, a państwa najsilniejsze – zwłaszcza Niemcy – zbyt często narzucają swoją wolę słabszym. Grecy przekonali się o tym boleśnie po kryzysie zadłużeniowym, gdy Berlin odegrał kluczową rolę w wymuszeniu drastycznej polityki zaciskania pasa. Była to polityka społecznie brutalna i ekonomicznie wątpliwa, a jednak sprzeciw wobec niej nie był możliwy.

Czytaj także A słabi muszą ulegać? Janis Warufakis

Jest więc bardzo wiele do poprawy i zmiany. Jednak rozpad Unii tylko ten proces utrudni, a nie przyspieszy, a Polskę na pewno postawi w szczególnie ryzykownym położeniu.

Wszystkie rzeczy, które dziś mogą nas wkurzać w Brukseli – zbyt duża pobłażliwość wobec interesów korporacji, zbyt niska sprawczość demokratycznie wybieranego Parlamentu Europejskiego, asymetrie globalizacji, presja najsilniejszych graczy – nie znikną przecież wraz z Unią. Wręcz przeciwnie. Kraje takie jak Polska staną się na nie jeszcze bardziej podatne. Wystarczy zapytać Brytyjczyków, jak bardzo uniezależnili się od wielkiego biznesu po Brexicie.

To nie przypadek, że Elon Musk tak chętnie uderza dziś w Unię Europejską. Mimo wszystkich wad pozostaje ona jednym z niewielu podmiotów na świecie, które realnie próbują regulować wielki biznes, w tym korporacje z Doliny Krzemowej. Dla Muska i jemu podobnych znacznie wygodniejszy będzie świat, w którym amerykańskie firmy mogą otwarcie szantażować pojedyncze państwa jedno po drugim, zamiast mierzyć się z dużym, wspólnym regulatorem.

I tu dochodzimy do ogólniejszego problemu z trumpizmem. Nie polega on na tym, że Trump „psuje fajny porządek światowy”, bo ten porządek nigdy nie był fajny. Problem w tym, że trumpizm cofa nawet ten niewielki postęp, który udało się globalnie osiągnąć.

Można ironizować, jak uwielbia nasza prawica, na temat „eurokołchozu”, ale Unia jest realnym krokiem naprzód w porównaniu z uzależnieniem od rosyjskiej dyktatury czy od arbitralnej woli jednego hegemona. Podobnie międzynarodowe normy, prawa i instytucje – choć słabe i często łamane – są krokiem naprzód wobec najbardziej brutalnych epok imperiów, kolonializmu i niewolnictwa.

Wielki reset, tym razem naprawdę

Po ataku Stanów Zjednoczonych na Wenezuelę dużo mówi się o doktrynie Monroego – zresztą sam Biały Dom chętnie się na nią powołuje. To dziewiętnastowieczna koncepcja polityki zagranicznej, która była w gruncie rzeczy ostrzeżeniem skierowanym do Europy: trzymajcie się z dala od zachodniej półkuli, bo to nasza strefa wpływów.

To jednak nie jedyne dziewiętnastowieczne nawiązanie w polityce Trumpa. Gdy jego administracja zaczęła narzucać cła na niemal cały świat, a sam Trump fantazjował o likwidacji podatków dochodowych i finansowaniu państwa głównie z ceł, wróciliśmy do wizji kapitalizmu sprzed ponad stu lat – z czasów, zanim upowszechniły się progresywne podatki dochodowe i nowoczesne państwo fiskalne.

Czytaj także Jak zerwać z rojeniami o „strefach wpływów” i odzyskać lepszy świat Przemysław Wielgosz

Nie wiem, czy trzeba to tłumaczyć, ale XIX wiek nie jest dobrym wzorem do naśladowania.

Nie jest nim dla polskich patriotów – jeśli cokolwiek pamiętają z tego, jak wyglądała „suwerenność” Polski w wieku XIX.

Nie jest nim dla tych, którzy marzą o jakiejkolwiek podmiotowości państw średnich i małych – bo był to czas brutalnego kolonializmu i bezwzględnej dominacji imperiów.

Nie jest nim dla ludzi deklarujących troskę o „zwykłych obywateli” – bo XIX wiek to epoka skrajnych nierówności, pracy po kilkanaście godzin dziennie, braku podstawowych praw pracowniczych, a także niemal zerowych szans na awans społeczny.

Nie jest nim wreszcie dla tych, których interesują prawa obywatelskie i prawa człowieka – bo były one wówczas luksusem nielicznych, a nie uniwersalnym standardem.

Słuchaj podcastu:

Trump próbuje zresetować świat, cofnąć historię o ponad sto lat. Różnica polega tylko na tym, że dzięki swoim kolegom z Doliny Krzemowej doprawia tę wizję odrobiną futurystycznej dystopii: algorytmami zamiast fabrycznych brygadzistów, platformami zamiast kompanii handlowych i prywatną władzą większą niż kiedykolwiek wcześniej.

Dlatego odpowiedź na pytanie, czy burzenie porządku międzynarodowego powinno nas martwić, brzmi krótko: jeszcze jak!

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie