Niektórzy idą w ilość. Rozsyłają masowo to samo CV albo szczegółowo modyfikują każdy plik, personalizując go pod stanowisko i firmę.
– Zacząłem szukać pracy 1 stycznia. Jestem w trakcie pisania magisterki, wciąż mam status studenta poniżej 26. roku życia. Mija 265 dzień tego roku i średnio wysyłałem po 15 CV dziennie. W sumie to prawie 4 tysiące – mówi Piotr w viralowym filmiku na TikToku. – Kilka razy nawet dostałem się do etapu rekrutacyjnego, na którym trzeba było wykonać zadanie lub serię zadań. I do tej pory nie mam pracy. Mimo iż prawie dwukrotnie wyczerpałem pulę ofert, które są dostępne na Rocket Jobs oraz Pracuj.pl, to dalej jestem w dupie.
Zdesperowany, wydrukował papierowe wizytówki i zaczął rozdawać je losowym ludziom na mieście.
Gdyby wydrukować wszystkie wysłane przez Piotra CV, można by je złożyć w wielkie tomisko dzieł zebranych bezrobotnego dwudziestoparolatka. Swoją twórczość w nurcie cefałkowym z pewnością dorzuciliby też inni młodzi, tworząc sagę autorstwa sfrustrowanych bezrobociarzy, którzy pukają do drzwi, okien, w podłogę, sufit i ściany rekruterów. A odpowiedzi jak nie było, tak nie ma i nigdy nie będzie.
Rekrutacje duchów
Śmiało można założyć, że ogłoszenia o pracę są pisane przez szatana. Zbłąkane i naiwne dusze wysyłają CV, licząc, że wylądują w niebie zatrudnienia. Tymczasem rekruter-diabeł wali widłami przez łeb. I to w tym pozytywnym scenariuszu, bo dostanie po mordzie odmową to przynajmniej jakaś interakcja z siłami piekielnymi rekrutacji.
Wielu moich znajomych narzeka na ghosting ze strony rekruterów, zupełnie jakby część ogłoszeń wisiała na portalach bez końca, by zatrudniać duchy. Istnienie zjawiska ghost jobs potwierdzają dane firmy rekrutacyjnej Greenhouse. Według ich raportu 18-22 proc. publikowanych przez Greenhouse ofert można było zakwalifikować jako takie, których firma nie zamierza obsadzić. Natomiast z badania MyPerfectResume z 2024 roku wynika, że 81 proc. rekruterów z USA (z 753 biorących udział w badaniu) przyznało, że ich miejsce pracy publikuje ogłoszenia o naborze, którego nie ma. Zapytani o powody takich działań odpowiadali, że sprawdzają reakcję rynku i zdobywają informacje na temat konkurencji, chcą utrzymywać obecność firmy na portalach z ofertami pracy oraz budują bazę kandydatów na przyszłość.
Nie wiadomo, jaka część polskich ofert to prace dla duchów, ale zakładam, że nie jest to zjawisko marginalne. Platformy społecznościowe i fora dyskusje roją się od postów:
„Wysłałem 1000 CV i nie odbyłem ani jednej rozmowy kwalifikacyjnej”.
„Nikt nie odpowiada na moje CV, co robię nie tak?”.
„Czy ktoś może przeanalizować moje CV?”.
– Ja zawsze powtarzam moim bliskim, którzy biorą udział w rekrutacjach: „Pamiętaj, że to nie jest o tobie, a o systemie, który jest dziurawy”. Oczywiście są pracodawcy, którzy prowadzą rekrutacje jakościowo, ale skala tych, którzy tego nie robią, jest przytłaczająca – tłumaczy mi Maja Gojtowska, która od 2008 roku pomaga firmom lepiej komunikować się z kandydatami do pracy i pracownikami. – Nie jest łatwo. 75 proc. aplikacji, które trafiają do pracodawców, odpada na etapie pierwszej selekcji, bo są nie na temat. Gdy słyszę, że kandydat w ciągu miesiąca wysyła 300 CV, to zastanawiam się, jakiej jakości są te aplikacje.
Czy w związku z tym szukający pracy muszą przyzwyczaić się do bycia ghostowanymi? – Oczywiście problem feedbacku rośnie i będzie rosnąć, bo podczas rekrutacji przychodzi bardzo dużo aplikacji. Gdy pomagałam znajomej znaleźć pracę w marketingu, odezwałam się do firmy, która opublikowała ogłoszenie na stanowisko juniorskie zaledwie trzy dni wcześniej. Spytałam, czy jest sens wysyłać jeszcze CV. Odpowiedzieli, że nie, bo dostali już 600. A bywa tak, że rekruter prowadzi 10, 15 czy 30 procesów rekrutacyjnych równocześnie. Jeśli do tego dołożymy pozostałe obowiązki, to nie ma co się dziwić rekruterom – fizycznie nie są w stanie odpowiedzieć na każdą aplikację. Tym bardziej że mogą nawet nie wiedzieć, dlaczego kandydat został odrzucony, decyzję i tak podejmuje menadżer. Na salach szkoleniowych słyszę frustrację rekruterów – idą do szefów, pytają, dlaczego odrzucili danego kandydata, słyszą: „Nie wiem, wymyśl coś” – wyjaśnia Gojtowska, i dodaje:
– Nie chcę bronić ghostingu, bo oczywiście istnieje możliwość automatyzacji komunikacji poprzez system ATS. I choć ATS-y ma zdecydowana większość pracodawców, to mam wątpliwości, na ile inwestują w dobre zaplanowanie procesu rekrutacji.
Rekruterski ghosting to wciąż względnie pozytywny scenariusz. Tym najgorszym, najbardziej piekielnym, pozostaje „oszustwo na pracę”.
Fałszywe oferty pracy żerują na frustracji kandydatów
Poziom frustracji wprost proporcjonalny do cen mieszkań, wyraźny brak dobrych chęci, by odziedziczyć mieszkanie w dużym mieście – ten miks przypadłości może stępić czujność nawet urodzonej w internecie zetki.
Dwudziestokilkuletni poszukiwacze opisują mi swoje doświadczenia zawodowe:
– Miała być praca w administracji. Po wyszukiwaniu opinii w internecie okazało się, że to akwizycja. Wywożą pracowników całymi grupami na jakieś wsie i mają oni chodzić od domu do domu i nakłaniać do założenia satelity – opowiada Maja.
Adam podjął się lekkiej pracy przy stawianiu ogrodzenia. Na miejscu okazało się, że „ogrodzenie” to jednak „kopanie rowów w błocie”. Drugi raz przyjął ofertę jako operator maszyny na linii produkcyjnej. Gdy przyjechał do pracy, dowiedział się, że jego stanowisko polega jednak na „waleniu młotem w miedzianą rurę podczas wpychania jej do zgniatarki”. Do trzech razy sztuka, pomyślał. Za trzecim razem wszystko wydawało się w porządku – na rozmowie kulturalnie, firma wiarygodna, stanowisko to samo, co to, na które aplikował. Adam zapytał, gdzie jego umowa. Szef odpowiedział, że najpierw musi z tydzień popracować, a wtedy zobaczymy, czy w ogóle jakaś będzie.
– Ogólnie to szukam sobie pracy, aby dorobić, zwłaszcza jako studentka. Dostałam SMS od jednej z ofert na OLX, gdzie wysłałam CV, aby dołączyć do jakiegoś webinaru. No i okazuje się, że jednak jest to scam. Na początku zabrzmiało jak odpisywanie ludziom jako chatbot/customer support. Ale prowadzący spotkania później powiedział, że moja praca będzie polegała na zakładaniu kont bankowych – żali się Weronika.
Z raportu The LinkedIn Job Search Safety Pulse z 2026 roku wynika, że podejrzewanie oszustwa podczas przeglądania ofert pracy stało się normalną częścią doświadczenia – 72 proc. badanych przyznaje, że zastanawia się nad prawdziwością przeglądanych ofert. Twórcy raportu podkreślają istnienie zjawiska zwanego The Gen-Z Scam Gap – 32 proc. przebadanych zetek zadeklarowało, że padło ofiarą oszustwa związanego z pracą, podczas gdy tyle samo proc. przyznaje, że celowo ignoruje czerwone flagi w ogłoszeniach, bo rynek pracy i tak jest konkurencyjny.
Badanie przeprowadzono wśród obywateli USA, Niemiec, Indii, Wielkiej Brytanii i Brazylii. Przyczyn wysokiego ryzyka narażenia na pracowy scam twórcy raportu dopatrują się m.in. w niepewnej sytuacji na rynku pracy, dużej presji i konkurencji.
AI profesjonalizuje oszustwa na rynku pracy
Pracoscamy przybierają różne formy. Jak donosi „BBC”, jedna z ofiar rekrutera-scamera otrzymała na LinkedInie zaproszenie do procesu rekrutacyjnego od wiarygodnie wyglądającego mężczyzny. Scamer przeprowadził z nią rozmowę wideo na temat oferty, a później poprosił o wykonanie testu, do którego instrukcje znajdowały się w arkuszu Google. Po odbębnieniu zadania kobieta poszła spać, a rano zorientowała się, że ktoś wyczyścił jej konto.
Okazało się, że arkusz zawierał złośliwe oprogramowanie, dzięki któremu scamer lub scamerska szajka wzbogacili się o 18 tysięcy funtów.
W kwietniu polska policja we współpracy z bankami wypuściła edukacyjne webinary, w których przestrzega przed oszustwem „na rekrutera”.
„Odezwała się do mnie amerykańska agentka. Dostałem świetną ofertę, 30 tysięcy euro na miesiąc. Miałem tylko pisać posty, czasem opublikować wideo. Żeby zacząć zarabiać, musiałem wykonać zadania, a dostęp do nich kosztował tysiąc złotych. Gdy chciałem zrezygnować, kontakt się urwał” – opowiada bohater ostrzegający obywateli przed scamerami w ramach kampanii „Bankowcy dla CyberEdukacji”.
Sposobów na oszukanie poszukiwacza pracy jest sporo. Wiele z nich jest znacznie mniej oczywistych niż chwyt „na amerykańską agentkę”. Scamy z wyłudzaniem pieniędzy mają długą historię, jednak rozwój sztucznej inteligencji to wielka pomoc dla oszustów, prowadząca do profesjonalizacji scamów. Na platformach z ogłoszeniami o pracę pojawia się coraz więcej ofert zredagowanych przez AI – pozbawionych niezręczności językowych i literówek, wiarygodnych i rozbudowanych. Koszty generowania fałszywych ofert są praktycznie zerowe, a w krótkim czasie można ich wytworzyć więcej niż tych prawdziwych.
Scamy coraz rzadziej ograniczają się do maila z dziwacznej domeny lub wcale-nie-podejrzanej wiadomości na WhatsAppie. Niektóre fałszywe ogłoszenia wymagają od użytkownika zalogowania się na własnym koncie Google i nie różnią się zbytnio od zwykłej, realnej rekrutacji. Potrzeba miksu przeczuć, czasu i umiejętności, by zweryfikować prawdziwość każdej oferty, tym bardziej jeśli wysyłamy CV masowo. To koniec dominacji poczciwych scamów z pocztu tureckich książąt, takich jak Elżbieta II, która prosi z zaświatów o BLIK-a. Oczywiście w internetowych odmętach znajdą się też retroscamerzy, którzy korzystają ze starych i sprawdzonych metod, ale dzięki AI narodziło się wiele nowych.
Jedną z nich jest szansa na zostanie finansowym mułem. Stanowisko to kryje się pod dumnymi nazwami, takimi jak „menedżer ds. przetwarzania płatności”, „agent transferów pieniężnych”, „zdalny asystent administracyjny”, „specjalista ds. kontroli jakości” czy „osoba odpowiedzialna za obsługę klienta”. W rzeczywistości jest to ścieżka kariery polegająca na udostępnieniu swojego konta bankowego i przelewaniu dalej nielegalnych środków.
Innym sposobem jest scam „na kupno sprzętu do pracy”. Jako iż część ludzi w starciu z rynkiem pracy nie oczekuje absolutnie niczego dobrego, zdarza się, że ktoś godzi się na opłacenie sprzętu z własnych pieniędzy. W końcu, jak zapewnia rekruter-scamer, koszty sprzętu zostaną doliczone do pierwszej wypłaty. Tak naprawdę sklep jest fałszywy. Gdy ofiara marząca o młodym, ambitnym zespole podaje dane karty, oszuści wykorzystują to, by zapłacić za inne towary.
Scamerskie creme de la crème niech zwieńczy wykorzystanie pozytywnych emocji po pomyślnej rozmowie kwalifikacyjnej. Scamerzy mogą poprosić o zainstalowanie fałszywych aplikacji, takich jak Indeed Interview czy MyInterview, które mają udostępnić przyszłemu pracownikowi informacje na temat jego stanowiska.
Po instalacji dowiaduje się on jednego – że znów jest w dupie.
A mógłby być w jeszcze większej, bo rosyjskiej. W czerwcu 2026 roku dziennikarze „Vot Tak” przeanalizowali kuszącą ofertę z czatu „Wrocław Praca / Polska”: „praca z elastycznym grafikiem, bez biura i dress code’u”. Technicznie rzecz biorąc, ogłoszenie nie kłamało. Do pracy w rosyjskiej dywersji nie potrzeba biura ani odpowiedniego stroju, a właśnie tego dotyczyła oferta. Podobnie jak co najmniej setki innych, których coraz więcej pojawia się na polskich grupach. Werbownicy szukają ludzi gotowych podpalać pojazdy wojskowe NATO, ukraińskie samochody czy punkty zbiórki darów. Na terenie Ukrainy, ale nie tylko – rekrutacja się rozkręca. I kto wie, być może okaże się, że FSB to znacznie solidniejszy pracodawca niż pan Jan, który obraża się na kandydata, co machnął CV w AI.
Wojna na prompty. Kandydaci próbują przechytrzyć AI
Druga strona walczy, jak może. Połączenie frustracji ghostowanych kandydatów i rozwoju AI prowadzi do CV-maxxingu. Polega on na umieszczaniu w CV ukrytych instrukcji dla AI, które miałyby zmanipulować system rekrutacyjny, odsiewający niepasujące do oferty zgłoszenia.
Business Insider opisał przypadek rekrutera, który odkrył, że jeden kandydat ukrył w CV prompt na około 1500 znaków. Białym kolorem na białym tle zapisał instrukcję dla AI, by zignorowała wgrane przez firmę wytyczne wybierania najlepszych CV i uznała go za perfekcyjnego kandydata, bez względu na to, czy spełnia warunki, czy nie.
W maju tego roku badacze z Duke University przeanalizowali około 200 tysięcy CV. Okazało się, że 2 tys. z nich zawierało ukryty prompt, mający na celu „wybicie” zgłoszenia kandydata w systemie. Zjawisko to nazywa się wstrzykiwaniem promptu (ang. prompt injection). Na platformach społecznościowych można znaleźć całą masę omówień i instruktaży z formułowania promptu w taki sposób, by oszukać system.
Tak rozpoczyna się osobliwa walka na prompty, której istnienie jest mocnym argumentem na internetową tezę, według której wszyscy umarliśmy w 2020 roku, a to, co obserwujemy, to piekło. Rekruterzy, spanikowani, że jakiś student oszuka ich sprytny system, próbują przechytrzyć kandydatów i pokazać, że lepsi z nich prompciarze. Simone Lini, CEO Zerolook, orientując się, że część zgromadzonych CV zawiera ukryte instrukcje, postanowił podjąć rękawicę. Wrzucił wszystkie CV do specjalnego narzędzia i poprosił, by odsiało te, w których znajduje się ukryty prompt. I tak w kółko – w kolejnej rundzie, najprawdopodobniej, kandydaci zapromptowaliby CV tak, by nie dały się zdemaskować przez dodatkowe narzędzia, a potem co bystrzejszy CEO użyłby promptu, który wyszuka nikczemne prompty jeszcze głębiej ukryte.
– Większość pracodawców w Polsce dokonuje selekcji kandydatów metodą białkową – przekonuje mnie Maja Gojtowska. – Jeśli kandydat jest odrzucany, to znaczy, że rekruter podjął taką decyzję albo jego CV utonęło w morzu innych. Po wielu zgłoszeniach widać, że są stworzone przez AI, więc czy rozsądne byłoby analizowanie takich CV za pomocą AI? Oczywiście istnieją służące do tego narzędzia. W Polsce jest to system Traffit, który ma funkcję AI scoring. Można wykupić funkcję, dzięki której narzędzie AI oceni CV, ale ostateczną decyzję i tak podejmie rektruter. Często słyszę tezy, że AI rekrutuje za ludzi. Łatwiej jest sobie wytłumaczyć, że odrzuciła mnie sztuczna inteligencja. W Polsce tak to nie wygląda. Ale nadszedł moment, w którym pracodawcy powinni zmienić kolejność rekrutacji, bo decydowanie na podstawie CV po prostu nie ma już sensu – twierdzi ekspertka.
4000 CV i nadal bez etatu:. Nikt o nikim nic nie wie
AI umościło się po obu stronach procesu szukania pracy – przekonuje kandydatów, że mogą oszukać system rekrutacji oraz wspiera scamerów w podszywaniu się pod rekruterów. Dzięki temu nie wiadomo już, czy rekruter jest prawdziwy, czy oferta jest prawdziwa, czy kandydat jest prawdziwy, a nawet czy nazwa stanowiska mówi prawdę na temat pracy (o ile ta istnieje).
– Rynek pracy to rynek paradoksów, a frustracja buzuje w kandydatach od lat. Dziś coraz częściej znajduje ujście – zdarzają się sytuacje, gdy sfrustrowani kandydaci publikują posty na LinkedInie, oznaczają rekrutera i piszą: „Panie Janie, obiecał pan wrócić do mnie 1 września z odpowiedzią, a jest już 1 października. Gdzie jest feedback?” – opowiada Maja Gojtowska.
A jeśli jesteście ciekawi, jak skończyła się historia Piotra z czterema tysiącami CV, to mam od niego życiowy update: po publikacji rolki dostał jedną ofertę, związaną z relokacją na południe kraju.
– Nie zdobyłem się na odwagę, bo wydatki, które musiałbym ponieść, przekroczyły moje możliwości. Obecnie pracuję jako freelancer. Od zlecenia do zlecenia. Tutaj fryzjer, tam piekarnia. Po drodze przewinęły się dwie wytwórnie gier. Jestem w trakcie podpisywania umowy na dłuższy czas z lokalem gastronomicznym. Może od przyszłego semestru będę wykładał na uniwersytecie, ale to tylko pod warunkiem, że wystarczy dla mnie godzin. Więcej grzechów nie pamiętam.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!