Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Kaszpirowski i moda na antynaukę. Pod koniec PRL oświecenie było cholernie niemodne

Ludzie tacy jak „hipnotyzer” Anatolij Kaszpirowski byli pasożytami doskonale adaptującymi się do czasu przejściowego, gdy katastrofa ideologii była dla wszystkich oczywista, ale nowa całość jeszcze nie została poskładana.

Rozmowa
Serce

1

Michał Sutowski: Niedawno zmarł Anatolij Kaszpirowski – słynny psychiatra i hipnotyzer, oglądany przez miliony Polaków w TVP i na żywo na początku lat 90. Fenomen jego popularności sprowadzano często do sytuacji transformacyjnego chaosu, gdy waliły się stare pewniki, ludzie tracili poczucie sensu i przy okazji miejsca pracy, a klasyczna pomoc psychologiczna i terapie były mało dostępne. Ale przecież falę masowej fascynacji radiestezją, bioenergoterapią, a także psychotroniką, obok dobrze znanej astrologii i wróżbiarstwa, przeżywano w PRL mniej więcej od połowy lat 70. Skąd ci wszyscy różdżkarze, uzdrowiciele, ale może przede wszystkim paranaukowcy wzięli się w ustroju, który głosił przecież materialistyczny, naukowy światopogląd?

Wojciech Orliński: Furtką dla tych praktyk był, moim zdaniem, PRL-owski brak wolności. Bo fundamentem metody naukowej, czymkolwiek ona jest – jak zapytać filozofów, np. Feyerabenda, Lakatosa, Poppera lub pozytywistów, to dostaniemy różne odpowiedzi – musi być swoboda debaty. Zdrowe życie akademickie jest w zasadzie nie do pogodzenia z cenzurą, a sama możliwość sporu uczonych: ma rację ten Kopernik, czy nie ma? – dała ogromnego kopa rozwojowego naszej cywilizacji w czasach renesansu. Za to odgórnie narzucone ograniczenia sprzyjają zatarciu granicy między tym, co zbiorczo nazwiemy ezoteryzmem a nauką właśnie.

Czytaj także Adin, dwa, tri – Kaszpirowski Stasia Budzisz

A nie odwrotnie? Cenzura nie ogranicza zasięgu takich rzeczy jak wróżbiarstwo, astrologia czy różne paranauki? W jednym z państwowych wydawnictw pod koniec lat 40. uznano, że na takie banialuki dla naiwnych jak sennik egipsko-arabski szkoda papieru – i książka przez wiele lat się nie ukazywała.

Owszem, jak jest cenzura, to i ezoteryki może wprost zakazać. Rzecz w tym, że ustrój totalitarny czy choćby autorytarny łatwo staje się wylęgarnią tzw. wiedzy tajemnej, bo tajemnice, przemilczenia i niedopowiedzenia są istotą jej… powiedzmy, że metodologii, choć to słowo jest tradycyjnie zarezerwowane dla nauk. Wiedza ezoteryczna dostępna jest, o ile w ogóle, drogą mistrz-czeladnik: długoletni kontakt z guru, któremu zanosimy różne dary, otworzy nam, być może, drogę do jego tajemnic.

Taka np. antropozofia, jeszcze XIX wieczna, zakładała kilka stopni wtajemniczenia i to był prototyp już bardziej spektakularnych, XX-wiecznych systemów „wiedzy tajemnej” oferowanej niemal komercyjnie: kolejne wpłaty przenoszą cię na kolejne poziomy, a jak już wpłacisz gigantyczną fortunę, taką na poziomie gwiazdy Hollywood, to się dowiesz, że jesteś na przykład kosmitą. Natomiast co do zasady nie dowiesz się tego z recenzowanego artykułu w jakimś „Journal of Esoteric Knowledge”; nie poznasz argumentów za tym, czy tak naprawdę jesteśmy kosmitami z Wenus czy z Saturna, opartych o jawne zbiory danych i precyzyjnie opisane metody.

W nauce wszystko powinno być jawne?

Zasadniczo tak i musi zostać poddane sporowi, recenzji, falsyfikacji. Jeśli naukowiec cokolwiek odkryje, to musi – przynajmniej w teorii – przejść proces wewnętrznych recenzji; ujawnić, jakie metody i źródła wykorzystał. To wszystko jest potrzebne po to, by w miarę możliwości możliwe było powtórzenie jego eksperymentu lub interpretacja zgromadzonego materiału.

Czyli system głosił swą naukowość i wynosił naukę na piedestał, ale nie tworzył dla niej warunków?

Kapitał Marksa, czyli fundamentalne dzieło dla oficjalnej wykładni marksizmu, opierał się między innymi na doniesieniach i analizach z „The Economist” oraz na tzw. niebieskich zeszytach, czyli szczegółowych raportach statystycznych, sprawozdaniach inspektorów fabrycznych oraz wywiadach przygotowanych dla rządu i brytyjskich komisji parlamentarnych. Mimo całej zawiłości Marksowskiego stylu, można było o tych danych dyskutować, krytykować je i reinterpretować. Tyle że poza materiałem empirycznym, marksizm zawierał też pewien ezoteryczny pierwiastek, bo w ramach swojej filozofii historii Marks i Engels zawsze odwoływali się do pojęcia materializmu historycznego, zwanego w słusznie minionym ustroju „histmatem”, którego nigdy precyzyjnie nie wyłożyli – i to byłby ten odpowiednik ostatniego stopnia oświecenia…i.

To o teorii, ale rozumiem, że większym kłopotem była ustrojowa praktyka?

Dobrze to widać we wspomnieniach Stanisława Lema, gorącego zwolennika metody naukowej, myślenia oświeceniowego i postępowego, który był niesłychanie zdegustowany po swojej wizycie w Związku Radzieckim. Publiczność go fetowała, obcował jednak z tamtejszymi akademikami, często wybitnymi i odkrył, że dla nich np. fizyka jest taką samą nauką jak parapsychologia. Zupełnie serio chcieli z nim rozmawiać np. o telepatii…

Ale ta wizyta miała miejsce w latach 60. Przecież to jest czas, kiedy ZSRR ma realne osiągnięcia naukowe i nie chodzi o naukowy ateizm ani Łysenkę czy Miczurina, tylko o to, że rakiety projektowane przez ich naukowców wyniosły człowieka w kosmos, bomba wodorowa wybuchała, a reaktory jądrowe produkowały prąd. Jak się ma jedno do drugiego? Realny dorobek w naukach stosowanych do wiary w kompletne bzdury?

Cóż, Stalin rozumiał, że potrzebuje tych działających bomb atomowych, więc jego fizycy atomowi mieli więcej swobody, za to już w naukach humanistycznych czy społecznych nie było potrzeby odkręcać śruby, bo i po co. Dlatego badacze społeczni i humaniści rzadko mieli okazję do prawdziwej debaty naukowej, często nie rozumieli przez to kryteriów odróżniających naukę od baśni. Z kolei na przykład fizyk mógł łatwo przyjąć, że skoro jego znajomy psycholog wierzy w telepatię, to czemu on ma nie uwierzyć?

Czytaj także Lem, prorok w peryferyjnym kraju Michał Sutowski

A w Polsce? Rozumiem, że skoro dla Lema po konwersatorium naukoznawczym na UJ to był szok, to u nas było inaczej?

Ja uważam, że w Polsce życie akademickie zasadniczo udało się ocalić przed ekscesami stalinizmu. Oczywiście, wielu ludzi zaszczuto, niszczono starych profesorów, ale przedwojenna ustawa o szkolnictwie wyższym obowiązywała do 1951 roku, a wraz z nią pewne przejawy autonomii uczelni. A represjonowani naukowcy trafiali raczej do biblioteki i archiwum, a nie na białe niedźwiedzie czy do pracy w kotłowni. To nie była sielanka, ale też nie pełna sowietyzacja; co więcej, po 1956 nawet uczelnie, które władze założyły od postaw, jak Uniwersytet Łódzki, zaczęły wprowadzać wszystkie te gronostaje, tytulaturę i inne „feudalne przeżytki”, z którymi nauka radziecka miała przecież zerwać. Czytałem sporo stenogramów z rad wydziału czy obron doktoratów – w Polsce na większości uczelni naprawdę toczyła się poważna dyskusja, mimo partyjnych układów czy rytualnych koncesji na rzecz obowiązującej linii.

Skąd zatem u nas ta ezoteryka pożeniona z językiem naukowym? W stalinizmie, kiedy debata zduszona była najbardziej, to wszystko było po prostu „nienaukowe”, wsteczne i przez to zwalczane; potem, jak mówisz, warunki do działania nauki – poza historią najnowszą, ekonomią czy stosunkami międzynarodowymi – były, jak na blok wschodni, relatywnie znośne.

W ZSRR to się zaczęło kłębić w latach 60., u nas jeszcze ciągle udawało się to utrzymywać poza murami uczelni, głównie dzięki etosowi kadr naukowych i względnej autonomii poza tematyką ściśle polityczną. Przez cały okres PRL nie można było zrobić doktoratu np. z psychotroniki, o radiestezji nie wspominając.

Ale już np. kluby radiestezji czy właśnie psychotroniki powstawały przy Polskim Towarzystwie Cybernetycznym. A cybernetyka miała, jeśli dobrze rozumiem, status poważnej dyscypliny naukowej. Pierwszym sekretarzem PTC od 1962 roku był ekonomista Oskar Lange, niegdyś wykładowca Uniwersytetu Chicago. To jak się ma jedno do drugiego?

Cybernetykę na Zachodzie wylansowali w latach 40. matematycy Norbert Wiener i Claude Shannon, jako naukę o przepływie i przetwarzaniu informacji, w powiązaniu z teorią zarządzania – tyle że ubraną w matematyczne formuły i nazwaną po grecku. Trochę nam z tego zostało: Shannon na użytek tej dziedziny wymyślił jednostkę informacji, czyli bit, którą posługujemy się do dzisiaj; używamy też pojęć-intuicji jak „czarna skrzynka”, „sprzężenie zwrotne” czy np. centralne pojęcie cybernetyki: „homeostaza”.

Czytaj także Wbrew powszechnemu przekonaniu okres stalinowski w polskiej nauce nie był okresem pustki Rafał Stronk rozmawia z Jakubem Motrenką i Łukaszem Bertramem

Czyli?

Stan dynamicznej równowagi, którym opisujemy na przykład ludzki organizm z jego dążeniem do zachowania stałej temperatury ciała – poprzez monitorowanie różnych układów, wysyłanie odpowiednich sygnałów i reagowania na zmiany i bodźce z zewnątrz tak, by ciągle było te 36,6. Wszystko to, co było interesujące i rozwojowe poza tymi ogólnymi intuicjami, zostało potem wchłonięte i rozwinięte przez nową dziedzinę, computer science, czy po prostu informatykę. Początkowe nadzieje były jednak większe: te formuły miały umożliwić precyzyjne opisanie mechanizmów świata, w tym świata społecznego. Ostateczne wnioski, jakie konkretnie z tego wypływały dla psychologii czy socjologii, dawało się spisać na kilku kartkach, ewentualnie w małej książeczce.

Zrobił się z tego ślepy zaułek?

Tak, choć nie pierwszy i nie ostatni. Chyba każde pokolenie ma swoją cybernetykę, tzn. jakąś wielką nadzieję, że nauki społeczne i humanistyczne uda się uczynić bliskimi ścisłym, że uda się nadać im formalne, matematyczne ramy. Że przestaniemy kombinować w tej psychologii czy literaturoznawstwie niemal intuicyjnie, tylko dowiedziemy, jak dwa razy dwa jest cztery, że Słowacki wielkim poetą był. Czymś podobnym było przekonanie, że nauki społeczne uda się sprowadzić do biologii ewolucyjnej, albo też wiara strukturalistów, że da się i literaturę, i ludzką psychikę, i wszystko właściwie opisać wzorem algebraicznym. Dla mojego pokolenia czymś podobnym była zapoczątkowana przez Richarda Dawkinsa memetyka – dedykowane jej pismo naukowe rozwiązało się w 2018 roku, co było zbiorowym przyznaniem się do porażki.

Nieuniknionej?

Te wszystkie próby się kończyły fiaskiem, bo – to już mój pogląd filozoficzny – że jest coś takiego, jak nieredukowalny czynnik ludzki, tzn. nauka nie do końca potrafi nas wyjaśnić i opisać matematycznie. Mamy sobie jakąś zagadkę, której nauka nie opisze. Natomiast cybernetyka na chwilę dawała taką nadzieję, nawet Stanisław Lem zdążył się na to złapać, czego wyrazem są Dialogi z 1957 roku, gdzie zakłada, że przy pomocy cybernetyki da się opisać wszystkie istotne zjawiska. Odciął się jednak od tego myślenia bardzo szybko, bo już w Summie technologicznej, wydanej siedem lat później; gwiazda cybernetyki wyraźnie też gasła na Zachodzie. I dlatego też nie chciał – pomimo intensywnych nagabywań – zapisać się do wspomnianego Towarzystwa Cybernetycznego, któremu bardzo zależało na światowej sławy pisarzu i autorytecie.

Lem rozumie i rozpoznaje różne rzeczy wcześniej do innych, ale skoro, jak mówisz, gwiazda tej dyscypliny nauki na Zachodzie przygasała, to czemu u nas dopiero zakładano stowarzyszenie, które miało ją promować?

Jedna z patologii tamtego systemu polegała na tym, że założenie stowarzyszenia było bardzo trudne – trzeba było przejść różne weryfikacje, rejestracje, dostać partyjny glejt – ale jak się udało, to przynosiło profity. Członkowie takich organizacji robili za tzw. czynnik społeczny, mogli zajmować różne stanowiska, zostać radnymi, a nawet posłami, załapywać się na dofinansowania, za granicę pojechać, nawet międzynarodowe sympozjum zorganizować, a szef mógł liczyć na samochód z kierowcą.

Ale tam naprawdę angażowali się poważni ludzie. Taki Lange samochody z kierowcą miał pewnie z kilku instytucji… No i przede wszystkim: dlaczego władze PRL to kupowały? Po co im była ta cybernetyka?

Gdyby traktować bardzo serio jej wnioski, do których Lem bardzo szybko doszedł w swoich Dialogach, to byłyby takie, że komunizm musi się zawalić. Ponieważ nie działa w nim to sprzężenie zwrotne – czyli informacja o realnych skutkach działań władz i ich społecznym odbiorze nie trafia z powrotem do decydentów – to nie uda się utrzymać homeostazy, tylko nastąpi seria coraz boleśniejszych kryzysów. Ta intuicja Lema była oczywiście trafna i to swoją drogą niezwykłe, że Dialogi ukazały się drukiem. Jednak nawet i z tej intuicji niewiele wynika; nie da się na przykład obliczyć, kiedy dokładnie komunizm upadnie, Lem był tym zaskoczony tak samo jak wszyscy.

Ale chyba nie o taką cybernetykę chodziło władzom?

Na ich użytek w złagodzonej wersji ta opowieść brzmiała, że my, cybernetycy, mamy metody, by usprawnić przetwarzanie informacji, których władza potrzebuje, żeby planować gospodarkę i zarządzać społeczeństwem.

I pamiętajmy, że to są wciąż czasy wiary, że gospodarka planowa może prześcignąć kapitalizm wraz z jego chaosem – Oskar Lange był wielkim rzecznikiem tezy, że wyzwaniem dla planowania jest głównie moc obliczeniowa komputerów, wówczas jeszcze zbyt mała. To też była, z wielu powodów, utopia, ale zarazem jakieś racjonalne jądro tego sposobu myślenia.

W gospodarce PRL specjalnie to nie pomogło…

Bo nie mogło, z wielu powodów. Ale wykonano zaraz następny krok, właśnie w stronę odkrywania tajników manipulacji człowiekiem i całym społeczeństwem, szukania naukowego klucza do rozumienia wielkich procesów historycznych. A potem dodawano różne przedrostki do tej cybernetyki, próbując ogarnąć jej narzędziami kolejne dziedziny: socjo-, psycho-, nawet biocybernetyka… I tu już się zaczyna robić niebezpiecznie.

Dlaczego?

Całe to towarzystwo przyciągnęło kilkoro zacnych humanistów, którzy zapewne mieli dobre intencje, ale niewiele z tej całej matematyki od początku rozumieli. Akurat Lem, jak już wspominałem, nie dał się w to wkręcić. Obok jednak pojawiało się coraz więcej, nazwijmy ich… weteranów walk partyzanckich w lasach kielecczyzny. Najsłynniejszy bodaj polski socjocybernetyk Józef Kossecki w latach 80. organizował będzie Stowarzyszenie Patriotyczne „Grunwald”.

Czytaj także Najbardziej opiniotwórcza książka o historii wydana w PRL-u Paweł Machcewicz

Czyli chodzi o tzw. moczarowców, inaczej „narodowych” komunistów? Ale co mają ze sobą wspólnego zwolennicy, powiedzmy, nieortodoksyjnej teorii informacji z filozofami religii i jeszcze na dodatek zwolennikami teorii spiskowych i zwykłymi antysemitami?

Metoda czy raczej antymetoda ezoteryczna polega na tym, że nie ujawniamy klarownej ścieżki naszego rozumowania, tylko ukrywamy to, co najważniejsze, żeby ewentualnie zdradzić wybranym uczniom prawdę – o naturze człowieka, naturze społeczeństwa czy historii. Klasyczni cybernetycy zatrzymywali się na tym, co faktycznie dawało się matematycznie opisać. Natomiast nasi szli dalej: zaczynali głosić, że cybernetyka jest zbiorem praw, których do końca nie da się wyartykułować, rzucali rozmaite intuicje i aluzje, których niby za sprawą cenzury nie można wyjaśnić wprost, stosowali zawiłą terminologię, np. na opisanie typów ludzkiej osobowości. Stąd już było blisko do ezoteryki z jej poziomami wtajemniczenia – tylko na zgniłym Zachodzie na końcu dowiadujesz się, że światem rządzą reptilianie, a tutaj, że oczywiście tajne służby i Żydzi. To okazało się zresztą bardzo poręczne…

W marcu ’68 roku?

Tak, to był czas na personalne zamachy stanu na różnych uczelniach czy instytutach, po których ludzie mogli awansować i przebić się z publikacjami wątpliwymi na gruncie klasycznej metodologii nauk. Trochę jak w scenie zebrania redakcyjnego w filmie Wajdy, które jest uogólnieniem różnych zebrań różnych instytucji tamtego czasu: pojawia się ten Andrzej Seweryn jako reprezentant zupełnie nowej metody i obala tego Zapasiewicza, reprezentującego stary establishment. Co ciekawe, te „nowe metody”, idee czy pomysły teoretyczne dawało się, na przekór narodowo-komunistycznej otoczce, czerpać z publikacji zachodnich, tyle że utrzymanych w nurcie antyoświeceniowym, irracjonalistycznym, którymi w latach 60. tam obrodziło.

Ale to wszystko dzieje się głównie w środowiskach akademickich. Kiedy jednak szukam początków wielkiej, masowej popularności ezoteryki, różdżkarstwa, ale też rozmaitych niezachodnich form duchowości, to wszystko wskazuje na środek dekady Gierka, dobre kilka lat po marcu ‘68: artykuły o uzdrowicielu i jasnowidzu o. Klimuszce ukazują się w „Literaturze” Putramenta w roku 1974, Clive Harris przyjeżdża do Polski w 1975, warszawskie Stowarzyszenie Radiestetów, później Towarzystwo Psychotroniczne – zostaje zarejestrowane we wrześniu 1976. Dlaczego wtedy?

Na poziomie masowej świadomości społecznej kłopot pojawił się mniej więcej w połowie dekady Gierka – ze względu na skrajny rozjazd rzeczywistości z linią władzy. Ustrój bowiem nominalnie głosił wciąż własną naukowość i przedstawiał się w propagandzie sukcesu jako zwieńczenie oświeceniowej racjonalności, szczytowe osiągnięcie cywilizacji od czasów Woltera i Kanta, które już zaraz dowiedzie wyższości nad zgniłym kapitalizmem, skazanym na nieustanne kryzysy, bezrobocie i marnotrawstwo zasobów.

Czytaj także Sto twarzy Benka Tejkowera Przemysław Witkowski

Polska rośnie w siłę, ludzie żyją dostatniej, budujemy komputery „Odra” i Centralną Magistralę Kolejową, a wzorcowym obywatelem nie jest już robotnik, tylko inżynier Karwowski z żoną – magistrem inżynierem hydrologii.

I mniej więcej wtedy system ewidentnie się zacina, po prostu przestaje działać: maluchy się produkują, a mieszkania dalej budują, ale za to nie ma sznurka do snopowiązałki, papieru toaletowego, a szynka znów drożeje zamiast tanieć. I teraz, skoro mamy równocześnie gierkowską liberalizację systemu, pewne otwarcie na idee z Zachodu – w tym te antyoświeceniowe, wymierzone w przemysłową, zurbanizowaną nowoczesność – to łatwo je było potraktować jako „antysystemowe”, kontrkulturowe, nonkonformistyczne i do tego otwierające głowę, choć zarazem uznawane za raczej niegroźne dla władzy, bo niepolityczne. Tym bardziej że łatwo zmieniały się w powierzchowną modę konsumpcyjną: w jednym z odcinków Czterdziestolatka wspomniany przez ciebie Karwowski awansuje na dyrektora i musi się odnaleźć w nowym towarzystwie. Metodą adaptacji jest przerobienie, przy pomocy scenografa, mieszkania na wzór hinduski, bo w tym stylu nosi się i urządza dom żona innego dyrektora. Skądinąd wspaniała jak zawsze Alina Janowska.

A dlaczego ludzie w PRL tak bardzo pokochali uzdrowicieli? Tych wszystkich Harrisów, Nardellich, Fellmanów? Pewnie można to tłumaczyć tradycjami wiejskich znachorów w połączeniu z falą chorób cywilizacyjnych i głębokim kryzysem służby zdrowia – ale przecież nie tylko tzw. lud, ale też intelektualiści uwierzyli w różne bioenergoterapie… Badanie socjologiczne z lat 70. wykazało, że w kolejce do Harrisa jedna czwarta oczekujących ma wyższe wykształcenie, a tak w ogóle do Polski sprowadziła go żona jednego z najwybitniejszych intelektualistów katolickiego Krakowa…

Bardzo wiele przykładów zbiorowego zgłupienia elit krakowsko-warszawskich da się wyjaśnić dość prosto. O ile ekscesy z lat 50. tradycyjnie tłumaczymy tzw. ukąszeniem heglowskim za sprawą znakomitego opisu Czesława Miłosza, tak pod koniec lat 70. następuje ukąszenie wojtyliańskie. Przecież wokół jego wyboru mieliśmy całą masę interpretacji tego jako spełnienia „proroctw”: Juliusza Słowackiego o „słowiańskim Papieżu”, jakichś przepowiedni o orle z Krakowa na tronie, objawień Matki Boskiej Fatimskiej, a nawet widzenia wspomnianego już ojca Klimuszki.

Ale to nie mogli się tak zwyczajnie nawrócić na rzymski katolicyzm, Maritaina doczytać…

To zadziałało jak wahadło: skoro ten obrzydliwy komunistyczny system powołuje się na oświecenie i nie tylko, że nie działa, to jeszcze znaki na niebie i ziemi wskazują, że idzie nowe…

Duch zstępuje i odmienia…

Tak, to odrzucamy w ogóle oświecenie hurtowo. Na prawicy zaczyna się wtedy idealizacja Wandei jako reakcji przeciw jakobińskiej rewolucji. Ten ruch antyracjonalistyczny był wtedy potężny i dopadał nawet najzacniejsze głowy. Ale były też powody bardziej prozaiczne, związane z nowymi warunkami na rynku wydawniczym.

To znaczy?

Jeszcze w pierwszej połowie lat 70. doszło do fuzji, po której powstał gigantyczny koncern RSW „Prasa-Książka-Ruch”, pod egidą PZPR, z różnymi imprintami, jak np. Krajowa Agencja Wydawnicza, która wydawała fantastykę w naprawdę wysokich nakładach. Partia zaczęła się coraz bardziej interesować sprzedażą bestsellerów i od końca lat 70. poszła już cała, wielka fala różnych opowieści o małych zielonych ludzikach, płaskowyżach w Andach, a przede wszystkim o „bogach z kosmosu”, czyli seria komiksów oparta o Dänikena i jego niestworzone bzdury o kosmitach budujących piramidy. Na wygłodniały rynek rzucili się niemal wszyscy autorzy, którzy byli w stanie sklecić coś, co choćby przypomina książkę – jeden z ważnych redaktorów dla polskiej fantastyki redaktorów próbował Lema namówić, całkowicie cynicznie. Wiem to z korespondencji: „przecież nie musisz wierzyć w to bzdury, ja też w nie nie wierzę, ale po prostu sukces będzie niesamowity…”.

Czytaj także Däniken: ojciec starożytnych kosmitów Bartosz Migas

Mówisz o powodach… mikroekonomicznych, ale może tak jak czytelnicy uważali, że to jest jakoś „zbuntowane przeciw szarej rzeczywistości”, tak władza z kolei widziała w tym wygodne opium dla ludu? A niech sobie ludzie czytają o tych kosmitach i mandalach życia, to nie będą wrogich ulotek roznosić…

Taki argument mógł padać w różnych redakcjach czy komitetach, natomiast wszystko, co czytałem na temat kultury i propagandy końca lat 70., wskazuje, że władza kompletnie straciła stery i kompas. Nie była w stanie prowadzić czegoś takiego, jak spójna polityka ogłupiania ludzi, żeby odwracać ich uwagę, bo wszystko jej się sypało w rękach. Jedną z plag życia kulturalnego za późnego Gierka była kompletna nieprzewidywalność cenzury: przepuszczała nieraz rzeczy szokujące, jak choćby Bareja, a potrafiła zatrzymać coś niewinnego. Natomiast ci wszyscy uzdrowiciele…

„Odpowiadali żywotnym potrzebom całego społeczeństwa” i dlatego udostępniano im stadiony i hale sportowe, a milicja ochraniała te wydarzenia.

Byli zasadniczo nieszkodliwi z tej perspektywy, a może nawet pożyteczni. Skoro nie nawoływali do obalenia komuny, a ludzie się przy nich uspokajają, a nie wkurzają jeszcze bardziej…

A czemu uznawał ich Kościół? Bo jednak najwięcej razy Harris występował chyba na parafiach, przykładał tam ręce do głów, żołądków czy kręgosłupów – jak w filmie Dotknięcie Łozińskiego – setkom tysięcy ludzi.

Nie jestem eklezjologiem, ale wydaje mi się, że Sobór Watykański, jeżeli w ogóle się w Polsce przyjął, to raczej umiarkowanie i w wąskich kręgach. Może miałem wyjątkowego pecha, ale wśród księży, których ja spotkałem na swojej drodze, ten odwrót od oświecenia i racjonalności przyjęty był z wyraźną ulgą: na zasadzie, że nie musimy już udawać, że wierzymy w tę całą ewolucję.

Lata 80., gdy chodzi o ten nurt antyoświecenia, to jest jak dekada Gierka, tylko dużo bardziej? Przecież kryzys systemu zamienia się w zapaść, Kościół zdobywa jeszcze większe wpływy…

A później jeszcze zaczynają otwierać się różne prywatne biznesy, dochodzą nowe obiegi treści, jak np. wideo. Ale najważniejszy jest zupełny krach ideologii, przy czym to następuje jeszcze w 1976 roku. Wtedy ten system umarł, bo skończyła się ostatnia wielka opowieść: że może nie będzie socjalizmu z ludzką twarzą, ale za to z kiełbasą i fiatem 126p. Jak już i tej kiełbasy zaczęło brakować, to naprawdę nie było jak ludziom wytłumaczyć, po co mamy jeść tę żabę.

Oczywiście, zostawał argument ostatni: że Armia Czerwona, że Odra i Nysa Łużycka, że inaczej w tym kawałku Europy się nie da. Trochę tak myślał i mówił np. Rakowski. Ale przecież to jest żenujący argument, że jesteśmy w dupie, wyjść z niej nie ma jak, no to spróbujmy się jakkolwiek w niej urządzić…

Powracając zatem do punktu wyjścia naszej rozmowy: Anatolij Kaszpirowski pojawił się w Polsce po kilkunastu latach ekspansji rozmaitych uzdrawiaczy, bioenergoterapeutów, różdżkarzy, zwolenników spiskowej cybernetyki i psychotroniki, ale też pseudohistorycznych bajek ubranych w język nauki. Gdyby nie przyjechał z ZSRR, to kogoś takiego trzeba by chyba wymyślić – a on nie musiał się specjalnie wysilać, by zdobyć posłuch milionów.

On był jakoś typowy dla schyłkowego ZSRR – miał formalne wykształcenie psychiatry i jakiś dorobek, bo terapeutyzował kadrę olimpijską w podnoszeniu ciężarów. Hipnoza ma bardzo słabe podstawy naukowe, ale można przyjąć, że jeśli potrafił ludzi skutecznie rozluźnić, uspokajać czy motywować do pracy, to spełniał swoje zadanie. Natomiast tutaj robił karierę od razu na mocno komercyjnych zasadach. Przypomnę, że w Polsce były dwa kanały telewizyjne, więc jak ktoś się tam regularnie pokazywał i mówił: adin, dwa, tri…, to szybko poznał go cały kraj. A jak się ma taką markę osobistą, to dostaje się naprawdę niezłe stawki za biletowane spotkania. Poza tym on natychmiast uruchomił komercyjne usługi dodatkowe, np. leczenie hipnozą z nałogów.

Czytaj także Widmowa dekada [rozmowa z Olgą Drendą] Jakub Majmurek

Według CBOS jakieś trzy procent widzów jego Telekliniki w TVP2 deklarowało poprawę zdrowia, ustąpienie jakichś schorzeń czy chorób, etc. Ale oglądało go nawet do 60 procent obywateli, i to nie raz, tylko przez wiele miesięcy. Nawet więc jak to nie działało… to działało.

W 1989 roku byliśmy już bardzo żyzną działką do zasiania takiego Kaszpirowskiego, żeby wyrósł na dorodny chwast: wahadło było wychylone skrajnie na stronę antyoświecenia. Nawet jak byłeś z lewicy, to albo z ducha szkoły frankfurckiej, albo w ogóle postmodernistą, tak czy inaczej – być za oświeceniem było cholernie niemodnie. Nie mówiąc o tym, że katolikami chciało być wtedy 110 procent Polaków, bo tak tu do nas przyjeżdżał i był taki ludzki, jeździł na nartach i był tym ukochanym ojcem, którego nikt u nas nie miał. Ten kult jednostki był zupełnie niebywały, młodzież dzisiejsza może nie uwierzyć…

A jednak był jeden silny głos oświecenia w ówczesnej Polsce, nazywał się Leszek Balcerowicz: oto jest prawda, takie są realia, nie ma alternatywy, a odkryli to i wyliczyli amerykańscy naukowcy na amerykańskich uniwersytetach i nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest twarda ekonomia rynkowa, oparta o sześćdziesiąt sześć instytucji krajów rozwiniętych… A w tych warunkach antyoświecenie, ci wszyscy Kaszpirowscy, mogli co najwyżej naród usypiać, znieczulać.

Zgoda, choć oczywiście nie wierzę w żaden spisek – że sprowadzono nam tu hipnotyzera z walącego się Związku Radzieckiego, żeby się naród nie buntował. Tak jak i wcześniej, w warunkach chaosu, wielkie spiski są po prostu niewykonalne: władza nie projektuje żadnego mechanizmu zbiorowej anestezji, tylko kombinuje, jak przetrwać kolejny dzień. Natomiast ludzie tacy jak Kaszpirowski byli pasożytami doskonale adaptującymi się do momentu przejściowego, gdy katastrofa ideologii jest dla wszystkich oczywista, ale nowa całość jeszcze nie została poskładana. W zależności od kompetencji i talentów można było na tym wypłynąć na długo lub na pięć minut. Przecież część wydawców i autorów tych Mandal życia i Dänikenów została w III RP wziętymi psychologami biznesu albo właścicielami prosperujących wydawnictw. A inni, jak choćby nasz bohater, raczej popadli w zapomnienie – bo jednak mówić do kamery adin, dwa, tri… to nie była aż tak unikatowa kompetencja.

**
Wojciech Orliński – dziennikarz, pisarz, działacz związkowy, autor książek podróżniczych, fantastycznych i publicystycznych, m.in. Co to są sepulki? Wszystko o Lemie (2007), Internet. Czas się bać (2013), Lem. Życie nie z tej ziemi (2017), Człowiek, który wynalazł internet. Biografia Paula Barana (2019) oraz Kopernik. Rewolucje (2022). W latach 1997–2021 pracował w „Gazecie Wyborczej”, gdzie pisał głównie na tematy związane z kulturą masową i internetem. Dziś jest nauczycielem chemii. Prowadzi blog Ekskursje w dyskursie.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x