Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Z Budapesztu, z miłością. Nawrocki, Morawiecki i Orbán pokazują przyszłość polskiego dziennikarstwa

Wygrażanie palcem dziennikarzom przez prezydenta i nagonka pisowskich funkcjonariuszy mediów to tylko preludium. Jeśli PiS wygra wybory w 2027 roku, czeka nas walka z „agentami zagranicznymi” na rosyjską modłę.

ObserwujObserwujesz
Karol Nawrocki, Wiktor Orban i Mateusz Morawiecki na tle stosu gazet
Walka

Entuzjastyczne poparcie polityków PiS dla Viktora Orbána kilka dni temu wypadło dla nich niezbyt fortunnie. Wydawać by się mogło, że przez 16 lat rządów coś na temat „specyfiki” węgierskiego premiera mogłoby już zacząć przedostawać się do umysłów prawicy, a mimo to podwykonawcy Jarosława Kaczyńskiego, tacy jak Karol Nawrocki czy Mateusz Morawiecki, weszli jak w masło w kampanię najbardziej antyukraińskiego, antyeuropejskiego i prorosyjskiego polityka w naszej części świata.

Czytaj także Dlaczego PiS ciągle popiera Orbána? Jakub Majmurek

Wiara w to, że nawet najbardziej charyzmatyczni politycy, tacy jak Morawiecki, mogą pomóc w czymkolwiek zagranicznym wspólnikom, jest przezabawna – widzieliśmy to w ubiegłym roku, kiedy Rafała Trzaskowskiego na ostatniej prostej wspierał świeżo upieczony rumuński premier Nicușor Dan. Przeciętnego Węgra poparcie Morawieckiego czy Nawrockiego obchodzi prawdopodobnie tak samo, jak Polaków obeszło to z Rumunii, natomiast w Polsce według najnowszych sondaży 29,2 proc. ankietowanych chciałoby zwycięstwa Orbána, ale już 49,2 proc. wyczekuje zmiany.

Nie wydaje się więc, żeby PiS, mający dziś w sondażach ok. 28 proc. poparcia, mógł cokolwiek zyskać na popieraniu satrapy, który za dwa tygodnie może pójść na ostateczne zwarcie z UE i nie uznać wyników przegranych przez siebie wyborów, i o którym dowiadujemy się coraz gorszych rzeczy – jakby te, które już wiemy, nie były wystarczająco odrzucające.

Pies Putina chce zbić medialny termometr

W trakcie trwania kampanii Orbán próbował już wykorzystywać kompromaty o życiu seksualnym rywala, „Washington Post” pisał, że Rosjanie planowali upozorować zamach na węgierskiego premiera – wszak w USA zadziałało to znakomicie – a gdy ekspremier i aktualny prezydent Polski ciężko harowali na kolejne sukcesy Fideszu, dowiedzieliśmy się o telefonach ministra spraw zagranicznych Petera Szijjarto do Siergieja Ławrowa, w których polityk prosił o wsparcie przy przekrętach wyborczych na Słowacji oraz donosił Rosjanom o przebiegu tajnych spotkań Rady Europejskiej.

Jakby tego było mało, w czwartek węgierski minister sprawiedliwości złożył zawiadomienie w sprawie dziennikarza, który ujawnił relacje Szijjarto z Ławrowem oraz przybliżył kulisy działań wywiadu w Brukseli. Szabolcs Panyi ma usłyszeć zarzut szpiegostwa, co tradycyjnie już bardzo zainteresowanym politycznym życiem Węgier Polakom musiało natychmiast skojarzyć się z Karolem Nawrockim strofującym dziennikarza TVN24 w awanturniczym stylu, podążającymi tym samym tropem pracownikami kancelarii prezydenta czy polowaniem dziennikarza Republiki na zaatakowanego przez prezydenta i podwładnych Marcina Półchłopka.

Czytaj także Czas otoczyć Węgry kordonem sanitarnym. Hunexit nie zrobi się sam Piotr Wójcik

Nie mam wątpliwości, że ostatnie poczynania polskich polityków to zapowiedź tego, co czeka dziennikarzy bez pisowskiej legitymacji partyjnej po możliwym powrocie partii Kaczyńskiego do władzy w 2027 roku. Niespełna rok temu, w maju, Orbán próbował przepchnąć wzorowaną na rosyjskim ideale ustawę o agentach zagranicznych, która dawałaby rządowi możliwość ostatecznego paraliżu wolności wypowiedzi i zamykania nieprzychylnych mediów pod zarzutem szpiegostwa.

W Polsce Ruch Narodowy postulował to już w czasach, gdy skrajni nacjonaliści byli na marginesie polityki. Na skutek intensywnych protestów opozycji i gróźb ze strony UE węgierski wariant putinowskiego prawa nie wszedł w życie, ale jak pisał na bieżąco na naszych łamach Pál Dániel Rényi, „problem orbánizmu nie zamyka się w granicach państwa – to problem dla całej Europy”. Pozostaje pytanie, czy po zaplanowanych na 12 kwietnia wyborach faktycznie nie wybuchnie Europie w rękach.

Moment Ceaușescu na ostatniej prostej

Ale nie tylko ujawnione czułości między Węgrami i Rosją nie działały w ostatnich dniach na korzyść PiS. Po ciężkich oskarżeniach, jakie padły na Panyia, ten sam dziennikarz w piątek wieczorem wrzucił wideo z wiecu w Győr, na którym wygwizdano Orbána, ciskającego w odwecie gromy na uczestników, że chcą oddać węgierskie pieniądze na Ukrainę. Przyjemnie zobaczyć zakłopotanie niespodziewającej się takiej reakcji rosyjskiej kukły, a niektórzy komentatorzy porównywali sytuację do ostatniego publicznego wystąpienia Nicolae Ceaușescu przed dymisją.

Jednak podobnie jak w przypadku bezcennego wsparcia ze strony PiS, tak i wsparcie od premiera Tuska dla Pétera Magyara i przejętej przez niego TISZY jest całkowicie zbyteczne. Tuż po publikacji wideo z wiecu Magyar skomentował je pisząc, że „nikt nie chce proukraińskiego rządu na Węgrzech” – i znów jesteśmy w domu. Przed wywodzącym się z Fideszu centroprawicowcem jeszcze bardzo długa droga, zanim zaprezentuje się jako ktoś więcej niż nie-Orbán, albo chociażby węgierski Tusk – a to przecież nie za wiele. W oczekiwaniu na rozstrzygnięcie na Węgrzech warto prześledzić początki TISZY w obecnym wcieleniu oraz porównać różnice programowe między głównymi siłami na podstawie artykułów przygotowanych przez Ośrodek Studiów Wschodnich.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie