Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Iga Świątek jak Eminem. Dla Polaków już nie zagra

Po odpadnięciu z tegorocznego Wimbledonu tenisistka powiedziała, że wyniki przestały ją interesować. No i fajnie.

ObserwujObserwujesz
Iga Świątek w białym kaszkiecie na korcie, unosząca rakietę za głową
Serce

1

W sobotę Iga Świątek przegrała w trzeciej rundzie z Alexandrą Ealą 7:6, 6:2 i odpadła z tegorocznego Wimbledonu. Po spotkaniu zelektryzowała publiczność szeroko cytowaną wypowiedzią: „Nie dbam już o wyniki. Byłam na nich tak bardzo skupiona, że trudno było tak dalej funkcjonować. Naprawdę staram się to odpuścić. Nie mam dobrych wyników, więc nie będę ich od siebie oczekiwać, bo one po prostu się nie pojawiają”. Na takie postawienie sprawy polscy kibice nie mogli się zgodzić.

Co Iga Świątek jest winna Polakom

Gdyby Świątek, od długiego czasu będąca celem ataków, domysłów i złotych rad, interesowała się tym, co mają na ten temat do powiedzenia kibice z Polski, przeczytałaby m.in., że za dwa lata skończy pracując w magazynie, że jej relacja z psycholożką Darią Abramowicz jest „toksyczna” i współpraca natychmiast musi zostać przerwana, że zawodniczka nie może uniknąć budowania wizerunku w mediach społecznościowych, bo nie na tym polega współczesny świat, żeby słynne sportowczynie robiły ze wzlotów i upadków swoją prywatną sprawę. No i oczywiście, że brak „orientacji na cel” to największa „odklejka”, jaką może wykazać się dziś ktokolwiek.

Tymczasem wypowiedź tenisistki to dla mnie dowód na to, że Świątek jest bardziej uczciwa wobec swoich kibiców niż jakikolwiek piłkarz obwarowany sponsorskimi klauzulami, który po kolejnej kompromitacji funduje dziennikarzom wizerunkową ciepłą wodę z kranu – o zbyt wysokim poziomie przeciwników, trenerze nieczującym ducha zespołu, niefortunnym układzie gwiazd czy że „jest niedziela, siedemnasta, warunki też nie sprzyjają”. A przecież Świątek nie musi epatować szczerością i nie wydaje się, by komukolwiek była coś winna.

Młoda milionerka wypowiada posłuszeństwo

Świątek przyszła na świat, gdy na listach przebojów dominowało Butterfly Crazy Town – niby bardzo dawno, ale wielu z nas pamięta tamten okres. Z 25 lat, które od niego upłynęły, Świątek spędziła na korcie 20, a jedną z najlepszych rakiet świata została na długo przed tym, jak jej rówieśnicy zaczęli przygotować się do matur. Później wygrała wszystkie turnieje wielkoszlemowe poza Australian Open, zdobyła brązowy medal igrzysk olimpijskich i przez 125 tygodni była numerem 1 rankingu WTA. Żadna polska tenisistka nigdy nawet nie otarła się o ten wynik i niewiele wskazuje, by w pozostającym większości dziś żyjących czasie na tym łez padole ktoś miał to powtórzyć.

Jednocześnie 25-latka została za swoje triumfy dobrze wynagrodzona i dziś jest multimilionerką – nawet gdyby zgodnie z prognozami anonimowych internautów miała iść śladem koszykarzy z NBA, statystycznie przegrywających fortuny w kasynach w kilka lat po zejściu z parkietu, albo Radosława Kałużnego, reprezentanta Polski w piłce nożnej, który skończył na magazynie w Anglii, to cóż – jak spadać, to z wysokiego konia. Jak wyliczył pod koniec ubiegłego roku „Przegląd Sportowy”, tylko na korcie – nie licząc kontraktów reklamowych i innych źródeł dochodu – Świątek zarobiła ponad 150 mln zł, i w 2025 roku była pod tym względem drugą zawodniczką w historii, ustępując jedynie Serenie Williams, a wyprzedzając drugą z legendarnych sióstr – Venus.

Nawet gdyby Świątek z Abramowicz postanowiły nie odchodzić od jednorękiego bandyty przez resztę życia, pijąc drinki i jedząc makaron z truskawkami, to mimo młodego wieku życia mogłoby nie starczyć na przepuszczenie tej fortuny. Ale aspektowi finansowemu przyglądam się tylko z kronikarskiego obowiązku – ciekawsze jest bowiem to, z jakimi głosami życzliwych „wielbicieli” musi się mierzyć zawodniczka, która rok temu po raz pierwszy wygrywała ten sam Wimbledon, z którego w miniony weekend odpadła.

Energia wygrywania Lewandowskiego

Dzięki gruntownemu przyswojeniu wiedzy o psychologii w sporcie polscy kibice poczuli, że nie tylko mogą mieć wielkie oczekiwania wobec zawodniczki, która miała nieszczęście urodzić się w tym samym kraju, co oni, ale też mogą domagać się decyzji na temat zespołu trenerskiego czy snuć domysły na temat charakteru relacji między zawodniczką a psycholożką, nie odmawiając sobie charakterystycznej dla polskiego zaścianka sugestii związku homoerotycznego, która w naszej kulturze – wiemy to z debat o Kamieniach na szaniec – funkcjonuje jak denuncjacja.

Czytaj także Olimpijska iluzja wspólnoty. Sport już nas nie cywilizuje Jakub Wencel

Ogłoszenie „wielkiej rezygnacji” Świątek zbiegło się w czasie z postem Anny Lewandowskiej, która wyznała, że obawia się przeprowadzki z Barcelony do Chicago po tym, jak jej mąż – znany piłkarz – zdecydował się na kontynuowanie kariery w USA.

Robert Lewandowski nie obwieścił przy tym, że najlepsze lata kariery ma za sobą, że co mógł strzelić, to strzelił, a teraz będzie tylko odcinał kupony i odkładał kolejne ciężarówki dolarów, żeby móc je przeznaczyć na emerytalne inwestycje jak wielu przed nim, z grającym dla szejków Cristiano Ronaldo na czele. Nie śmiał też powiedzieć, że poprowadzenie Chicago Fire do sukcesów ma dla niego marginalne znaczenie – liga amerykańska nie jest w piłce nożnej tą, która ściąga zawodników w szczycie kariery. Nie snuł wreszcie dywagacji na temat przyszłości polskiej kadry narodowej, co do której nikt nie ma wielkich złudzeń.

Nikt jednak nie zamierza zarzucać Lewandowskiemu sprzedania się, rozmieniania na drobne, próby wyciśnięcia swojej kariery do końca bez oglądania się na potrzeby bliskich, rodziny, przyjaciół. W czasie kariery Lewandowskiemu zdarzyło się nie pojawić na meczu kadry, bo wolał świętować urodziny Rafała Brzoski, ale przecież Mesjasz polskiej piłki nie powie, że dawno już stracił ambicję udowadniania czegokolwiek znawcom śledzącym jego ruchy sprzed telewizora.

Lewandowskiej za podzielenie się swoimi obawami nikt kwiatów nie wręczał, nikt nie pochwalił za aktywność w mediach społecznościowych, godną współczesnej kobiety sukcesu. Pisano raczej o problemach pierwszego świata, kaprysach bogatej żony swojego męża, która nie wie, z jakimi problemami muszą się mierzyć zwykli ludzie, którzy nie migrują zarobkowo między Hiszpanią a USA. Czasem gdy chodzi o obawy wobec autonomii kobiet i ich pozycji zawodowej, nawet w oddychającej neolibem Polsce argumenty walki klas okazują się przydatne – szkoda niestety, że tak rzadko i nieco na oślep.

Lekcja empatii i asertywności

Tym bardziej doceniam deklarację Świątek, która nie bała się powiedzieć „nie” milionom doradców przekonujących, że znają się na jej pracy lepiej, niż wybrane do tego przez zawodniczkę osoby. I nie chodzi tylko o Abramowicz, porażkę w Wimbledonie czy przerażające widmo wypadnięcia Polki poza pierwszą dziesiątkę najlepszych zawodniczek globu.

Gdy miesiąc temu Maja Chwalińska doszła do finału Rollanda Garrosa, okazało się, że przez ostatnie lata podczas turniejów musiała pomieszkiwać u przypadkowych ludzi, żeby spiąć budżet. Jednak odniesiony przez nią sukces sprawił, że kolejne turnieje stały się już sprawą rangi nieomal państwowej. Zostawiane samym sobie sportowczynie czy artystki wdrapują się od dziecka na światowy szczyt, by ćwierć wieku później okazało się, że ich sukces ma wielu ojców, których głos jest teraz ważny, jeśli nie kluczowy.

Jak na ekspertów w zakresie psychologii i coachów sukcesu fano-krytycy Świątek najczęściej zapominają o tym, że długa, bezustanna, niezwykle obciążająca praca i takie też bycie wystawionym na publiczny osąd mogą prowadzić do zmęczenia, wypalenia i rezygnacji.

Czytaj także Lewandowski jest jak Polska. Dyplom, podatki i bumela Piotr Wójcik

Bo w atakach na wypowiedź zawodniczki jest też aspekt pozasportowy. Nie ma takiego szczytu i takiego królestwa, których zdobycie pozwoliłoby zamknąć dzioby niedzielnym mentorom i wujkom dobra rada. Chęć nieustannego wygrywania nigdy nie zostanie nasycona – ani w sporcie, ani w żadnej innej dziedzinie. Umiejętność odpuszczenia, przeprocesowania porażki i perspektywa powrotu do odczuwania radości z wykonywanej pracy są zazwyczaj warte o wiele więcej niż pochwała od szefa, odznaka pracownika tygodnia czy obietnica awansu na tramwaje niskopodłogowe.

Minęło już sporo czasu, od kiedy porażka stała się przedmiotem akademickich analiz (failure studies) i nieoczywistych wniosków. Jak pisał Jack Halberstam w wydanej przez Krytykę Polityczną Przedziwnej sztuce porażki: „Porażka pozwala nam ujść karzącym normom, które dyscyplinują zachowanie i kierują ludzkim rozwojem po to, by w imię uporządkowanej i przewidywalnej dorosłości wyrwać nas z objęć niesfornego dzieciństwa”. I dodaje, że „choć niepowodzeniu towarzyszy oczywiście cała gama negatywnych afektów, takich jak rozczarowanie, utrata iluzji i rozpacz, daje ono także sposobność ich wykorzystania do ujawnienia defektów toksycznej pozytywności współczesnego życia”.

Kiedyś w końcu Świątek będzie musiała ze sceny zejść, i dobrze, że już szykuje grunt pod to, by nie musiała spędzać emerytury w jakimś tenisowym Harlem Globetrotters czy innym cyrku dziwadeł – dorabiając do zgromadzonej fortuny, opowiadając o ciągłej woli walki aż do wyniszczenia i uśmiechając się na zawołanie, bo w przeciwnym razie kibice z Polski wezmą ją na języki. Wygląda na to, że coś tam z tą psycholożką udało jej się jednak osiągnąć.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x