Do życia w gęstniejącej sieci kryzysów zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Wciąż jednak dostrzegamy w świecie kultury czy sportu obietnicę funkcjonowania poza przestrzenią bieżącej polityki. Ta przestrzeń kurczy się do minimum. Międzynarodowe imprezy sportowe dopadła rzeczywistość polaryzacji, kryzysu liberalnego globalizmu i wojny w Ukrainie. Trudno było oglądać zakończone właśnie Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo, zapominając o tym, że Donald Trump dopiero co groził wysadzeniem NATO, aneksją Kanady i zbombardowaniem Grenlandii.
Łyżwiarskie ewolucje, narciarskie slalomy, kończące się czasem spektakularnymi kraksami wyścigi bobslejów, snowboard przypominający millenialsom efekciarskie okładki Ślizgu czy curling niczym chillout room współczesnego sportu – to wszystko oglądało się jak majaki z beztroskiego dzieciństwa liberalnego globalizmu. Odwieczne rytuały fair play, emocje ponadnarodowej wspólnoty, dyskusje w olimpijskim studio – wydało mi się to wręcz bluźniercze, by myśleć o rywalizacji narodów w tak trywialny, nietożsamościowy sposób.
Za wrażenie oderwania tego właśnie wydarzenia sportowego od politycznej jawy 2026 roku odpowiadał wyjątkowy splot okoliczności. Po pierwsze, same Igrzyska Zimowe są wydarzeniem, które w czasach kryzysu klimatycznego mogą okazać się niemożliwe do zorganizowania. A jeśli nawet, to kosztem, który w erze zbrojeń i kolapsu demograficznego będzie nie do utrzymania. Być może jesteśmy jednym z ostatnich pokoleń, które takie igrzyska może oglądać.
Po drugie – gospodarzem tegorocznych igrzysk były Włochy. Trudno o państwo „starej Europy” (może prócz Niemiec), którego najnowsza historia lepiej ilustrowałaby gospodarczą stagnację naszego kontynentu oraz jego utratę kulturowego wpływu na globalnej scenie. Widać to było w ceremoniach otwarcia i zamknięcia, które niemal w całości odwoływały się do elementarza włoskiej popkultury. Telewizje wykorzystywały w oprawie tych igrzysk włoskie hity italo, a influencerzy testowali w Mediolanie i Cortinie klasyki włoskiej kuchni. Oglądanie tych Igrzysk przypominało obserwowanie szklanej kuli z malowniczym krajobrazem Dolomitów w śniegu. Wbudowana w nią pozytywka gra Time to Say Goodbye Andrei Bocelli.
Po trzecie – Europa okazała się niezwykle silna, co nie zdarza się przecież podczas igrzysk letnich czy mistrzostwach świata w piłce nożnej. Siły tej nie ma również w realu, w którym zastrasza się ją, by oddała ogromną część swojego lądu, bo Europejczycy nadają się co najwyżej do malowania kredkami po chodniku. W tej przewadze państw „pierwszego świata”, jak kiedyś mawiano, zawiera się oczywiście ukryty wymiar klasowy. W klasyfikacji medalowej Zimowych Igrzysk zatriumfowali bogaci Norwegowie. Dysproporcjonalnie wiele sportów zimowych wymaga do uprawiania więcej nakładów finansowych na sprzęt czy miejsca treningu.
Tymczasem największa gwiazda algorytmów w tych igrzyskach, reprezentantka USA w łyżwiarstwie figurowym Alysa Liu, wydaje się kombinacją kilku kojarzonych z generacjami Z i alpha koszmarów amerykańskiej prawicy. Liu ma bardzo nienormatywną biografię: jest córką chińskiego imigranta urodzoną przez surogatkę z komórki jajowej anonimowej dawczyni. W przeszłości publikowała na platformach społecznościowych swoje nienormatywne zaimki, uczestniczyła w propalestyńskich protestach na uniwersytecie w Kalifornii, a także krytykowała administrację Donalda Trumpa za złe traktowanie migrantów. Liu ma również kolorowe włosy i kolczyki w zębach. Po zdobyciu złotego medalu roześmiana łyżwiarka została potężnym fenomenem na TikToku i Instagramie, także tym polskim, prawdopodobnie robiąc dla popularyzacji swojej dyscypliny więcej niż dziesiątki milionów dolarów wydanych na promocję. Gdyby Liu nie zatriumfowała w tak spektakularnym stylu pod amerykańską flagą, to zostałaby przez internetową MAGA-prawicę czy skrajniejszą od niej prawicę naziolską zniszczona.
Skala uwielbienia dla Liu sprawiła, że ta druga wybrała inną taktykę: triggerowania amerykańskich libków ironicznym przedstawianiem Alysy jako ikony białego suprematyzmu. Jeżeli zobaczycie na X filmy z Liu i nałożoną swastyką, to uwierzcie (choć może zabrzmieć to dziwnie): to akt desperacji. Liu swoją popularnością i progresywnymi vibe’ami przyćmiła znacznie łatwiejsze do kulturowego wykorzystania przez amerykańską prawicę zwycięstwo USA nad Kanadą w hokeju. W reakcji na złoty medal hokeistów Donald Trump umieścił w internecie wygenerowany przez AI film, na którym sam bierze udział w meczu i bije członków kanadyjskiej drużyny. Trudno jednak było znaleźć, nawet w twitterowych bańkach MAGA, osoby, które potrafiły szczerze się tym zachwycić. A przecież takie popisy żenującej agresji w wykonaniu Trumpa to nic nowego.
Tym igrzyskom towarzyszyły jednak emocje cywilizowanej rywalizacji, atmosfera święta i baśniowego, harmonijnego współistnienia narodów. Dawno nie było tego czuć. Wobec takich emocji nacjonalistyczna prawica jest bezradna. Zwłaszcza gdy reprezentanci jej państw wygrywają.
To zresztą jest być może szerszy temat. W Polsce jesteśmy straumatyzowani subkulturą kibolstwa i wylęgarniami skrajnej prawicy w klubach piłkarskich, więc często myślimy o sporcie jako o sile pracującej na rzecz prawicy. Być może sport na poziomie wewnątrznarodowym faktycznie sprzyja polaryzacyjnym emocjom (choćby we Włoszech istnieje długa tradycja rywalizacji klubów o tradycjach prawicowych i lewicowych). Zapominamy jednak, że sport najwyższej klasy, na poziomie międzynarodowym, oparty na rywalizacji narodów ma ogromny potencjał cywilizujący napięcia międzynarodowe. Jako osoba wychowana w latach 90. jestem gotowy stanąć murem za twierdzeniem, że szacunku do osób o innym kolorze skóry najbardziej moje pokolenie nauczyło noszenie koszulek Ronaldo (tego pierwszego) czy Roberto Carlosa.
U fundamentów każdego myślenia nacjonalistycznego i niechęci do obcych zawsze tkwi fałszywe poczucie bycia oszukanym czy nieuczciwie traktowanym. Sport stwarza abstrakcyjną sytuację, w której zazwyczaj nie ma wątpliwości co do uczciwości rywalizacji. Nawet okropni rasiści nie wątpią, że Mbappé jest wybitnym piłkarzem, a nie „DEI hire”. Nie chodzi o to, żeby umniejszać ich rasizm – ale żeby docenić emancypacyjny wymiar sportu jako przestrzeni, w której można poznać „innego”. Mam wrażenie, że lewica tego nie docenia. I uważa sport za sojuszniczą siłę tylko wtedy, gdy progresywne i lewicowe hasła wyartykułowane są w nim bezpośrednio na sztandarach i transparentach.
Dlatego warto zapamiętać tegoroczne Zimowe Igrzyska. Zwłaszcza że nadchodzące Mistrzostwa Świata odbędą się w Stanach Zjednoczonych, który jest dziś tego turbonacjonalizmu Mordorem. Kto wie, może wywołają podobne emocje i na powrót ten Mordor ucywilizują?
*
Jakub Wencel – dziennikarz i publicysta „Gazety Wyborczej”, krytyk filmowy i muzyczny. Pisał m.in. w Dwutygodniku, „Newsweeku”, Krytyce Politycznej, OKO.press i „Res Publice Nowej”. Współautor kilku książek kulturoznawczych, m.in. Antonioni. Powiększenie krytyczne i Delfin w malinach. Snobizmy i obyczaje ostatniej dekady.


!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)

Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.