Kraj

Przedwyborcze dylematy lewicy: nie tylko „z kim?”, ale też „jak?” i „z czym?”

agnieszka-dziemianowicz-bak

Do wyborów zostało niewiele ponad 3 miesiące. Jest już zbyt późno, by z udzielaniem odpowiedzi na te pytania zwlekać, czekając na koalicyjne rozstrzygnięcia Schetyny i Kosiniaka-Kamysza. Komentarz Agnieszki Dziemianowicz-Bąk.

„Z kim startować?” to dziś na opozycji jedno z najczęściej zadawanych pytań. Także po jej lewej stronie. SLD zadeklarował, że pierwszym wyborem pozostaje dla nich obecność – choć nie na każdych warunkach – w koalicji wokół PO, ale Sojusz jest także otwarty na budowanie porozumienia z Wiosną i Razem. Podobnie zdają się myśleć Zieloni. Wiosna wydaje się preferować odwrotną kolejność rozwiązań – Robert Biedroń priorytetowo traktuje rozmowy o wspólnej liście lewicy, ale przed tygodniem zdobył też mandat do rozmów z Platformą Obywatelską. Razem współpracę z dotychczasową Koalicją Europejską wyklucza, deklaruje jednak, że zmieniło swój dotąd negatywny stosunek do Biedronia i chce tworzyć wraz z nim oraz SLD i Zielonymi blok lewicowy.

Wiele wskazuje na to, że na pytanie, z kim poszczególne „lewice” wystartują jesienią, odpowiedzi udzielą ostatecznie nie one, a Grzegorz Schetyna wraz z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem. To w znacznej mierze od wyniku ich negocjacji zależeć będzie, czy dla SLD i ewentualnie Wiosny znajdzie się miejsce w nowej odsłonie Koalicji Europejskiej, czy też tym razem będzie ona wyłącznie centrowo-chadeckim porozumieniem. Pod wieloma względami ten drugi scenariusz byłby dla lewicy korzystny – jak przekonująco zwraca uwagę Adam Traczyk, wspólna lista lewicy nie tylko cieszy się niezłym poparciem w sondażach, ale też stwarza szansę na bardziej spójny, postępowy przekaz i kampanię. Do listy słusznych argumentów Traczyka warto dodać jeszcze taki, że wspólny start byłby dla ugrupowań lewicowych dobrym testem na współpracę. A ta tak czy inaczej będzie konieczna po wyborach, nawet jeśli poszczególne partie lewicy dostałyby się do Sejmu, startując z konkurencyjnych list.

Zróbmy wreszcie tę koalicję!

Na rozstrzygnięcia układanek wyborczych lewicy przyjdzie nam jednak jeszcze przynajmniej kilka dni poczekać. Sobotnia deklaracja Rady Naczelnej PSL, że ludowcy rozpoczynają przygotowania do startu samodzielnego, mogłaby co prawda sugerować, że w nowym rozdaniu Koalicji Europejskiej będzie jednak miejsce dla Czarzastego i być może Biedronia, ale ponieważ lider ludowców otrzymał także mandat do dalszych rozmów z PO (Schetyna zaś niezwłocznie zareagował zapewnieniem, że jest do nich gotowy), to ostatecznie sobota nie przyniosła radykalnej zmiany sytuacji na opozycji.

Tymczasem pytanie o to, z kim wystartują poszczególne ugrupowania lewicy (ze sobą nawzajem, samodzielnie czy w konkurencyjnych koalicjach), jakkolwiek ważne, nie powinno być dłużej jedyną troską lewicowych liderów i liderek. Nie mniej istotne jest także to, jak lewicowe partie zachowywać się będą w kampanii, a przede wszystkim – z czym, z jaką ofertą, programem, wizją będą starały się dotrzeć do swoich (i nie tylko) wyborców. Do wyborów zostało niewiele ponad 3 miesiące. Jest już zbyt późno, by z udzielaniem odpowiedzi na te pytania zwlekać, czekając na koalicyjne rozstrzygnięcia Schetyny i Kosiniaka-Kamysza.

Nikt was nie posłucha

Pytanie o to, jak prowadzić kampanię, ma szczególne znaczenie w przypadku wspólnych startów (czy to z jednej listy lewicowej, czy w koalicji wokół PO). Każde z ugrupowań na lewicy pod wieloma względami istotnie różni się od pozostałych, a co dopiero od partii centrowych i konserwatywnych. Różnice dotyczą programu, elektoratu, wizerunku czy stylu komunikacji. Moment podjęcia współpracy jest w związku z tym także momentem decyzji, czy różnice te traktować jako zasób, czy balast do ukrycia. Jaskrawych przykładów z ostatnich wyborów dostarczyła Koalicja Europejska, a dokładnie – przeciwstawne postawy jej dwojga lewicowych aktorów, czyli Barbary Nowackiej wraz z Inicjatywą Polska oraz Sojuszu Lewicy Demokratycznej.

Nowacka, wkraczając do Koalicji Obywatelskiej (a później Europejskiej), momentalnie zdecydowała się przykroić swoją dotychczasową agendę w kwestii praw kobiet i w imię budowania płaszczyzny współpracy z Platformą Obywatelską nie podnosić w koalicji postulatu złagodzenia ustawy antyaborcyjnej. Czy to znaczy, że zmieniła w tej sprawie poglądy? Niekoniecznie. Osobiście chcę wierzyć, że gdyby doszło do głosowania projektu ustawy liberalizującej dostęp do aborcji, Nowacka wciąż byłaby za. A nawet, że jako posłanka sama by taki projekt złożyła. Faktem pozostaje jednak, że od chwili rozpoczęcia współpracy z PO postanowiła schować swój dotąd flagowy temat. Postanowiła, wraz z kierowaną przez siebie IPL, po prostu upodobnić się do silniejszego partnera.

Zupełnie inne podejście, choć w ramach tego samego komitetu, zaprezentowało w ostatniej kampanii SLD. Sojusz konsekwentnie trzymał się swojego przekazu, który na tle KE nawet nieco zyskał na lewicowej wyrazistości. Tam, gdzie dochodziło do rozbieżności z koalicjantami (jak np. właśnie w przypadku dostępu do aborcji na żądanie), zamiast je chować – podkreślał. W rezultacie nie tylko z nawiązką osiągnął swoje wyborcze cele w postaci mandatów w Parlamencie Europejskim, ale zrobił to, przyciągając do KE swój własny elektorat – a przede wszystkim utrzymując programową niezależność jako podmiot polityczny. Można SLD lubić albo nie, ale trudno nie widzieć, że Sojusz z wyborów europejskich wyszedł wzmocniony, co z jednej strony jest zapewne źródłem dzisiejszych obaw PO i PSL przed powtórką wspólnej formuły startu – z drugiej jednak dowodzi, że nierezygnowanie z własnej wyrazistości jest nie tylko słuszne i uczciwe wobec wyborców, ale może też być politycznie skuteczne.

Transfery socjalne, nie obyczajówka. Jak PiS wygrał eurowybory

Wartość „stawiania na różnicę” jest oczywiście widoczna tym mocniej, im bardziej oddalone są od siebie podmioty tworzące koalicję. Ale również w przypadku porozumienia bliższych sobie ugrupowań może mieć istotne znaczenie. Jeśli uda się stworzyć wspólny lewicowy blok, składające się nań ugrupowania powinny o tym pamiętać i nie starać się na siłę ujednolicić programu czy wizerunku. To dobrze, jeśli na jednej, wspólnej liście lewicy znajdą się zwolenniczki miksu energetycznego z udziałem atomu z Razem i Zieloni, którzy przyszłość widzą w odnawialnych źródłach energii. Nie ma potrzeby, aby na etapie kampanii parlamentarnej 2019 roku lewica musiała decydować, którą z dróg koniecznej transformacji energetycznej należy podążać – na rozstrzyganie tego sporu będzie czas i miejsce jesienią, gdy świadome kryzysu klimatycznego polityczki faktycznie znajdą się w Sejmie, zyskując jakikolwiek wpływ na kształtowanie polityki klimatycznej.

Potrzebny jest atom [rozmowa z Maciejem Koniecznym]

To dobrze, jeśli obok ceniącego dorobek PRL-u Włodzimierza Czarzastego na listach pojawią się przedstawicielki Wiosny, reprezentujące pokolenie o poprzednim ustroju uczące się z podręczników i przy okazji trafiające do zupełnie innego elektoratu niż ten SLD-owski. Różnorodność, o ile nie stanie się (ponownie) narcyzmem małych różnic uniemożliwiającym lewicy współpracę, może okazać się jednym z jej największych kapitałów. Warto już dziś zbierać odwagę do jej zaprezentowania.

Różnorodność, o ile nie stanie się (ponownie) narcyzmem małych różnic uniemożliwiającym lewicy współpracę, może okazać się jednym z jej największych kapitałów.

Odwaga będzie też lewicy potrzebna w doborze swego wyborczego programu. Żadne z potencjalnie wchodzących w skład lewicowego bloku ugrupowanie nie może sobie dziś pozwolić na wyłącznie reaktywną postawę i zajmowanie się tylko tematami narzucanymi w kampanii przez PiS. Nie wystarczy też wskazywanie na słabości polityki społecznej obecnej władzy, choć to akurat powinna robić chórem cała opozycja, niezależnie od tego, w jakich konfiguracjach pójdzie do wyborów – odczarowanie mitu o „socjalnej” twarzy PiS jest bowiem warunkiem koniecznym przechwycenia choćby maleńkiej cząstki jego obecnego elektoratu.

Ale samo wskazywanie na chaos w oświacie, braki kadrowe w szpitalach czy kulejący transport publiczny nie wystarczy. Lewica musi dostarczyć wyborcom wiarygodnych rozwiązań diagnozowanych niedostatków pisowskiej polityki. Pokazać, że ma konkretny pomysł, jak pomóc szkołom uporać się z podwójnym rocznikiem i szerzej – ze skutkami reformy oświaty, jak odpowiedzieć na kryzys w ochronie zdrowia, jak rozwinąć opiekę żłobkową, jak zadbać o seniorów i osoby z niepełnosprawnościami. Słowem – musi postawić na usługi publiczne, rażąco zaniedbane przez rząd Prawa i Sprawiedliwości.

Czy nauczyciele zastrajkują we wrześniu? Rozmowa ze Sławomirem Broniarzem

Ale programowa odwaga lewicy w nadchodzących wyborach wymaga także nieuciekania od kwestii wolności, równości i praw człowieka. Prawa osób LGBT+, prawa kobiet (w tym prawo do aborcji na żądanie), odpowiedzialna polityka migracyjna – to tematy, których boi się liberalno-konserwatywne centrum, PiS atakuje je jako „lewackie”, a dla lewicy będą one nie tylko testem na wiarygodność, ale też szansą na odróżnienie się od sondażowo silniejszych ugrupowań liberalnych (nawet jeśli ostatecznie to z nimi w koalicji wystartuje jakaś część lewicy). A przede wszystkim będzie szansą na zmobilizowanie tych wyborców i wyborczyń opozycji, którym dla obietnicy „utrzymania kompromisu aborcyjnego” nie będzie chciało się iść do lokalu wyborczego.

Lewica w nadchodzących wyborach ma dwa wyjścia: iść albo wspólnie, albo podzielona. To, czego – niezależnie od konfiguracji – nie może, to się bać. Dlatego wydłużający się czas oczekiwania na ostateczne rozstrzygnięcia koalicyjne nie może być czasem straconym. To czas, by strategicznie i programowo się zbroić. Do dzieła.

Leszczyński: Robert, zakpiłeś z nas wszystkich

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.