Kraj

Dymek: Elitom państwo, ludowi perliczki

Wiara w to, że po taśmach urosną siły „reformatorskie” i „merytoryczne”, może dziś istnieć jedynie jako zombie dawno minionych lat 90.

Podczas jednej z licznych i niestety przewidywalnych medialnych dyskusji o aferze taśmowej pojawił się wątek, który naprawdę mnie zaskoczył. Profesor, z którym rozmawiałem, całkiem serio powiedział, że w przyszłych wyborach może wygrać partia, która przedstawi szeroki program reform – od służby zdrowia i gospodarki po emerytury. Ta partia, która merytorycznie zadba o to, o czym niemerytorycznie krzyczy dziś Korwin. Nie przypominam sobie, żeby Kongres Nowej Prawicy zwracał uwagę – choćby i niemerytorycznie –  na problemy państwa, na które odpowiedziałby bliżej niesprecyzowany „szeroki plan reform”. No chyba że tym planem miałoby być ostateczne zaoranie całego tego socjalizmu, z eurokołchozem i parlamentem (wkrótce burdelem) na czele. To nie to jednak w propozycji profesora dziwi najbardziej. Uderza co innego. Jej naiwność.

Wiara w to, że po taśmach urosną siły „reformatorskie” i „merytoryczne”, może dziś istnieć jedynie jako zombie dawno minionych lat 90., kiedy licytacja na zdolność do reformowania pokrywała się z całkiem realną batalią polityczną.

Tą, której zwycięzcy rzeczywiście później rządzili. Jest już jednak nieaktualna przynajmniej od 10 lat, od kiedy inne obietnice i inne umiejętności torowały drogę do władzy. Pośród nich także umiejętność zauważenia i zdyskontowania obecnych w społeczeństwie – pozytywnych i negatywnych – emocji. Można tego nie widzieć, jak mój rozmówca. Ale ci politycy i polityczki, którzy tego dziś nie widzą, dotkliwie odczują koszta swojej ślepoty w kolejnych wyborach. Zresztą nie potrzeba wyostrzonego wzroku i nadzwyczajnej wrażliwości społecznej, żeby zrozumieć o jakie emocje i wyrastające z nich podziały chodzi. Wystarczy poczytać nagłówki.

„Rozpasanie władzy sięgnęło zenitu! Sikorski i Rostowski w restauracji Amber Room zajadali się wyszukanymi frykasami za nasze! Jak podaje Gazeta.pl, rachunek za wykwintną kolację wyniósł 1352,25 zł, a uregulowało go Ministerstwo Spraw Zagranicznych” – pisze Fakt.pl. Tekst „1352 zł za kolację Sikorskiego i Rostowskiego” kończy się rachunkiem wystawionym pozostałym bohaterom afery taśmowej: „Marek Belka, Bartłomiej Sienkiewicz oraz Sławomir Cytrycki za spotkanie w Sowie i Przyjaciołach zapłacili kartą Cytryckiego. Szkoda tylko, że kartę opłacał Narodowy Bank Polski… Z faktury, do której dotarł Fakt, wynika, że uczta kosztowała bagatela 1435 zł. Ale czym się martwić, skoro nie płaci się z własnej kieszeni?”. Nie cacka się z rządem „Super Express”, który zagłębia się w taśmowe menu jeszcze bardziej szczegółowo „Przekąska za 69 zł, danie główne za niemal 100 złotych, a to wszystko popijane winem za 820 zł? Za taki obiad zapłacili wszyscy Polacy. Mimo że go nawet nie powąchali”. Żeby nie było wątpliwości, tytuł tekstu to „Zobacz, jak władza PIJE i ŻRE za nasze! Afera taśmowa”.

„To tylko tabloidy” – powie ktoś, najlepiej wyrażając podział, o który mi tu idzie. – „Tu chodzi o państwo, stabilność, ustrój, a nie o żadne polędwiczki”. Otóż nie. A przynajmniej nie większości. W to, że to „państwo” i jego funkcjonowanie są przedmiotem afery taśmowej, wierzą dziś – i na tej podstawie atakują Platformę Obywatelską bądź jej bronią – dziennikarki i komentatorzy, reprezentanci think-tanków, profesorki i duża część samej klasy politycznej – elity. W to, że chodzi o ośmiorniczki, polędwiczki i perliczki – czytelniczki i czytelnicy „Faktu” i „Super Expressu”, ale też cała grupa nieufających nie tyle politykom konkretnych partii, co systemowi i partiom w ogóle. Która grupa jest liczniejsza, pokazały dobrze zarówno wynik wyborów do europarlamentu, jak i wyjątkowo niska w nich frekwencja. I wraz ze wzrastającym poczuciem dystansu między parlamentarną i europejską polityką a problemami życia codziennego Polaków i Polek to ta druga grupa będzie rosnąć.

Ramy decydującego dla przyszłych wyborów podziału można zakreślić nie według PiS-owskich czy platformerskich sympatii, ale raczej stawiając pytanie: „Co cię w rozmowie Belki z Sienkiewiczem naprawdę wkurza? Pomysł skupu obligacji na rynku wtórnym czy cena towarzyszącej jej kolacji?”. Założymy się, która opcja okaże się popularniejsza? Elity będą się oburzać, że „państwo” dało się przyłapać na własnej słabości. Rzesze ludzi oburzą się na to, że politycy dali się przyłapać na kolacji za 1400 zł, na chamstwie, na arogancji. O czym więc będziemy rozmawiać w trakcie wyborów?

I nie piszę tego, by narysować tu obraz „ciemnego ludu” i „oświeconych elit”, które w przeciwieństwie do taksówkarzy i ekspedientek w sklepach wiedzą, co jest naprawdę istotne i o co należy się spierać.

W tej sprawie „ciemni” są jedynie ci – na prawicy i lewicy –  którzy uparcie i konsekwentnie będą udawać, że toczą jakąś wielką debatę o „państwo”, zupełnie ignorując przy tym to, że kogoś oburzają kolacje za więcej, niż wynosi minimalna miesięczna pensja w tym kraju.

I że nie jest to jedynie oburzenie tabloidowe, fałszywe, sprowokowane „kiepskim stanem mediów” – ktoś naprawdę w tym kraju zarabia 1300 miesięcznie, ktoś inny za tyle jada kolacje. Jeśli jest się publicystą czy rozprawia się o polityce jedynie w mediach, można sobie pozwolić, żeby tego nie widzieć. Ot, kwestia perspektywy. Jeśli nie chcą widzieć tego sami politycy i polityczki, którzy wkrótce zmierzą się w wyborach – to po prostu szkodliwe.

Bo gdy na tego rodzaju ślepocie uprawia się dziś politykę, to czyści się tylko pole dla tych, których jedynym zadaniem będzie wkrótce schylić się po gniew i go wykorzystać. W typowych okolicznościach byłoby to zadanie lewicy. W okolicznościach dzisiejszych, gdy szansa klasowego ujęcia gniewu, który wylał się po taśmach nawet nie majaczy na horyzoncie – troskliwie zajmą się nim inni. I nie będzie to wysiłek „reformatorski”, nie będzie miał choćby pozoru walki o oszczędne, gospodarne, ale silne państwo, która jeszcze pięć lat temu wyznaczała biegun różnych, bardziej umiarkowanych niż dzisiejszych – antygejowskich, antygenderowych i antyeuropejskich – konserwatyzmów. Schylą się po niego ci, którzy w pełnych pięknych słów debatach o „państwie” nie uczestniczą, i to nie od dziś, bo żadne „państwo” ich tak naprawdę nie obchodzi inaczej niż jako przeszkoda do obalenia. 

Czytaj o #Aferatasmowa na stronach Dziennika Opinii:

Marek Balicki: Władza nie może być śmieszna

Leszlk Miller: SLD pomiędzy dwoma młyńskimi kamieniami

Adam Ostolski, Valar Morghulis czy najpierw będziemy żyli?

Katarzyna Tubylewicz, Pan Cogito już u nas nie mieszka

Oleksij Radynski, Wszystkie drogi prowadzą na wschód

Piotr Kuczyński, Ktoś zrobił na nagraniach majątek?

Andrzej Halicki: Czekamy na pełną polityczną odpowiedź premiera

Maciej Gdula, Valar Morghulis

Jakub Majmurek, Wolność prasy w dzikim kraju

Janusz Palikot: Z jakiego powodu mam bronić Tuska?

Józef Pinior: Groteskowa akcja ABW to dowód bezwładu państwa

Kinga Dunin, Nadchodzi zima

Cezary Michalski, Alienacja

Jacek Żakowski: Poza histerią dziennikarską jest też histeria służb

Agata Bielik-Robson, Olimp w ogniu

Edwin Bendyk, Cała władza w ręce prasy

Józef Pinior: Nowy rząd albo orbanizacja

Maciej Gdula, Tuskowi lekko nie będzie

Cezary Michalski, Wunderwaffe Tuska albo jego koniec

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Dymek
Jakub Dymek
publicysta, komentator polityczny
Kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki polityczne na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie "Dissent", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Tygodniku Powszechnym", Dwutygodniku, gazecie.pl. Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press. 27 listopada 2017 r. Krytyka Polityczna zawiesiła z nim współpracę.
Zamknij