Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Dlaczego likwidacja porodówek nie rusza opinii publicznej?

Tkwimy w błędnym kole, w którym szpital ma być rentowny, bo myślimy jak księgowi, a składka zdrowotna ma być niska, bo myślimy jak oskładkowani. Rzadko jednak myślimy jak pacjenci.

ObserwujObserwujesz
Kontekst

💰 Myślenie o ochronie zdrowia przez pryzmat „rentowności” sprawia, że obywatele patrzą na porodówki jak księgowi, a nie jak pacjenci, akceptując ich zamykanie jako rzekomo ekonomicznie uzasadnione.

📉 Katastrofizm demograficzny stał się wygodną wymówką do zwijania usług publicznych na prowincji, co pogłębia marginalizację mniejszych miejscowości i tworzy samospełniającą się przepowiednię upadku.

😐 Brak emocjonalnego zaangażowania opinii publicznej w kwestie systemu ochrony zdrowia powoduje, że likwidacja porodówek przechodzi bez większego sprzeciwu, bo przegrywa z bardziej tożsamościowymi i medialnymi tematami.

7
Płacz
Celnie!
Gniew

6

Tylko w styczniu 2026 zlikwidowano w Polsce 18 porodówek, w Bieszczadach nie funkcjonuje już ani jedna. Wydawać by się mogło, że takie informacje zelektryzują opinię publiczną, a rząd będzie się musiał mocno tłumaczyć. Tymczasem nic takiego się nie dzieje. Rządowi przez ostatni rok poparcie rośnie, nie zmienił tego nawet pomysł, aby kobiety rodziły na SOR-ach. Państwo się znowu zwija, a obywateli jakoś to nie martwi. Pytanie: dlaczego?

Wirus opłacalności

Przede wszystkim myślenie o służbie zdrowia, także u pacjentów, jest ciągle zawirusowane myśleniem w kategoriach „rentowności”. Dobry szpital to taki, który się opłaca finansowo. Tymczasem rentowność czy opłacalność to tylko jedno z wielu kryteriów oceny. I owszem, bywa ono przydatne, ale nigdy nie jest kryterium absolutnym, z pierwszeństwem przed innymi, jak zdają się myśleć fani wolnorynkowego podejścia.

Kryteria oceny powinny być dostosowane do celów, które dana działalność ma pełnić. Jeśli ma to być działalność biznesowa, to rentowność ma znaczenie, ale nawet wówczas nie jest jedynym wskaźnikiem celowości. Dość rzec, że nierentowne kopalnie węgla czy drużyny piłkarskie, dotowane poprzez budowę nierentownych stadionów, jakoś nadal istnieją. A sama likwidacja tego dofinansowania, zasadna czy nie, budzi społeczny, lokalny sprzeciw.

Czytaj także Porody na SOR-ach to pomysł głupi i niebezpieczny   Katarzyna Kowalewska rozmawia z Gizelą Jagielską

Tymczasem opieka zdrowotna nie jest działalnością nastawioną na zysk, wobec czego stosowanie kryterium rentowności do porodówki ma dokładnie taki sam sens, jak stosowanie go do oceny kupna dronów czy czołgów. Rolą armii jest ochrona przed atakiem militarnym, więc nie stosuje się kryterium rentowności. Bo ochrona przecież kosztuje.

Pacjenci nie dość, że absolutyzują rentowność, to jeszcze błędnie utożsamiają brak rentowności z marnotrawstwem. Tymczasem można wydawać pieniądze wyłącznie na niezbędne rzeczy i dziesięć razy oglądać każdą złotówkę, a i tak być nierentownym. Bo nie każda działalność musi przynosić zysk.

Co najgorsze, wyborcy, z których niemal każdy wcześniej czy później będzie przecież pacjentem szpitala, automatycznie porzucają perspektywę pacjenta na rzecz perspektywy szpitalnego księgowego. Ale gdy zaczyna się mówić o zwiększeniu finansowania ochrony zdrowia – nawet nie do poziomu tych „strasznych Niemiec”, ale chociażby bliskich Czech – to nagle pacjenci szybciutko przeskakują z perspektywy księgowego w perspektywę biednego przedsiębiorcy, który będzie „okradany przez składkę”.

I tak tkwimy w błędnym kole, w którym szpital ma być rentowny, bo myślimy jak księgowi, a składka zdrowotna ma być niska, bo myślimy jak oskładkowani. Rzadko jednak myślimy jak pacjenci, często nie rozumiejąc, że z punktu widzenia pacjenta rentowny szpital jest o wiele bardziej podejrzany niż nierentowny. Bo rentowny szpital oznacza skupianie się nie na najbardziej potrzebnych zabiegach, ale na najbardziej zyskownych.

Pigułka demograficznego katastrofizmu

Wyborcy jak najbardziej łykają także racjonalizację katastrofizmem demograficznym. To jeden z ostatnich wynalazków, gdzie demografia ma uzasadniać zwijanie państwa i pogarszanie jakości usług publicznych. Nie chodzi o to, że nie mamy problemów demograficznych, bo owszem, mamy. Ale demograficzny kryzys stał się łatwą wymówką do dalszego pogarszania jakości usług publicznych na prowincji. W pewnym sensie działa to jak samospełniająca się przepowiednia. Dlatego skoro rodzi się mniej dzieci, musimy zamykać porodówki. Zamiast przeciwdziałać demograficznemu pustkowiu władza – i ta lokalna, i państwowa – robi wszystko, aby ten trend pogłębiać.

W przypadku demograficznego wysysania prowincji znów brana jest pod uwagę rentowność – w tym przypadku w wersji turbo. Jeśli bowiem przerzucimy wszelkie zasoby do większych miast, to oznacza owszem, w tych miastach szpitale będą rentowne, aż za bardzo. A „za bardzo” będzie oznaczało po prostu klęskę urodzaju.

Czytaj także Przeciwko komercjalizacji. 10 punktów o ochronie zdrowia Maria Libura, Michał Zabdyr-Jamróz, Jan Oleszczuk-Zygmuntowski

W przypadku szpitali może to oznaczać ogrom nadprogramowych pacjentów, którzy będą walić drzwiami i oknami, co będzie generowało dochody, ale jednocześnie powodowało kolejki. Na jedno miejsce w mieście wojewódzkim będzie przypadało o wiele więcej porodów niż dotychczas, co z kolei obniży jakość, bo „na twoje miejsce czekają już następni”. Dodatkowo spotęguje to próby załatwiania miejsca metodą „na ordynatora” oraz zablokuje ścieżki kariery – bo im mniej szpitali, tym mniej możliwości awansu dla młodych lekarzy.

Widać to dzisiaj w branży mieszkaniowej, gdzie na prowincji mieszkania są relatywnie tanie (niski popyt), za to w ośrodkach miejskich są ogromnie drogie (ciągle rosnący popyt przez napływ nowych mieszkańców). Władza, zamiast próbować przeciwdziałać temu i rozwijać mniejsze ośrodki tak, by kariera nie musiała zawsze wiązać się z wyjazdem do większego miasta, robi dokładnie odwrotnie. Nie ma kin, bibliotek, porodówek, uczelni wyższych, stacji kolejowych; jest kilka aptek, pizzerii, kwiaciarni, Żabek i Biedronek, są kościoły, jest kilka szkół (oczywiście głównie podstawowych), ratusz i klub piłkarski na garnuszku małego miasteczka. A potem pytanie: dlaczego młodzi nie chcą zostawać? Dlaczego od lat nikt do nas nie przyjeżdża? Przecież mieszkania są tu o wiele tańsze.

Największym problemem jest jednak to, że w ten sposób myślą nie tylko decydenci, ale także wyborcy. Każde obcinanie jakości usług publicznych spotyka się z kiwaniem głowami: no, tak, demografia. No tak, nierentowne. Wyborcy sami sobie szykują smutny los mieszkania na pustyni.

Operacja na prowincjonalnym organizmie

Z połączenia zaklęcia nierentowności z obojętną dla większości zapaścią prowincji wiąże się trzeci jeździec porodówkowej apokalipsy, a więc uprzedzenia – by nie rzec pogarda – wobec prowincjonalnych szpitali. Zamiast narzucić obowiązek objeżdżania różnych miejscowości przez lekarzy z wysokim stażem, w tym ginekologów, tworzy się wyspy kompetencji, pozostawiając resztę daleko w tyle. Pacjentki szybko to wyczuwają, więc owszem, jeżdżą na wizyty po kilkaset kilometrów, bo czego nie zrobią dla zdrowia przyszłego dziecka i własnego? W ten sposób niejako głosują nogami.

Dlatego zamknięta porodówka w rodzinnym mieście tak nie boli. Zawsze przecież mogę dojechać do wybranego szpitala autem, prawda? Korzystanie z miejscowego szpitala stało się symbolem usługowego obciachu, by nie rzec – narażania własnego zdrowia. A to oznacza, że łatwo przyklasnąć likwidacji prowincjonalnych porodówek.

Czytaj także Zdrowie wcale nie jest najważniejsze. Spytajcie Polki i Polaków Galopujący Major

Jestem przekonany, że gdyby raz w tygodniu w podłódzkich miejscowościach przyjmowali ginekolodzy z najlepszych łódzkich szpitali, to pacjentki zostawałyby w tych lokalnych placówkach, a nie jeździły do Szpitala Matki Polki. Dokładnie tak dzieje się na rynku prawniczym czy stomatologicznym, zwłaszcza jeśli chodzi o implanty czy protetykę. Tyle że otworzyć kancelarię albo gabinet jest łatwiej niż własny oddział ginekologiczny. Oddziały takie utrzymywać powinno państwo. Właśnie po to, aby nie wprowadzać dyskryminacji geograficznej pacjentek porodówek. Wówczas i one nie będą „głosować nogami”, bo prowadzący ich lekarze będą na miejscu (nawet jeśli nie codziennie).

Epidemia braku zainteresowania

Wreszcie ostatnim powodem tego, że pacjenci nie mają problemu z zamykaniem porodówek, jest to, że spory o służbę zdrowia zupełnie ich nie kręcą. Nawet jeśli ktoś jest uodporniony na całą neoliberalną propagandę i rozumie potrzebę inwestowania w opiekę zdrowotną, także na prowincji, to i tak nie będzie to przedmiotem wielkiej pasji polemicznej i walki z wiatrakami. Zamknęli, to zamknęli. Cóż, są ważniejsze (czytaj: bardziej emocjonujące) sprawy.

To mit, że wyborcy na co dzień masowo żyją poważnymi problemami ochrony zdrowia. To mit, że masowo roztrząsają problemy wysp kompetencji, rentowności oddziałów szpitalnych czy siatki połączeń kolejowych, bibliotek czy kin studyjnych. To zajmuje zwykle garstkę zapaleńców –  ruchy miejskie, kilku lewaków, dwa z trzech (oczywiście nierentownych) czasopism.

Wyborcy żyją bardziej tożsamościowymi emocjami, więc będą cztery razy silniej gardłować w sprawie czarnej Heleny w obsadzie Odysei niż nad tym, że ich ciężarna krajanka w razie potrzeby będzie musiała ratować ciążę kilkaset kilometrów dalej. A jak umrze, to powie się: no cóż, wina państwa, a więc lewactwa, bo niewydolne państwo to zawsze wina lewactwa. Nawet jeśli od ponad 20 lat na zmianę rządzi PiS albo PO.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
7 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
news.slouching387
2026-02-27 07:23

bardzo wazny glos, dziekuje, to samo z transportem publicznym na wsi, nierentowny, to nie ma, wykluczenie komunikacyjne wsi siega zenitu

koztrt
2026-02-27 09:32
Odpowiedź do  news.slouching387

Nie wiem jak u ciebie, ale do nas dojeżdża autobus. W środę. 🤦

koztrt
2026-02-27 09:31

To mit, że szpitale powiatowe działają jak wielkomiejskie. To umieralnie. Połamaną rękę złożą, ale będzie do poprawy. Jesli jest konieczność wezwania karetki do domu i zabrania do szpitala, to błagamy, żeby wiezli do prawdziwego szpitala, nie powiatowego. Jeśli się nie zgodzą to wieziemy sami. Opowiadanie o rownosci opieki zdrowotnej, szczególnie dla dzieciaków, jest ignorancją. Nawet psa nie zawiozę już do weta w miescie powiatowym.
Fajnie by było, gdyby kompetencje lekarzy były równe. Ale okazuje się, że nie są. Są tacy, co potrafią w nocy ściągnąć z drugiego konca Polski sprzęt do bardzo skomplikowanej operacji, ale powiatowi zajmują się przepisywaniem homeopatii i wystawianiem kart zgonu.
To nie jest mniemanologia ale moje doświadczenia. Mojego dzieciaka, gdyby został w powiatowym, już by go nie było.

dg30
2026-02-27 11:31
Odpowiedź do  koztrt

Jest w tych uwagach nieco racji, wszakże nie wydaje się mi aby to był wystarczający argument za likwidacją małych szpitali. Warto by jednak zastanowić się nad regulacją ich sieci, co wymagałoby rozbudowy tych usług medycznych, które są najbardziej potrzebne. Jednocześnie należałoby zwinąć te usługi, z którymi małe szpitale raczej nie mają szans sobie poradzić na odpowiednim poziomie.

dg30
2026-02-27 11:25

Należy być wdzięcznym Autorowi za podjęcie tego tematu. Zabrał się za niego jednak nie mając wielu potrzebnych narzędzi analitycznych. Przede wszystkim warto zauważyć, że publiczna służba zdrowia w Polsce jest zorganizowana w formie quasirynku. Nie jest to to samo co czysty rynek, na qusirynku obowiązują quasiceny, w tym przypadku stawki za usługi ustalane przez NFZ. Usługi te świadczą różne podmioty (państwowe, samorządowe, fundacje i prywatne), które czynniki produkcji pozyskują już na zwykłych rynkach. Ma to zapewnić z jednej strony bezpłatny dostęp do świadczeń z punktu widzenia pacjentów a jednocześnie zmuszać podmioty świadczące usługi do minimalizacji kosztów (jak to się dzieje na zwykłych rynkach). Jest to całkiem dobre rozwiązanie. To czego brakuje to odpowiednia wielkość środków w budżecie NFZ. W jego ramach wydajemy nieco ponad 5% PKB. Przywoływane tu Niemcy wydawały przed pandemią 8% PKB a później nawet 10%. Podniesienie budżetu NFZ co najmniej do 7% PKB jest minimalnym postulatem zdrowego rozsądku.
Wiele postulatów Autora jest całkiem słusznych, w szczególności rozbudowa państwowej służby zdrowia na terenach słabiej zamieszkałych. Trzeba to zrobić i nie ukrywać, że publiczna służba zdrowia na wsi i w małych miastach będzie przeciętnie droższa niż w wielkich miastach, tak jak przeciętnie droższe jest kształcenie uczniów w małych szkołach.

malinowa.2009
2026-02-28 23:05
Odpowiedź do  dg30

Nie rozumiem co masz na myśli na końcu swojej wypowiedzi odnosząc się do „przeciętnie droższej” służby zdrowia w miastach i na prowincji. Czy wszystko co robi nasze państwo aktualnie oparte jest o maksymalizację zysków finansowych/ minimalizację wydatków, żeby potrzebne było „nieukrywanie, że służba zdrowia i edukacja są przeciętnie droższe niż na prowincji”?
I co w ogóle masz na myśli z tymi „przeciętnie droższymi” usługami? Zakładam, że cenę jednostkową za to samo np. badanie czy poradę lekarską.
W takim przypadku mój argument brzmi: już dziś nie oszczędzamy na tym jako państwo, gdzie wykonywanie czegoś jest droższe w miastach niż na prowincji. Np. pensje urzędników urzędów centralnych w 90% zapewne umiejscowionych w stolicy. Gdyby urzędy te rozdysponować między miasta np. wojewódzkie, z uwagi na lokalne poziomy wynagrodzeń można by zaoszczędzić. Nie wspominając o tym, że ogromnie wiele takich warszawskich urzędów stoi pracą osób, które za pracą wyemigrowały ze swoich miast (to tak a propos początku artykułu i nie dbania przez państwo o rozwój mniejszych ośrodków).

dg30
2026-03-01 11:21
Odpowiedź do  malinowa.2009

Przeciętny koszt wykształcenia jednego ucznia na wsi jest wyższy niż przeciętny koszt wykształcenia ucznia w mieście. To dobrze znany fakt. Dlatego też subwencja ogólna dla samorządów w części oświatowej przyjmuje wyższe wagi dla dzieci wiejskich. Podobnie zapewnienie takich samych usług zdrowotnych na wsi jak i w dużym mieście będzie przeciętnie droższe.