Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Całe Węgry są czymś w rodzaju specjalnej strefy ekonomicznej

Bliżej do Bułgarii niż Austrii? W jakim miejscu jest gospodarka Węgier po 16 latach rządów Orbána opowiada główny ekonomista „Pulsu Biznesu”.

Rozmowa
Kontekst

📉 Węgry po 2010 roku przeszły od jednego z bogatszych krajów regionu do jednego z biedniejszych, mimo że polityka Viktora Orbána ustabilizowała gospodarkę po głębokim kryzysie finansowym.

🏭 Model gospodarczy oparto na taniej pracy, niskich podatkach dochodowych i przyciąganiu zagranicznych inwestycji, co stworzyło coś w rodzaju „specjalnej strefy ekonomicznej” i silną zależność od przemysłu motoryzacyjnego.

⚖️ Równocześnie ograniczanie kapitału zagranicznego i wspieranie „narodowego biznesu” doprowadziło raczej do rozwoju oligarchii powiązanej z władzą niż konkurencyjnej gospodarki.

⚠️ Kluczowe słabości to monokultura przemysłowa, niższe zaufanie rynków, utrata funduszy UE i podatność na kryzysy, co sprawia, że Węgry rozwijają się wolniej i są bardziej wrażliwe na wstrząsy gospodarcze.

Walka

Michał Sutowski: Mieli gonić Austrię, a zaraz spadną poniżej Bułgarii – to jest adekwatny, czy przerysowany publicystycznie opis sytuacji gospodarczej Węgier po 16 latach rządów Viktora Orbána? Kiedyś zapowiadał, że do 2030 roku jego kraj będzie w czołowej piątce Unii Europejskiej pod względem poziomu życia…

Ignacy Morawski: To jest adekwatny opis sytuacji, choć mam wątpliwości co do deklarowanych celów węgierskiego rządu po roku 2010. Całe to polskie marzenie o doganianiu, że kiedyś będziemy jak Niemcy, a Podkarpacie jak Bawaria – u nich nie było aż tak istotne. Ważniejsze było uzyskanie niezależności od globalnego kapitału, od zachodnich technologii i decyzji mocarstw. Innymi słowy, chodziło o suwerenność. Natomiast nie ma sporu, że Węgry były kiedyś jednym z bogatszych krajów w regionie, a teraz są jednym z najbiedniejszych.

Czytaj także Miał być Budapeszt w Warszawie, teraz Węgrzy modlą się o Warszawę w Budapeszcie Piotr Wójcik

Zacznijmy zatem od punktu startowego: Orbán wygrywa wybory w 2010 i obejmuje rządy po kryzysie finansowym. Tak głębokim, że jego poprzednicy musieli ubiegać się o dużą pożyczkę stabilizacyjną z MFW, oczywiście warunkowaną cięciami wydatków. Inaczej mówiąc, nie miał lekko.

Faktycznie, on przejął władzę w warunkach głębokiego kryzysu, i to podwójnego. Po pierwsze, tego finansowego, który w latach 2008-2009 doprowadził do największego załamania gospodarczego po II wojnie światowej w krajach rozwiniętych. A po drugie, kryzysu fiskalnego na samych Węgrzech, który trwał już od 2007 roku. To była cała seria redukcji ratingów, ucieczek inwestorów zagranicznych i generalny wzrost nieufności rynków do kraju. Jeden kryzys wzmacniał drugi, bo ten ogólnoświatowy najbardziej karał państwa, które i tak już miały problem z pozyskaniem kapitału z zewnątrz. A Węgry miały duży dług zagraniczny i generalnie duży deficyt na rachunku obrotów bieżących.

Przypomnijmy: bilans obrotów bieżących to zestawienie bilansu handlowego – importu i eksportu towarów i usług – z transferami zagranicznymi dywidend, odsetek, pensji, przekazów pieniężnych, itp.

Tak, a skoro miały na nim deficyt, to znaczy, że „wisiały” na dopływie kapitału zagranicznego, który w momencie kryzysu zaczął gwałtownie z Węgier uciekać.

Czy ta sytuacja była wynikała z błędów poprzedniego rządu?

Tak, zresztą mogliśmy to usłyszeć na słynnym nagraniu Ferenca Gyurcsany’ego, które wyciekło z zamkniętego spotkania w partyjnym gronie socjalistów. Premier Węgier mówił, że kłamali, oszukiwali wyborców, Komisję Europejską, inwestorów i samych siebie w kwestii sytuacji finansowej państwa.

Czyli co konkretnie?

Węgry zwiększały bardzo mocno deficyt. A do tego, inaczej niż my w Polsce dzisiaj, zadłużyli się bardzo zagranicą, tzn. pożyczali od zagranicznych inwestorów, żeby finansować krajową konsumpcję i inwestycje. Do tego mieli równocześnie wysoki deficyt budżetowy i ten na rachunku bieżącym – po 8-9 proc. PKB w latach 2005-06. Ten ostatni jest nawet ważniejszym parametrem gospodarczym niż budżetowy, co w polskiej debacie publicznej umyka.

Deficyt budżetowy pokazuje, ile brakuje rządowi, tzn. ile musi pożyczyć, żeby pokryć wydatki…

… za to deficyt na rachunku bieżącym – ile brakuje całej gospodarce, ile musi pożyczyć z zagranicy. I to jest ważniejsze, ponieważ kapitał zagraniczny jest mniej ufny i skłonny do szybszego wycofania się w razie kłopotów. Przez pierwsze lata po akcesji do UE panowało przekonanie, że nasz region to nowe Eldorado, więc kapitał płynął szerokim strumieniem. To szybko jednak pękło, nałożył się na to kryzys światowy i totalny spadek zaufania do klasy politycznej – i na tym wyrósł Orbán.

Czytaj także Czy tylko prawica może zatrzymać prawicowy populizm? Jakub Majmurek

Czy on miał spójny plan prowadzenia alternatywnej polityki gospodarczej? Czy raczej czerpał wycinkowo z różnych teorii ekonomicznych i po prostu reagował na bieżąco? Czy „Orbánomika” to realna doktryna czy raczej slogan propagandowy?

Moim zdaniem to spójny zestaw przekonań, który dziś, co ciekawe, zyskuje na popularności, a nie traci. Kiedyś był na peryferiach myślenia politycznego i ekonomicznego, a dziś puka do centrum.

W dużym skrócie stoi za tym teoria zależności: kraj peryferyjny nie może się w pełni rozwinąć, licząc wyłącznie na kapitał i technologie zagraniczne oraz na korzyści związane z globalizacją. Bo w świecie istnieje strukturalny podział między krajami bogatymi, inaczej krajami rdzenia, a tymi, które są na peryferiach. Te pierwsze produkują wysokie na dany moment technologie, a peryferie dostarczają tanią siłę roboczą, komponenty i surowce. Oczywiście, mogą być dalekimi peryferiami, jak kraje Afryki, albo półperyferiami jak nasz region, niemniej zawsze to sytuacja podporządkowania. Z tego wynikało przekonanie Orbána, że trzeba ograniczyć rolę kapitału zagranicznego w gospodarce, wzmocnić kapitał krajowy, uniezależnić się od międzynarodowych ośrodków decyzyjnych, zarówno politycznych, takich jak Komisja Europejska, jak też medialnych i biznesowych.

Żeby Niemcy z Berlina nie decydowali o tym, co będzie się mówić w mediach i kto u nas dostanie kredyt?

Dokładnie tak. Orbán przegrał spektakularnie, choć można się spierać, z jakich dokładnie powodów. Ale czy jego idea przegrała? Moim zdaniem ona zyskuje na popularności w naszym regionie. Donald Tusk też mówił, że nacjonalizm gospodarczy to właściwie nic złego, że musimy repolonizować banki… Ta narracja może nie dominuje w pełni, ale jest już blisko mainstreamu. Nawet Trump mówi przecież, że Amerykanie zostali oszukani przez cały świat, że są za bardzo zależni od Azji, od Europy, że muszą się uniezależnić, być suwerenni. Co jest paradoksalne, że taka narracja zaczyna być budowana także w centrum świata.

Czyli Orbán zapowiadał na początku rządów, że nie będzie naiwnym, liberalnym globalistą; krytykował też cięcia wydatków narzucone Węgrom przez MFW. Ale niedługo potem, od 2012 roku, wprowadził korektę kursu: obniżył PIT, obniżył CIT, podwyższył VAT.

I jeszcze podatki sektorowe: w bankowości, energetyce, wobec dużych sieci handlowych, operatorów telekomunikacji, ubezpieczycieli…

Ale poza tym ostatnim wątkiem to jest tak naprawdę neoliberalna ortodoksja. Niskie, liniowe podatki od dochodów osób i przedsiębiorstw, a wysokie pośrednie. Biednym to raczej nie pomaga…

Bo to jest polityka skierowana do klasy średniej i wyższej średniej: wspierać tych, którzy zarabiają nieźle, chcą i mają z czego oszczędzać. Orbánomika wymyka się zresztą tradycyjnym podziałom, np. etatyzm versus liberalizm. To jest raczej podział na gospodarkę narodową i globalistyczną. Tę pierwszą możemy wspierać niskimi podatkami dla własnych obywateli, a wyższe podatki sektorowe dotyczą głównie zagranicznych korporacji.

Ale zagraniczne korporacje dostawały przecież preferencyjne warunki. Niemieckie zwłaszcza…

W obszarze produkcji przemysłowej – tak. Orbán bardzo dobrze dogadywał się z Angelą Merkel, Niemcy weszli tam ze swoim Audi i Mercedesem, produkują samochody i kluczowe komponenty, jak np. silniki. Stąd też zarzuty, że ta niby suwerennościowa polityka Orbána działa raczej w sferze idei, a w praktyce on się tylko uzależniał od nowych ośrodków: zamiast od Amerykanów, to od Niemców, a potem Chińczyków. Oraz, co istotne, że walka z uzależnieniem od globalnego kapitału skończyła się zależnością od lokalnej oligarchii, a nie prawdziwą konkurencją niezależnych, prywatnych przedsiębiorstw krajowych.

Ale ten kapitał zagraniczny, który jednak do Węgier zawitał, dostał bardzo korzystne warunki działania?

Całe Węgry są czymś w rodzaju specjalnej strefy ekonomicznej z tymi wszystkimi ulgami i dotacjami dla przedsiębiorstw. Zarówno polityka gospodarcza, jak i podatkowa nastawione były m.in. na mobilizację siły roboczej dla przemysłu. To się zresztą Orbánowi udało, bo aktywność zawodowa na Węgrzech bardzo wzrosła, bardziej niż u nas.

Czy to był główny mechanizm przyciągania kapitału, który inwestuje w produkcję?

Wszyscy w regionie działali podobnie, tzn. dostarczali wydajnej i dość taniej siły roboczej. To zresztą pozostałość po całkiem niezłym szkoleniu technicznym z okresu komuny, kiedy kompetencje inżynierskie w regionie były wysokie, a jednocześnie płace niskie. Dlatego kapitał tu płynął, a do tego jeszcze dostawał zwolnienia podatkowe. My też konkurowaliśmy w ten sposób. Ale na szczęście nie aż tak zażarcie, tzn. nie ściągaliśmy aż tak dużo inwestycji w motoryzacji jak Węgry czy Słowacja.

A właściwie czemu „na szczęście”?

Bo stworzyli monokultury przemysłowe i są bardzo uzależnieni od jednej branży – motoryzacja to u nich 8-9 procent PKB. Sam eksport baterii do samochodów elektrycznych stanowi 5 proc. całego eksportu Węgier, gdy w Unii Europejskiej to jest średnio mniej niż 1 procent. Jak jedna branża ma kłopoty, to cały kraj się nie rozwija, przykład Węgier i Słowacji dobrze to pokazuje. Oczywiście, próbują to równoważyć rozwojem łańcucha dostaw do samochodów elektrycznych, z pomocą chińskiego BYD i BMW, ale to też jest uzależnianie się od jednej branży. Polska jest dużo bardziej zdywersyfikowaną gospodarką niż Węgry i to nasz wielki plus. Nie mamy tak wielkich fabryk samochodów, nie produkujemy ich tyle, co Węgry, Czechy czy Słowacja, obok dostawczaków i nielicznych osobówek produkujemy raczej części.

To lepiej czy gorzej?

Lepiej pod względem stabilności koniunktury, aczkolwiek robimy rzeczy trochę mniej zaawansowane niż np. silniki.

Czytałem jednak, że w przypadku Węgier te inwestycje niewiele pomagają lokalnym producentom. Węgierski wkład lokalny do eksportu jest mały. Z czego to wynika?

To jedna z najciekawszych rzeczy, które zauważyliśmy na Węgrzech, pisząc raport Smutny koniec Orbánomiki. Panuje tam, co do zasady, sceptyczny stosunek do inwestycji zagranicznych i to nie tylko w kręgach konserwatywno-prawicowych. U nich dość powszechne jest poczucie ich mniejszego wpływu na lokalną gospodarkę niż w Polsce. Z tego co wiem, co widzę i liczę, to nasi inwestorzy mieli spore przełożenie na proces uczenia się przez cały system gospodarczy. Przykładowo zagraniczne firmy zatrudniały menedżerów, a później oni zakładali własne firmy. Przede wszystkim jednak zagraniczne koncerny rozwijają u nas sieć dostawców i uczą naszych producentów nowych technologii. Wydają im np. certyfikaty za osiągnięty poziom jakości produkcji i dzięki tym certyfikatom te polskie firmy później mogą gdzie indziej sprzedawać swoje towary. Krótko mówiąc, u nas wokół firm zagranicznych wytworzył się pewien ekosystem krajowych przedsiębiorstw. U Węgrów dyfuzja technologii z zagranicznych inwestycji była dużo mniejsza, a dodatkowo niemieckie firmy częściej wysysały pracowników z rynku i uniemożliwiały rozwój lokalnym przedsiębiorstwom. A przynajmniej tak to wygląda w narracji, którą prezentują węgierscy ekonomiści.

Czytaj także Dostatek vs populizm: ta dyskusja zdecyduje o przyszłości amerykańskiej polityki Jakub Majmurek

Jednocześnie jednak państwo węgierskie za Orbána zaczęło wspierać biznes krajowy – przed 2010 rokiem bodaj 98 proc. subsydiów z budżetu szło dla firm zagranicznych. To chyba było sensowne, to przestawienie wajchy?

Orbán faktycznie zaczął zmniejszać udział zagranicznych firm w węgierskiej gospodarce, a udział bezpośrednich inwestycji zagranicznych spadł najbardziej w regionie, podobnie stosunek produkcji w firmach zagranicznych do ogółu produkcji. Ale to się odbywało w dużej mierze przez wypychanie zagranicznych firm w wyniku wspomnianych już podatków sektorowych, nakładanych na telekomunikację, handel i media, a także nacjonalizacji tranzytowej.

W raporcie piszecie, że chodzi o to, że państwo przejmuje jakąś firmę, dokapitalizowuje ją ze środków publicznych, a potem przekazuje prywatnym członkom elity władzy, oczywiście na preferencyjnych warunkach.

Rzeczywiście zaczęto wzmacniać kapitał krajowy, tylko że poprzez budowę oligarchii: duże krajowe firmy, które są zaraz zaprzyjaźnione z rządem i realizują rządowe zlecenia.

Ktoś może powiedzieć, że np. w Korei Południowej szefowie ich słynnych czeboli też są zakumplowani z władzą, a jednocześnie to nie przeszkadza produkować statków i samochodów na cały świat.

Być może Orbán chciał zbudować podobny system.

Ale przez 16 lat chyba nie zbudował.

Jego obrońcy mogą mówić, że nie zdążył, bo miał pecha, bo przyszła pandemia i wszystko zaczęło wyglądać jak na rollercoasterze. Ciężko kontrolować gospodarkę, jak masz tyle kryzysów naraz. Ale też można się przyjrzeć, w jakich branżach ci krewni i znajomi królika działają. To nie są koncerny z aspiracjami do produkcji na eksport, tylko media, handel, budownictwo. Wszystko to, co może się rozwinąć dzięki zleceniom publicznym, które są głównym mechanizmem stymulowania przychodów tych firm. A w kraju wielkości Węgier nie rozwiniesz w ten sposób motoryzacji ani innych, zaawansowanych branż technologicznych.

A mieli na czym budować? Tak jak np. Czesi ze swoją tradycją motoryzacyjną?

Tam było dużo zaawansowanej wiedzy w niektórych dziedzinach, na przykład w farmaceutyce. Patentów mieli dużo wyżej niż Polska, Słowacja, Czechy czy Rumunia, ale dziś są za nimi wszystkimi. My poszliśmy do przodu po wejściu do Unii Europejskiej, natomiast oni stali w miejscu.

W różnych miejscach można znaleźć informację, że Węgrzy bardzo mało, nawet jak na nasz region, wydają na edukację, a badania i rozwój, jeśli w ogóle, prowadzą na swój użytek koncerny zagraniczne.

Tak, choć nie ma jednej wajchy, którą wystarczyłoby pociągnąć. Trzeba mieć dynamiczną, zróżnicowaną gospodarkę, w której rozwija się wiele sektorów technologicznych, a Węgry są monokulturą przemysłową, która rośnie wtedy, kiedy na świecie jest dobra koniunktura i która ma kryzys, kiedy koniunktura słabnie.

Do 2019 roku wskaźniki gospodarcze Węgier były dość przeciętne na tle regionu, może poza niższymi płacami, niemniej bezrobocie było niskie, a wzrost przyzwoity – a potem przyszła pandemia. Ale czy zanim do niej doszło, widać było symptomy nadchodzących problemów?

Co najmniej trzy rzeczy, które z pozoru nie szkodziły gospodarce, ale zaczęły, gdy zaczął się kryzys na świecie, były widoczne już przed 2020 rokiem.

Po pierwsze, Węgry wciąż miały niższy rating niż inne kraje regionu, były uznawane za kraj bardziej ryzykowny niż Polska czy Czechy. To była pozostałość jeszcze po tym kryzysie sprzed 2010 roku: nie udało im się w pełni odzyskać zaufania rynków. Oczywiście mogliby bardziej oszczędzać, ale jak oszczędzasz, to dusisz popyt krajowy, a poza tym kiedy rządzisz, oszczędzać jest generalnie trudno. Tak czy inaczej, Orbán ustabilizował gospodarkę makroekonomicznie, ale koszty obsługi długu i tak mieli wyższe, zwłaszcza w okresach kryzysowych, no i większe ryzyko, że im ucieknie kapitał.

Co na to można poradzić?

W momencie kryzysu inflacyjnego musieli bardziej podnosić stopy procentowe niż np. Polska – my mieliśmy wyższe niż strefa euro, rzędu 7 proc., ale oni wskoczyli na poziom 13 proc. To jedna rzecz. Druga jest taka, że Orbán stopniowo zaczął konfliktować się z Unią Europejską i w końcu stracił dostęp do funduszy europejskich. Nagrabił sobie, mówiąc kolokwialnie, to narastało stopniowo, aż im w grudniu 2022 odcięto środki, co Węgrów kosztowało bardzo dużo. Łącznie ta kwota zablokowanych pieniędzy to jakieś 10 proc. ich PKB. To tak, jakby nam zabrano 400 miliardów złotych.

Czyli dostali po głowie za praworządność?

Bynajmniej, nie tylko ze względu na naruszenia praworządności, ale przede wszystkim za to, że te pieniądze zasilały wewnętrzny system korupcyjny. U nas środki europejskie przechodzą przez bardzo rygorystyczny reżim administracyjny, może nawet zbyt rygorystyczny. Każdą złotówkę administracja ogląda z czterech stron, czy ją dobrze wydaje. A tam przekazują je po prostu na projekty znajomych Orbána i niczym się nie przejmują. I to prowadzi do trzeciego problemu, który narastał jeszcze przed 2020 rokiem, czyli oligarchizacji.

A konkretnie?

Chodzi o budowę systemu, w którym dobry biznes można zrobić głównie na relacjach z państwem. To sprawia, że firmy nie uczą się zażartej konkurencji na świecie. To jest główna różnica względem czeboli, o które pytałeś. Bo w Korei mówiono tym firmom: albo eksportujecie i osiągniecie sukces na świecie, albo do widzenia, nie wspieramy was. Oni wspierali swoich, ale po to, by walczyli o rynki zbytu na świecie i twarde waluty. A na Węgrzech wspiera się naszych, bo są nasi – to działało bardziej jak w Ameryce Południowej niż Azji Wschodniej. Nawet nie wymagano od tych przedsiębiorców jakichś szczególnych usług – tylko żeby się nie wtrącali w politykę. W ogóle to ciekawa sprawa, bo na Węgrzech system biznesowy był powiązany z polityką dużo dawniej.

To nie Orbán wymyślił?

Kiedyś było tak, że opozycja też miała swoje biznesy. Taki był podział, umownie, że 70 procent było dla rządu, 30 procent dla opozycji. To może mieć nawet pewne zalety, bo jakoś stabilizuje system polityczny. Ma też minusy, bo oczywiście zaburza konkurencję, ale z drugiej strony nie masz takiego absurdalnego chaosu politycznego, który bywa niszczący dla wielu krajów. Tylko Orbán stwierdził: dobra, to ja biorę wszystko dla siebie.

Czytaj także Za wcześnie, by świat opłakiwał dolara. Nieprędko przestanie być hegemonem Piotr Wójcik

I to, jak rozumiem, zbudowało poważniejsze blokady dla rozwoju?

Jak mówimy o problemach węgierskich, to one w pewnej mierze występują we wszystkich krajach regionu. W Czechach też była stagnacja i też panuje oligarchia. Węgry jednak nie są państwem upadłym i się rozwijają, mimo wszystko. Nawet jeśli wolniej niż sąsiedzi, przez co spadli pod względem PKB na głowę poniżej Rumunii. Problem Węgier polega na tym, że kiedy na świecie jest kryzys, to strasznie boleśnie to odczuwają. Jak na świecie jest z grubsza ok, to i Węgry rosną, więc podejrzewam, że Magyar, nie Magyar, jak koniunktura się poprawi, to i oni ruszą do przodu. Tym bardziej, że rośnie znów popyt na samochody elektryczne.

Węgrzy do tego hasła suwerenności są przywiązani, przyszły premier też nie jest jakimś federalistą czy globalistą. A jednocześnie zdecydowana większość chciałaby wstąpienia Węgier do… strefy euro. Jak to możliwe?

Faktycznie, własna waluta jest jednym z głównych atrybutów suwerenności kraju, dla niektórych bywa wręcz źródłem narodowej dumy, jak kiedyś marka niemiecka. A że 70-80 procent Węgrów chce pozbyć się forinta, to wynika z jednej strony z tego, że suwerennościowa narracja nie przyjęła się aż tak doskonale, ale też z faktu słabości waluty. U nas w Polsce poparcie dla euro też przecież rośnie wtedy, kiedy złoty traci. Tylko u nas euro kosztuje 4,25 zł, czyli tyle samo, ile 10 lat temu.

A na Węgrzech?

Dziś kosztuje 380 forintów, 10 lat temu kosztowało 310, a 20 lat temu kosztowało 240 forintów. Traci więc systematycznie, a nasz złoty był bardzo stabilny przez cały ten czas.

Ten spadek wartości to wynik błędów polityki?

Przede wszystkim symptom tego, że kraj miał zbyt duże zadłużenie zagraniczne i musiał w pewnym momencie mocno zdewaluować pieniądz, żeby poprawić równowagę zewnętrzną. Ale, co ciekawe, widać dużą zmianę na plus już od zeszłego roku – od kiedy rynek antycypował zmianę na Węgrzech, zaczął już aprecjację forinta. Największy wpływ widziałbym jednak w funduszach europejskich.

Czyli twardej walucie w dużej ilości?

Tak, dostajesz kasę z UE, więc masz walutę. My dostajemy mnóstwo środków europejskich, mamy więc euro i stabilizujemy dzięki temu kurs własnej waluty. Oni od ponad trzech lat nie mają takiej możliwości.

Czytaj także ETS się zmieni, ale pozostanie ważnym narzędziem polityki klimatycznej Unii Europejskiej Jan Ochnio rozmawia z Jakubem Wiechem

Wśród źródeł węgierskiej stagnacji wasz raport wymienia również wzrost cen energii w związku z kryzysem gazowym przed wojną w Ukrainie, ograniczenia dostaw i sankcje nałożone na Rosję. Węgrzy od lat dopłacają dużo z budżetu, żeby ceny nośników energii w kraju były przystępne. Ale odcięcie dostaw rosyjskiego gazu dla wszystkich było jakoś kosztowne…

Tak, ale Węgrzy przez lata nie chcieli korzystać z możliwości dywersyfikacji, nie otwierali sobie nowych dróg i źródeł pozyskania surowca. Uważali, że rosyjski gaz i ropa to zawsze najlepsza opcja i teraz to się mści. Bo to prawda, że kryzys energetyczny dotknął wszystkich w regionie, bo wszystkie te gospodarki są bardziej energochłonne niż zachodnie, mają więcej przemysłu. Ale Węgrzy zapłacili najdrożej. Także dlatego, że jako kraj z gorszymi notowaniami wśród inwestorów zagranicznych, kiedy tylko pogarsza ten rachunek bieżący, od razu mają większy problem. A przecież kryzys energetyczny to jest, znów, kryzys rachunku bieżącego. Musisz dużo importować, a nie eksportujesz. Musisz to czymś sfinansować, więc pożyczasz za granicą. Nam to zawsze szło łatwiej niż Węgrom.

Czy skoro blokada środków unijnych była dla węgierskiej gospodarki tak dotkliwa – brakuje pieniędzy na inwestycje, słabnie ich waluta i zaufanie rynków finansowych, droższy jest dług – to czy „polityczne” odblokowanie ich po zmianie władzy na Węgrzech poprawiłoby szybko sytuację?

Zacznijmy od tego, że z tego, co słyszę, w Brukseli panuje przekonanie, że Polsce chyba za łatwo odblokowano pieniądze. Bo nam je dano „na gębę”: przyszedł Tusk, powiedział, że naprawimy system sądownictwa, zrobimy reformy, kamienie milowe, itd. Ale nie ma przecież swojego prezydenta, nie ma większości do odrzucenia weta, więc nie ma reform. Nie mamy Trybunału Konstytucyjnego, nie wiadomo, którzy sędziowie mogą sędziować… Niewiele się zmieniło, więc w Unii słychać głosy, że „na gębę” to od teraz już nic. Innymi słowy, Magyar musi się wykazać i wprowadzić realne zmiany – dopiero wtedy pieniądze będą odblokowane.

Ale jeśli to nastąpi, to im wyraźnie pomoże?

Na pewno odblokowanie tych pieniędzy pomoże gospodarce, niemal mechanicznie. Napływa kasa, masz dostęp do twardej waluty, zyskujesz zaufanie, łatwiej pozyskujesz finansowanie. Jak przyszedł Tusk i napłynęły fundusze, to złoty się dosyć istotnie umocnił. I to też pozwoliło nam zbić inflację szybciej niż Węgrom, którzy nie mieli takiej możliwości – a w naszym regionie kurs waluty ma dla inflacji duże znaczenie.

Z kolei dziś, choć mamy kryzys energetyczny, Polska jest wyjątkowo mało karana przez kapitał zagraniczny. To mnie wręcz zaintrygowało: nasz indeks giełdowy przeliczony na dolary, WIG20, zachowywał się w miesiącu po wybuchu wojny w Iranie lepiej niż S&P500. Jak to jest możliwe!? Hipotezę mam taką, że nas się traktuje jako kraj, który ma dostęp do twardej waluty i zarazem silny popyt wewnętrzny.

Poza makroekonomią jest jeszcze struktura gospodarki, ta wspomniana monokultura. Czy można dużo i szybko zdziałać w tej kwestii, jak się ma większość konstytucyjną?

Nie sądzę, bo zmiana tej monokultury przemysłowej i przerwanie uzależnienia od inwestycji zagranicznych może potrwać lata. Znów, dobrze jest porównywać Polskę i Węgry, bo pewne rzeczy widać lepiej. U nas wiele rzeczy się wydarzyło… samo, bez żadnej polityki gospodarczej. Po kryzysie finansowym lat 2008-09 wyrosły zupełnie nowe branże, np. ogromna branża transportowa. Okazało się, że teraz polskie firmy wożą towary po całej Europie. Albo te wszystkie centra usług wspólnych, kiedy globalne korporacje zaczęły kombinować, jak przyciąć koszty i wymyśliły, że tu właśnie umieszczą swój back office. Niesłychanie urosła nam logistyka, te wszystkie magazyny i huby – bo mamy infrastrukturę, autostrady, kolej, porty… Gdybyś mnie zapytał o to 15 lat temu, to na pewno bym nie przewidział, jak to się rozwinie.

Ale co zrobić, jak się ma władzę polityczną, by wystąpiły podobne zjawiska?

Nie wiem. Na pewno trzeba czasu, przejrzystych warunków robienia biznesu i żeby nie było tak, że jesteś bezpieczny tylko wtedy, gdy jesteś kolegą premiera z boiska.

**

Ignacy Morawski – główny ekonomista i zastępca redaktora naczelnego w „Pulsie Biznesu”, dyrektor centrum analiz SpotData, należącego do wydawcy „PB”. Przez wiele lat pracował w sektorze bankowym (WestLB, Polski Bank Przedsiębiorczości), gdzie pełnił rolę głównego ekonomisty. W latach 2012-16 zdobył wiele wyróżnień w rankingach dla analityków makroekonomicznych, zajmując m.in. dwukrotnie miejsce na podium konkursu na najlepszego analityka makroekonomicznego organizowanego przez „Rzeczpospolitą” i Narodowy Bank Polski. W 2017 roku znalazł się na liście New Europe 100, wyróżniającej najbardziej innowacyjne osoby Europy Środkowej, publikowanej przez „Financial Times”. W latach 2019 i 2022 wyróżniony przez ThinkTank jako jeden z 10 ekonomistów najbardziej słuchanych przez polski biznes. W roku 2019 projekt SpotData, który założył, został nominowany do nagrody GrandPress Digital. W 2024 r. otrzymał nagrodę Ekonomista Roku od Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, a w 2025 r. Nagrodę im. Lesława Pagi. Absolwent ekonomii na Uniwersytecie Bocconi w Mediolanie i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie