Felieton

Dokąd zmierzasz, młoda inteligencjo?

Ruchy miejskie stały się formą społecznego zaangażowania dla wszystkich zawiedzionych NGO-sami.

W latach 90. wydawało się, że modernizację Polski w duchu liberalnej zachodniej demokracji zapewnią organizacje pozarządowe. Jednak pod koniec transformacji dokonała się ich profesjonalizacja i jednoczesne uzależnie od sektora publicznego. Okazało się, że nie są w stanie spełnić wszystkich pokładanych w nich nadziei.

Większość środków na działanie NGO-sów zapewniają samorządy i państwo. Trzeci sektor zbyt często skupiał się na wypełnianiu tabelek i bieganiu za grantami, niż na kontroli działań administracji publicznej, oddolnych działaniach czy wspieraniu obywatelskiej samoorganizacji. W ten sposób potencjał do dokonywania społecznej zmiany został drastycznie ograniczony.

Efekt? Podczas gdy w Polsce niszczono (i dalej się niszczy) na potęgę zabytki, by zrobić miejsca pod deweloperkę, towarzystwa powołane do ich ochrony były zupełnie bierne. Gdy miasta realizowały drogowe inwestycje, które tylko powiększały korki i niszczyły środowisko naturalne, członkowie organizacji powołanych do tego, by promować zrównoważoną politykę transportową, dostawali intratne posady w instytucjach samorządowych.

Z agentów zmiany NGO-sy stały się w znacznej mierze orędownikami status quo.

Projekt budowy społeczeństwa obywatelskiego opartego na organizacjach pozarządowych okazał się w dużej mierze porażką i nie wygląda na to, żeby coś w tej sprawie miało się w najbliższym czasie zmienić.

W ten projekt w ogromnej mierze była zaangażowana młoda inteligencja, która nie miała ochoty robić karier w korporacjach albo na emigracji. Działanie w trzecim sektorze było sposobem na realizację inteligenckiego etosu służby publicznej. Tym większe było rozczarowanie, któremu wyraz dała kilka lat temu w słynnym już tekście w „Gazecie Wyborczej” Agnieszka Graff. Stał się on źródłem poważnej debaty na temat kondycji III sektora. Nie zakończyła się ona jednak próbą systemowej reformy.

Wielki boom inwestycyjny ostatniej dekady przyspieszył negatywne procesy zachodzące w polskich miastach. Strumień unijnych pieniędzy poszedł głównie na budowę twardej infrastruktury. Władza z zapałem lała beton, co dawało jej poparcie wyborców, pobudzało wzrost gospodarczy i zapewniało wdzięczność partnerów biznesowych. Tymczasem szkodliwe efekty niezrównoważonego rozwoju stają się dzisiaj coraz bardziej widoczne. Wystarczy popatrzeć na postępującą degradację środowiska naturalnego i polskiego krajobrazu. W Krakowie smog utrzymuje się przez prawie 180 dni w roku, a w Warszawie przez ponad dwa miesiące. To nie lada wyczyn, zważywszy na to, że w Warszawie nie ma właściwie przemysłu, a większość domów posiada centralne ogrzewanie. Jest to pokłosie niekontrolowanego rozwoju miast opartego na indywidualnej komunikacji samochodowej.

Nie byłoby to możliwe bez deregulacji polityki przestrzennej, do której doszło za rządów Leszka Millera. W 2003 roku sejm przyjął ustawę, która zniosła dotychczasowe plany miejscowe zagospodarowania przestrzennego, nie wprowadzając na ich miejsce nowych. Brak regulacji oznaczał de facto przerzucenie kosztów rozwoju z inwestorów na samorząd, środowisko naturalne i przyszłe pokolenia. Do tego doszło wsparcie branży deweloperskiej i wygaszanie budownictwa społecznego za rządów Tuska. Trudno się temu dziwić, skoro Andrzej Halicki, były przedstawiciel Polskiego Związku Firm Deweloperskich, jednego z największych lobby w kraju, jest dzisiaj ministrem w polskim rządzie.

Ruchy miejskie, które uplasowały się między partiami politycznymi a organizacjami pozarządowymi, stały się próbą odpowiedzi na to rozwojowe wyzwanie i zarazem formą społecznego zaangażowania dla zawiedzionej NGO-sami inteligencji.

Ruchy miejskie obiecują bezkompromisowość i działanie na rzecz wspólnego dobra. Stawiają się w roli „tłumaczy nowoczesności”, którzy wprowadzą do Polski zachodnie idee zrównoważonego rozwoju opartego na prawie mieszkańców do miasta.

Ruchy szybko się upolityczniły na tyle, by wejść do lokalnej polityki. W wyborach samorządowych w 2010 roku startował jeden komitet ruchów miejskich, My-Poznaniacy. Cztery lata później organizacji o podobnym charakterze było już kilkanaście. Miejscy aktywiści byli jednym z głównych bohaterów wyborów samorządowych 2014 roku. Język ruchów miejskich w dużym stopniu przejęły wówczas inne partie. Platforma Obywatelska włączyła nawet postulat wprowadzenia budżetów obywatelskich w samorządach do swojego oficjalnego programu.

Zrównoważony rozwój oparty na partycypacji obywatelskiej ma wszelkie szanse stać się ideologią władzy na chude lata, gdy skończy się dofinansowanie z Unii Europejskiej. Nie trzeba wydawać miliardów złotych na często nietrafione inwestycje, by zdobyć poparcie mieszkańców. Dowodem niech będą projekty zgłaszane do budżetów obywatelskich w miastach i miasteczkach w całym kraju. Znajdziemy w nich inwestycje w przestrzeń publiczną, które powinny być podstawą budżetu samorządów, a nie dodatkiem do niego, takie jak chodniki, latarnie, skwery, place zabaw czy remont łazienki w szkole. Już widać, że ten zwrot myślenia w polskiej polityce będzie miał miejsce w niedalekiej przyszłości.

Dzisiaj możemy zaobserwować kolejny etap upolitycznia miejskich aktywistów: wielu z nich zadeklarowało swój akces do partii politycznych. Co ciekawe, możemy ich znaleźć na listach wyborczych do parlamentu zarówno partii lewicowych, takich jak Razem (np. Justyna Drath z Krakowa Przeciwko Igrzyskom) i Zjednoczona Lewica (Hanna Gill-Piątek), jak i liberalnej Nowoczesnej (Ewa Lieder z Gdańska Obywatelskiego czy Joanna Scheuring-Wielgus z Czasu Mieszkańców). Jednak aktywistów próżno szukać na listach Platformy Obywatelskiej. Nie powinno to jednak nas dziwić. Ruchy miejskie wyrosły z podważania status quo. Zadowolona z siebie Platforma nie umiała należycie rozpoznać sygnału, jakim był start i umiarkowany sukces ruchów miejskich w ostatnich wyborach samorządowych. Jest to związane także z faktem, że PO po odejściu Tuska staje się partią coraz bardziej antyinteligencką, która powody do dumy znajduje w peryferyjnym statusie Polski i zaniechała starań na rzecz modernizacji państwa.

W piątek rozpoczyna się IV Kongres Ruchów Miejskich. Warto obserwować, co się będzie na nim działo. Kongres, który jest przede wszystkim nieformalną siecią łączącą aktywistów z całego kraju i think-thankiem, już udowodnił swoją siłę, zmieniając język debaty publicznej i stając się forum działania nowych lokalnych liderów. Można bez dużej przesady powiedzieć, że to spośród osób, które pojawią się na Kongresie, będzie się rekrutować wielu przyszłych liderów partii politycznych i organizacji zmieniający nasze miasta i nasz kraj. Ruchy miejskie stają się forpocztą zmiany pokoleniowej w polskim życiu publicznym. Idzie nowe!

 

**Dziennik Opinii nr 261/2015 (1045)

Bio

Jan Śpiewak

| aktywista miejski
Aktywista miejski

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.