Tomasz Piątek

Daniele i jelenie

Proszę Państwa, w naszym kraju tyle dzieje się niesamowitych rzeczy, że felietonista nie zginie tu z głodu. Zamiast ginąć z głodu, żyje z Głodzia. W tym tygodniu cała Polska żyła danielami, ale nie Passentami ani Olbrychskimi, tylko świętymi. Okazało się, że arcybiskup Głódź („może nie Głódź, ale zacznij już pościć” – podobno taki mail przyszedł do kurii gdańskiej z Watykanu) dostał od miasta działkę na cele sakralne i zrobił sobie na niej prywatną hodowlę danieli. I cała Polska zastanawia się, w jaki sposób hodowla danieli jest sakralna. Może arcybiskup się pomylił, może myślał, że są to proroki Daniele? Każdy przecież chciałby mieć własną hodowlę proroków. To przypuszczenie zakłada jednak, że arcybiskup wie, kim był prorok Daniel, a to mało prawdopodobne, bo wymagałoby to od niego lektury Pisma Świętego. Może więc Głódź zgubił gdzieś „d”? Myśli, że hoduje stwory anielskie, a nie danielskie? A może – jak to poganin – po prostu czci zwierzaki, widząc w nich swój totem? „O Wielki Danielu, dzięki ci, żeś uczynił mnie danielem, lepszym niż jelenie – niż te jelenie, co dają na tacę”. Ja jednak myślę, że tajemnica sakralności danieli ma bardzo proste wyjaśnienie. Zagrycha rzecz święta! A jaki biskup, taka zagrycha.

Mógłbym dalej jeszcze znęcać się nad Głodziem (sam się prosi), tak się jednak składa, że Monika Olejnik sprowokowała mnie do poważniejszych refleksji. Ja wiem, że końcówka poprzedniego zdania też brzmi jak żart, ale mówię serio. Monika Olejnik napisała dzisiaj w „Wyborczej”, że Tusk sapie. W pierwszej chwili zrozumiałem, że Tusk sypie. Ucieszyłem się, że wreszcie dowiem się o przyczynach katastrofy smoleńskiej i dlaczego to był Batman. Potem zorientowałem się jednak, że pani Monika napisała „a”, a nie „y”. Na szczęście jej przemyślenia na tym się nie skończyły. Rozwinęła swoją myśl tak: „Donald Tusk przypomina lokomotywę Tuwima: już ledwo sapie, już ledwo zipie… pot z niego spływa. Spadają notowania Platformy Obywatelskiej i samego premiera, rosną Prawa i Sprawiedliwości. Maleje strach przed groźnym Jarosławem Kaczyńskim, a więc ostateczna broń premiera znika. Pan premier dorzuca do pieca lokomotywy: a to ACTA, a to matki I kwartału, a to Polskie Inwestycje, a to związki partnerskie, metoda in vitro. Pan premier coś obiecuje, nie dotrzymuje. Reformuje w taki sposób, że drażni ludzi, wygrywają z nim matki I kwartału, bo sam sobie ten pasztet przygotował”. Jako wnikliwy filolog od razu rozpoznałem źródło tekstu: jest nim obszerna analiza poczynań Tuska, którą w ostatniej „Polityce” przedstawił Mariusz Janicki. Z tego ciekawego tekstu Olejnik zrobiła coś w rodzaju skondensowanego bryku. Janicki pisał o tym, że rząd Platformy, jak niegdyś PZPR, bohatersko rozwiązuje problemy, które sam stwarza. A dokładnie – sam sobie stwarza. Funduje sobie ACTA, żeby się od nich odciąć. Funduje sobie reformę urlopu macierzyńskiego, żeby zaraz się z niej wycofać. Funduje sobie Gowina, żeby go obalić. Tusk nie chce wprowadzać krwawych reform – robi kroczek do przodu i się cofa. Albo do tyłu, a potem wprzód. A to źle wygląda. Janicki słusznie zauważa, że równiacha, który przyzna się do błędu, budzi szacunek. Ale równiacha, który po raz trzeci przyznaje się do błędu, budzi irytację. 

Cała ta analiza jest bardzo sensowna, ale zawieszona w powietrzu. Janicki i Olejnik analizują rządy Tuska tak, jakby chodziło tylko o kwestie wizerunkowe – i dlatego nie zauważają pewnego drobiazgu, wielkiego jak słoń. Nie dostrzegają rzeczywistości – tej ulicznej i fabrycznej, sklepowej i biurowej, a nie tej medialnej, wykreowanej. Proszę Państwa, czasem zachodzi taka osobliwa sytuacja, że rzeczywistość ma wpływ na wizerunek. I tak jest w tym przypadku. Wypalenie Tuska i PO jest tylko częścią ogólnego wypalenia, do jakiego doszło między Polakami, a ich władzą. Nie jest to jedynie zmęczenie wizerunkową niewyraźnością premiera. Jest to zmęczenie życiem. Życiem w Polsce, w chorym socjalizmie, a potem w chorym kapitalizmie.

Wszyscy teraz wyśmiewają się z postkomuchów, że wydali idylliczną książeczkę o dekadzie Gierka, nie wspominając o pałowaniu, morderstwach politycznych, idiotyzmie niektórych inwestycji, zmarnowanej kasie, długach i rosnących „brakach w zaopatrzeniu” (które sprawiały, że każdy musiał mieć dodatkową pracę, wyczerpującą a bezpłatną, pod tytułem: łowca sklepowy). Oczywiście, to karygodne, że SLD odwołuje się do Gierka – ale zarazem całkowicie zrozumiałe. Bo Gierek był ostatnim władcą Polski, który spróbował – nieudolnie oczywiście – zrobić dobrze społeczeństwu, całemu społeczeństwu. Co przyszło potem? Kryzys, nieustannie powracający kryzys. To jedno z pierwszych słów, które usłyszałem w dzieciństwie – i nadal co chwilę muszę je słyszeć. Najpierw był późnogierkowski kryzys i „manewr gospodarczy”, czyli „bolesne reformy”. Potem były bolesne reformy Jaruzelskiego („Od socjalistycznej odnowy nie ma odwrotu” – coś takiego wisiało na dworcu w Kielcach. „Tato, a dlaczego w ogóle miałby być odwrót?” – zapytała moja siostrzyczka, kiedy to zobaczyła). Potem było: „Zapamiętaj te dwa słowa, referendum i odnowa” – kiedy to Jaruzelski zwrócił się do narodu, prosząc o zgodę na tak zwany „drugi etap reformy” (jeszcze boleśniejszy niż pierwszy, jak uczciwie przyznawała nawet komunistyczna propaganda). Potem był Mazowiecki, który równie uczciwie powiedział narodowi, że nowa, kapitalistyczna reforma też będzie bardzo bolesna, zlikwiduje socjal – i spuścił ze smyczy Balcerowicza. Nowa władza kombinowała z oligarchią i wykuwała klasę średnią, zakładając, że reszta społeczeństwa jest jak trawka – jakoś toto samo rośnie, płoży się i płodzi, więc można po tym deptać. Kiedy trawkę już podeptano, przyszedł Buzek i zrobił kolejne cztery wielkie reformy, po których było nam się gorzej: palmowe emerytury okazały się stuzłotowe, szpitale już w połowie roku nie mają kasy na zabiegi, a oświata stała się tandetnym kombinatem ogłupiania, produkującym wyjątkowe połączenie zdziczenia i kastracji. No a teraz przyszedł światowy kryzys i żąda od nas kolejnych bolesnych reform i kolejnego zaciśnięcia pasa. Dotyczy to nie tylko pracowników niewykwalifikowanych, którzy harują w łódzkiej fabryce przez 6 dni w tygodniu i 12 godzin na dobę za 900 złotych. Dotyczy to także mnie, który jestem wykwalifikowanym specjalistą w atrakcyjnej branży. Zarabiam mniej jako wykwalifikowany, niż zarabiałem jako mniej wykwalifikowany – a wszystko wokół mnie jest coraz droższe. 

Oczywiście, obrazowi, który tu przedstawiam, można zarzucić jednostronność. Typowy przedstawiciel polskiej klasy średniej od razu mi zarzuci, że w moim wywodzie pominąłem kwestię elementarną, czyli szynkę. Polska klasa średnia wyznaje mit szynki: za Gierka szynka znikła lub schowała się do drogich sklepów komercyjnych, a za Mazowieckiego wróciła (tak naprawdę to wróciła wcześniej, bo za Rakowskiego, który skomercjalizował ceny) – więc jednak coś się przez ten czas zmieniło na lepsze! Daliśmy ludowi szynkę! Tak, to prawda, Balcerowicz ciężki wam był, o prostaczkowie, ale macie tę oto szynkę i nażryjcie się. 

To finezyjne rozumowanie ma jednak pewną wadę: w Polsce wielu ludzi wciąż nie stać na szynkę – bo dzisiaj wszystkie sklepy są komercyjne (a ceny coraz bardziej, że tak powiem, skomercjalizowane). Nie sposób też nie zauważyć, że jeśli teraz szynka jest ogólnie bardziej dostępna, to dzieje się to kosztem zawartości szynki w szynce. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że główną przewagą kapitalizmu nad socjalizmem jest wypełniacz do wędlin.

Rozumiem, że Mariusz Janicki – i jak się domyślam, Monika Olejnik – pragną kolejnych bolesnych czy też krwawych reform. Rozumiem to: bolesne i krwawe dla większości społeczeństwa, te reformy korzystne są dla biznesu, oligarchii i obsługującej ją wyższej klasy średniej, do której Janicki i Olejnik się zaliczają. To nie jest zarzut czy wyrzut (byłoby to śmieszne wobec ludzi, którzy akceptują neoliberalny kapitalizm i jego ideologię, a więc uznają egoizm za główną siłę napędową świata), to nie jest nawet marksistowska analiza świadomości klasowej. Jeśli już, to jest analiza wałęsowska: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ale neoliberalny czy nie, inteligentny realista (mam tu na myśli Mariusza Janickiego, oczywiście) powinien jednak zauważyć, że jakieś 70 procent społeczeństwa też jest częścią społeczeństwa. Pracownicy, bezrobotni, niższa klasa średnia czyli Polska uliczna i fabryczna, sklepowa i biurowa. Ta Polska ma dosyć reform. Proszę sobie wyobrazić, panie Mariuszu, jak się ta Polska czuje. Przed sobą widzi optymistyczny pejzaż pod tytułem: „Bolesne reformy, które musimy przejść, bo inaczej pogorszy nam się o wiele bardziej”. A jak odwróci się za siebie, to widzi: „Bolesne reformy, które przeszliśmy po to, żeby nam się jeszcze bardziej nie pogorszyło, a po których pogorszyło nam się jeszcze bardziej”. Pełen obraz polskiej duszy ma ten, kto widzi oba te pejzaże.

Wobec tego niezdecydowanie Tuska jest lepsze niż jego ewentualny „reformatorski” szał. Ale i tak sytuacja jest absolutnie nieznośna. Do wybuchu nie dochodzi tylko dzięki masowej emigracji – bo główne przewagi kapitalizmu nad socjalizmem to wypełniacz do wędlin i paszport.

Takie to przemyślenia spowodował w moim mózgu kolega Olejnicki, czyli Olejnik z Janickim. Są to przemyślenia jelenia, który przez całe swoje życie, od późnego Gierka do późnego Tuska, jest robiony w lolo razem ze swoimi rodakami jeleniami. I nie wie, co z tym zrobić.

Bo co może jeleń tam, gdzie święte są daniele? 

www.tomaszpiatek.pl

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Tomasz Piątek
Tomasz Piątek
Pisarz, felietonista
Pisarz, felietonista. Ukończył lingwistykę na Universita’ degli Studi di Milano. Pracował w „Polityce”, RMF FM, „La Stampa”, Inforadiu, Radiostacji. Publikował w miesięczniku „Film” i w „Życiu Warszawy”. Autor wielu powieści. Nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej ukazała się jego książka "Antypapież" (2011) i "Podręcznik dla klasy pierwszej" (2011).
Zamknij