Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

„Nie-Boska komedia” na nasze czasy – Epstein, Trump i inni arystokraci w Okopach Świętej Trójcy

„Nie-Boska komedia”, reż. Piotr Pacześniak

Piotr Pacześniak przenosi romantyczny konflikt arystokracji z rewolucjonistami w rzeczywistość współczesnych oligarchów. Spektakl w Teatrze Polskim w Poznaniu pokazuje, że apokalipsa dzieje się dziś.

Recenzja
Walka

Nie-Boska komedia Zygmunta Krasińskiego była moim ulubionym dramatem romantycznym w liceum. Apokaliptyczna wizja rozpadu starego świata, starcie dwóch obozów, których racji nie sposób pogodzić, i przeczucie nieuchronnej katastrofy do dziś wydają mi się porywające.

Tym bardziej że Krasiński nie pozwala bezwarunkowo opowiedzieć się po żadnej ze stron. Arystokracja jest moralnie skompromitowana. Hrabia Henryk, jej przyszły obrońca, okazuje się fatalnym mężem i ojcem. Ale rewolucjoniści również nie zapowiadają lepszego świata. Choć stoją za nimi rzeczywiste krzywdy i klasowy ucisk, ich przywódcy nie mają do zaoferowania niczego poza pustą ideologią, pisaną na zamówienie przez osoby, które wcale w nią nie wierzą.

Czytaj także Skoro i tak umieram, to przynajmniej zabiorę paru morderców zwierząt ze sobą Katarzyna Kowalewska

Skażone arcydzieło wraca na scenę

Wiadomo, że Krasiński patrzył na lud przez pryzmat własnych klasowych lęków. Do pogardy wobec rewolucyjnych mas dochodził jeszcze antysemityzm. Wątek Przechrztów, dążących do ustanowienia „potęgi Izraela”, wyrasta z fantazji o żydowskim spisku przeciwko chrześcijańskiej cywilizacji.

Nie bez powodu Maria Janion w książce Bohater, spisek, śmierć. Wykłady żydowskie nazwała Nie-Boską komedię „skażonym arcydziełem” (nawiązując do określenia użytego przez Adama Mickiewicza w prelekcjach paryskich). Gdyby trylogia, której drugą częścią miała być Nie-Boska, powstała zgodnie z planem, jej obciążenie antysemityzmem byłoby jeszcze większe. „Skażenie” arcydzieła stało się jednym z powodów, dla których dramat na lata zniknął z głównego nurtu polskiego teatru.

W 2013 roku Oliver Frljić miał zmierzyć się z antysemityzmem Krasińskiego w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie. Próby do Nie-Boskiej komedii. Szczątków w związku z kontrowersjami wokół budowania ról i przekazywanych treści przerwał jednak ówczesny dyrektor Jan Klata (W Szczątkach zaplanowano m.in. sceny zbiorowego gwałtu na młodej dziewczynie i ukoronowanie jej na Matkę Boską czy zwroty do widzów, tj.: „No, proszę państwa. Śmiało. Mamy tu zapałki i mamy Żydówkę. Palimy? Prosta decyzja. Tak? Czy nie?”).

Decyzja wywołała burzę wokół cenzury, wolności artystycznej i antysemityzmu w polskiej kulturze. Oberwało się także Monice Strzępce i Pawłowi Demirskiemu, którzy przyjęli zaproszenie Klaty i wystawili w Starym nie-boską komedię. Wszystko powiem Bogu!, nie odnosząc się do konfliktu wokół niebyłej premiery. Mimo to zyskała ona własne życie. Powstały kolejne projekty odnoszące się do przerwanych prób, a środowisko teatralne przez lata dyskutowało o tym, czego nie pozwolono pokazać na scenie. Zaryzykowałabym tezę, że odwołana inscenizacja Frljicia stała się środowiskowo dużo ważniejszym tematem niż sam dramat Krasińskiego.

Piotr Pacześniak w Teatrze Polskim w Poznaniu szczęśliwie nie rekonstruuje dawnego skandalu ani nie robi spektaklu o spektaklu, zamykającego się w obiegu rozpoznawalnym przede wszystkim dla własnego środowiska. Zamiast powielać środowiskowe bolączki pyta, jak wyglądałaby Nie-Boska komedia, gdyby jej bohaterów odnieść do współczesnych realiów.

Nie trzeba znać historii inscenizacji Krasińskiego, żeby zrozumieć, o czym opowiada przedstawienie. Wystarczy śledzić wiadomości. Oczywiście, pominięcie antysemityzmu obecnego w dramacie pozostaje problematyczne, zwłaszcza że obecnie społeczna wrażliwość na kwestie antysemickie maleje, od teatru zaś oczekujemy szczególnego wyczulenia. Ale o tym na koniec.

Świat zaraz spłonie, arystokracja się bawi

Spektakl zaczynają obrazy wyświetlane z projektora. Na ekranie pojawiają się akta, dane i dokumenty, przywodzące na myśl materiały dotyczące sprawy Jeffreya Epsteina. Następnie projekcje przenoszą nas do obozu rewolucjonistów. Przypominają oni zarazem oddział antyterrorystyczny i żołnierzy przygotowujących się do tajnej operacji. Obrazy te mogą budzić skojarzenia z przeszukaniem prywatnej wyspy Epsteina przez FBI w sierpniu 2019 roku, kiedy kilkudziesięciu funkcjonariuszy wkroczyło na Little Saint James w poszukiwaniu dowodów przestępstw seksualnych. Pacześniak od samego początku splata romantyczną wizję rewolucji z obrazami współczesnego śledztwa.

Czytaj także Hamlet to roszczeniowa zetka. Na takie lektury będzie więcej zamówień Katarzyna Kowalewska

Dopiero później akcja przenosi się bezpośrednio na scenę. Oglądamy wystawne arystokratyczne bale – życie hrabiego Henryka zdaje się upływać w rytmie niekończącej się imprezy. Oglądałam przedstawienie z drugiego balkonu, skąd sceny wystawnego życia arystokracji przywodziły mi na myśl filmową adaptację Wielkiego Gatsby’ego Baza Luhrmanna. Podobnie jak u Luhrmanna (chętnie korzystającego z ujęć z góry), za fasadą przepychu, elegancji i niekończącej się zabawy przeczuwa się nadciągającą katastrofę – rewolucjoniści opracowują plan, mający ich doprowadzić do zwycięstwa.

Hrabia Henryk grany przez Damiana Sosnowskiego jest chłodny, obojętny, jakby nieobecny – sprawia wrażenie, że wszystko, co dzieje się wokół niego, odbiera przez mgłę. Dużo bardziej wyrazista, pełna emocji i energii jest jego narzeczona, a następnie – małżonka. Taka interpretacja z jednej strony obrazuje późniejsze słowa Hrabiego: „Od dnia ślubu mojego spałem snem odrętwiałym, snem żarłoków, snem fabrykanta Niemca przy żonie Niemce – świat cały jakoś zasnął wokoło mnie na podobieństwo moje”, z drugiej – skłania do refleksji, czy to istotnie codzienne, rodzinne życie odbierało mu energię twórczą, czy raczej wewnętrzny bezwład był w nim już wcześniej.

Dopiero w ostatnich chwilach, w obliczu pewnej klęski Obozu Świętej Trójcy, Hrabia Henryk naprawdę się ożywia, z wiarą powołuje się na wartości chrześcijańskie, rycerskie i arystokratyczną tradycję. Po zniszczeniu swojej rodziny trudno uznać jego postawę za bohaterską – to raczej desperacka próba nadania sensu własnej klęsce. Nawet pozorny heroizm w jego wydaniu okazuje się przejawem pychy – Hrabia Henryk uwielbia wyobrażenie o sobie jako wielkim przywódcy. W scenach finałowych jego zaangażowanie staje się przesadzone, zbyt teatralne i manieryczne, zbyt zakochane we własnym wyobrażeniu o bohaterskiej śmierci. Przebiwszy się rapierem, arystokrata dalej się rozwodzi nad własnym poświęceniem oraz trudem sztuki, aż umiera drugi raz.

To ciekawe, że po raz kolejny we współczesnej adaptacji dostajemy trochę zblazowanego bohatera, który nie wierzy w sens podejmowanych przez siebie zadań lub wierzy w nie tylko pozornie. W końcu Stanisław Wokulski jest interpretowany bardzo podobnie, czy to w świetnej (i moim zdaniem niedocenionej) Lalce w Teatrze Dramatycznym w Warszawie w reżyserii Mikity Iłyńczyka, czy filmowej ekranizacji w reżyserii Macieja Kawalskiego (Stach grany przez Marcina Dorocińskiego ewidentnie ma depresję i to ona napędza wszystkie jego działania). Nie wierzymy już w wielkich bohaterów, wydają się nam oni podejrzani, niezbyt wiarygodni, zbyt mało przeterapeutyzowani…

Czytaj także Armia, teatr, patriarchat. Ukraińska feministka została kronikarką czasu wojny Aleksander Palikot i Jerzy Sobotta rozmawia z Aliną Sarnacką

Co wydarzyło się na wyspie?

Orcio, syn Hrabiego, jest grany przez dorosłego aktora Kacpra Kujawę, ale w scenach często towarzyszą mu dzieci. Ich obecność podbija uczucie niepokoju – domyślamy się, że w świecie arystokracji dzieciom może dziać się podobna krzywda jak na wyspie Epsteina. Czy Hrabia Henryk o tym wie? Jego obcość, chłód i brak zainteresowania synem w tym kontekście stają się jeszcze bardziej obciążające. W końcowych scenach Pankracy (w tej roli Michał Kaleta) pokaże antagoniście teczkę ze zdjęciami Orcia, ze sceny można wywnioskować, że syn Hrabiego był wykorzystywany seksualnie, a doznana trauma prawdopodobnie przełożyła się na jego „inność” oraz utratę wzroku.

Już wcześniej – na koniec pierwszej części – scena, gdy Orcio wraz z dziećmi nieczysto, rwanie śpiewają What a Wonderful World, budzi przejmujący dreszcz grozy. Czy to aby rodzice zabierają je z nieprzerwanej imprezy? Czy jest coś nie tak z bliskością dzieci oraz być może obcych dorosłych? Widz ma poczuć się naprawdę niewygodnie. Czy Henryk wiedział, co dzieje się z synem? Czy świadomie odwracał wzrok? A może był tak zapatrzony w siebie, że cierpienie dziecka w ogóle go nie interesowało?

Henryk odpowiada też za obłęd i śmierć żony, która tracąc świadomość, deklaruje, że staje się poetką, i przeklina też w ten sposób syna. Wierzę w natchnienie Żony – świetnie, charyzmatycznie granej przez Monikę Roszko – dużo bardziej, niż w rzekome natchnienie wycofanego, schowanego za fasadą masek Henryka.

Rewolucja klaunów i Trumpistów

Drugi akt mocno komplikuje interpretację przedstawienia. Znowu widzimy obóz rewolucjonistów – niebawem wkroczą oni na scenę. Odsłonią pozasłaniane skrzynie, meble, rzeźby. Okazuje się, że pod odsłoniętymi płachtami znajduje się tandetny plastik – na przykład wielki biało-czerwony lód włoski. Wszystko przypomina jakąś dziwaczną zabawę, prowadzoną przez przerażających urodzinowych animatorów, którzy zamiast zabawiać gości, zabawiają siebie i zapowiadają zniszczenie starego świata. Pluszowym młotem po głowie obrywa od nich Orzeł Sławy – figura, w której można dostrzec zarówno karykaturę narodowej wielkości, jak i ucieleśnienie miałkości Henryka.

Na uwagę zasługuje humor oraz intertekstualność kostiumów Łukasza Mleczaka. Obok bardzo zabawnego, pociesznego stroju Orła jeden z rewolucjonistów jest ubrany w aluminiową czapkę z daszkiem, co świadczy o tym, że wśród rewolucjonistów spotkamy tzw. foliarzy. Kreacje w obozie arystokratów ewidentnie nawiązują do postaci i strojów, które znamy z doniesień medialnych. Rudowłosa kobieta może kojarzyć się z Sarah Ferguson, byłą księżną Yorku i znajomą Epsteina, której były mąż, książę Andrzej, znalazł się w centrum skandalu. Ekscentryczny mężczyzna na wózku może przywoływać postać Stephena Hawkinga, wybitnego fizyka, który uczestniczył w konferencji naukowej finansowanej przez finansistę i odwiedził jego prywatną wyspę. Z kolei niebieski kombinezon z naszywkami przypomina stroje astronautów NASA współpracujących ze SpaceX, firmą Elona Muska. Do tego dochodzi kardynał w purpurze i mężczyzna w czerwonym garniturze, w odcieniu charakterystycznym dla ruchu MAGA. Same stroje tworzą równoległą, na wskroś współczesną opowieść, tak jak i niektóre elementy scenografii Mleczaka.

Finałowe starcie Henryka i Pankracego odbywa się pod portretami przodków – ubranych w arystokratyczne stroje i upozowanych na XIX-wieczną modę Elona Muska, Donalda Trumpa, Jeffa Bezosa oraz Marka Zuckerberga. Okopy Świętej Trójcy to zatem świat multimilionerów, dla których nie liczą sią prawa czy wartości, lecz pieniądze i klasowe, ekonomiczne uprzywilejowanie. Trudno choć trochę kibicować zblazowanemu Hrabiemu Henrykowi, gdy to mają być twarze idei, na które się powołuje.

Czytaj także Poszedł na kurs guru uwodzenia. „Całuj tak, żeby nie mogła się wyrwać” Katarzyna Kowalewska rozmawia z Magdą Szpecht i Janem Sobolewskim

Bardzo ciekawe jest nieoczywiste zakończenie spektaklu. Na scenę wchodzi Leonard (w tej roli Konrad Marek Cichoń) ze skryptem, ubrany jak inspicjent. Pankracy zacina się, gubi kwestie, nie wie, co powiedzieć, zawiesza się. Wygłaszane przez niego idee są – jak wszystko – tylko fasadą. W pewnym momencie staje się wręcz aktorem, który gra, lecz nie pamięta, jak się nazywa i nie może sobie przypomnieć, kim jest Kaleta.

Wszystko okazuje się matriksem, łącznie z dawnymi i nowymi ideami, co pokazuje też końcowa projekcja zmatriksowanego krzyża i instalacja z neonową sentencją „być czy nie być”, zaprojektowana przez Natana Berkowicza.

Do współpracy przy reżyserii świateł zaproszono Monikę Stolarską (wraz z Michałem Pioskiem). Ostatnio uczestniczyłam w jej zajęciach, podczas których przekonywała, że często gdy zachwycamy się scenografią bądź wideo, tak naprawdę największą rolę odgrywa światło. Przyznaję, że nadal nie zawsze potrafię rozpoznać, co jest zasługą scenografii, a co oświetlenia, ale oddaję Stolarskiej chwałę i cześć. Zwłaszcza że jak mało kto potrafi łączyć grozę z groteską, a klasyczny przepych z nowoczesnością.

Stare i nowe teorie spiskowe

Pozostaje jeszcze do omówienia „kwestia żydowska” w spektaklu, mocno zredukowana, której ślad jednak pozostał. Służąca – opiekunka Orcia – jest znaną nam z dramatu Krasińskiego Przechrztą. Grana przez Barbarę Krasińską postać jest kretem rewolucjonistów i wyraża pragnienie odbudowy potęgi Izraela (robi to przez telefon, zaczynając zdanie od charakterystycznego, stereotypowego „aj waj”, frazy bardzo charakterystycznej dla parodii Żydów).

Z jednej strony Przechrzta ma wszelkie podstawy, by popierać ludową rewolucję, z drugiej jednak – w spektaklu tak mocno odwołującym się do afery Epsteina i władzy multimilionerów oraz Trumpa ten motyw ma niepokojące zabarwienie. Wokół amerykańskich finansistów narosły przecież teorie o tajnych operacjach wywiadowczych i izraelskich wpływach na amerykańskie elity. Część z nich reprodukuje znacznie starszą antysemicką fantazję o Żydach potajemnie kontrolujących światową politykę, obecną przecież w dramacie Krasińskiego.

Czy w tych scenach Pacześniak pokazuje trwałość tego spiskowego imaginarium, czy nieświadomie je powiela? A może odwołuje się po prostu do rzeczywistych wpływów Izraela na amerykańską politykę, szczególnie widocznych w kontekście wspólnej wojny z Iranem? Zaangażowanie administracji Trumpa w konflikt rodzi przecież pytania o to, na ile amerykańska polityka zagraniczna została podporządkowana strategicznym interesom izraelskiego sojusznika.

Spektakl nie daje jednoznacznej odpowiedzi. I właśnie za tę niejednoznaczność, za odwagę stawiania świeżych pytań, które wykraczają poza wąski obieg środowiskowych dyskusji, go cenię. Pacześniak pokazuje przegniły moralnie świat, którego trudno bronić, i rewolucję, której trudno zaufać. Stary porządek się rozpada, arystokracja chciałaby się dalej bawić, a rewolucjoniści wymachują pluszowym młotem. Oto nie-boska komedia na nasze czasy.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x