📰 Katarzyna Kowalewska w tekście Jestem VIP-em i macie mi pochlebiać. Czy artyści powinni krytykować swoich krytyków? opisała ataki Jana Klaty i Pawła Demirskiego na recenzentów swoich dokonań.
🎭 Demirski w rozmowie z autorką odpowiada na zarzuty, zarzucając środowisku teatralnemu drażliwość i tendencję do histerii.
Katarzyna Kowalewska: Kogo masz na myśli, mówiąc o krytykach-szkodnikach?
Paweł Demirski: Mogę sobie wyobrazić, że pisanie recenzji to trudne, niewdzięczne zajęcie. Mówiąc o szkodnikach, mam na myśli recenzentów, o których z góry wiem, co napiszą o kim, w tym o mnie. I mam w tym absolutną pewność jeszcze przed premierą spektaklu. To strasznie nieproduktywna sytuacja. Wypuszczasz dzieło i wiesz, co kto o nim napisze, bez względu na to, co tam dokładnie jest.
Za szkodnika uważasz między innymi prof. Dariusza Kosińskiego, który skrytykował spektakl Mam coś w głębi nie do przedstawienia. Hamlet w reżyserii Remigiusza Brzyka na podstawie twojego tekstu w Starym Teatrze w Krakowie.
Domniemywanie tego, że jestem sfrustrowaną osobą i skrytykowałem recenzję reżyserowanego przeze mnie spektaklu w obronie własnego ego, jest nieuczciwe i nieprzyjemne. Od dwudziestu kilku lat jestem poddawany ocenom w recenzjach. W samodzielnie myślącym polskim środowisku teatralnym myśli się niezbyt samodzielnie. To oznacza, że pierwsze recenzje nadają ton kolejnym. Recenzja Kosińskiego była pierwsza. Postanowiłem stanąć w obronie zespołu, który został zupełnie niezauważony przez tego profesora. W obronie instytucji, w obronie naszej ciężkiej pracy przed – w mojej opinii – absolutnie ignoranckim tekstem.
Tajemnicą poliszynela jest to, że tego profesora przynajmniej bardzo wiele osób w środowisku nie znosi. Jest wkurwionych na to, w jaki sposób on pisze, i nie zgadza się z tym. Kosiński tęskni za dyrekcją Jana Klaty w Starym Teatrze w Krakowie, więc za kolejnych dyrekcji odrzuca wszystko ot tak. Dlatego to szkodnik.
Czyli jakie są cechy krytyka-szkodnika?
Złe nastawienie i z góry przyjęta teza. Mogę pójść na przedstawienie i mieć w środku dyspozycję, że chcę, żeby mi się nie podobało. I wtedy ono rzeczywiście nie będzie mi się podobać. Mogę też zrobić odwrotnie. Kiedy chcę, żeby mi się podobało, znajdę choćby trzy momenty, w których będę łapał to, co dobre. Złe nastawienie niszczy ludzi, niszczy zespoły, zabiera chęć i energię do robienia kolejnych rzeczy.
Wielu krytyków nie zadaje sobie pytań, po co coś jest zrobione, tylko od razu to ocenia. Szuka tego, co dobrze zna, albo celowo wyszukuje tego, czego nie lubi. To nieuczciwe. To niszczy rozmowę. A przecież krytycy to ludzie, którzy decydują o zaproszeniach na festiwale, nagrodach, obecności w obiegu teatralnym… Słaba, nierzetelna recenzja może spektaklowi bardzo zaszkodzić.
Zauważyłem jeszcze inny szkodniczy mechanizm, który polega na tym, że kiedy wydarza się coś nowego, czyli na przykład kiedy artysta zmienia styl, wraca po długiej przerwie albo zaczyna współpracę z kimś nowym, to nagle recenzenci nie wiedzą, co się stało – „O nie, już nie ma tych żartów. Chyba się skończył”. Takie recenzje są niebezpieczne.
Jeśli twórca się nie zmienia, nie idzie dalej, staje się wtórny.
Oczywiście. To się zdarza, chociaż są też twórcy, którzy się nie zmieniają i im się tego nie zarzuca. Mamy nazwiska, które ciągle robią to samo przedstawienie i za każdym razem zbierają zachwyty. Zaś jeśli masz imperatyw, żeby się rozwijać, nie powtarzać, tylko próbować inaczej, to dostajesz fangę w nos. Bo zrobiłeś smutny spektakl – tak jak ja Hamleta – a wszyscy tęsknią za twoją śmieszną frazą. W przedstawieniu ze Starego się udało nam się złapać nową jakość. A nową jakość bardzo łatwo zapierdolić recenzjami.
Kiedy jeszcze recenzje szkodzą?
Wydaje mi się, że często recenzje są bardzo krzywdzące, zwłaszcza dla młodych ludzi, którzy wchodzą do zawodu i bardzo prosto jest ich wykreślić. Jeżeli ktoś ma słabszą kondycję psychiczną, to zaoranie przez krytyka może go zniszczyć psychiczne. Pamiętam wiele naprawdę obraźliwych zdań na mój temat, zwłaszcza z pierwszych recenzji. Wtedy był taki sznyt, że jak ktoś wchodzi do teatru i ma w miarę wyrazisty język, to dostaje wpierdol. Pisano na przykład, że twórca ma sraczkę w mózgu. I potem nagle staje się klasykiem albo kimś tam istotnym. Dlatego ja i Monika Strzępka jechaliśmy po tych częściach środowiska, które zaszły nam za skórę.
Czyli ty i Jan Klata zachowaliście standardy z debat z lat dwutysięcznych także dziś, gdy te się zmieniły?
Sugerujesz mi, że mam stare myślenie, które przenoszę do nowych czasów. Jak się zmieniła debata? Wydaje mi się, że generalnie debaty nie ma. Odpowiedziałem, bo taki mam temperament. Ludzie włożyli masę pracy w przygotowanie premiery. Nagle siada chłop, pisze na kolanie jakąś recenzję, w której na każdym kroku sili się na złośliwość, że zasypiał, czegoś nie zrozumiał i nie zobaczył. To nieuczciwe.
Co osiągnąłeś swoją odpowiedzią?
Dowiedziałem się, że połowa środowiska jest drażliwa i histeryczna. I wysnuwa idiotyczne wnioski, domniemując frustrację i to, że jak ktoś odpowiada recenzentowi, to na pewno zrobił słabe przedstawienie i teraz się broni. Nie rozumiem tego świętego oburzenia.
Środowisko podzieliło się na dwie części. Jedna część jak jeden mąż załamywała ręce, do czego to doprowadzi, gdy artyści będą odpowiadali krytykom. Wydaje mi się, że to jest trochę tak, jak ludzie mówią: „śluby gejowskie i co będzie dalej? Chyba będą z kozami żyć?”. To jest ten sam sposób myślenia. Jakbym obrażał czyjeś uczucia religijne.
Druga część środowiska mówiła: „nareszcie ktoś mu odpowiedział”.
Zdenerwowało cię, że porównałam twoją odpowiedź Kosińskiemu do sytuacji, kiedy Jan Klata przerwał prowadzenie spotkania Piotrowi Dobrowolskiemu.
To inne sytuacje. Nie widziałem tego, co wydarzyło się podczas Opolskich Konfrontacji Teatralnych, nie miałem za bardzo pojęcia, kim jest Piotr Dobrowolski. Uważam, że blamażem jest wypieranie się, że nic takiego nie miało miejsca. Co to za rozmowa: „miało miejsce, nie miało, miało, nie miało”. Ja się nie wypieram tego, co napisałem. Za to nie raz i nie dwa odmawiałem udziału w spotkaniu ze względu na osobę prowadzącą. Czasem zmieniano prowadzącego, czasem decydowano się na to, że nie przyjdę, czasem prowadzący sami nie chcieli ze mną rozmawiać. Rozumiem, że człowiek może się wkurwić i poczuć gniew na pewno osoby. Minęły trzy lata, więc może zostało to celowo rozegrane i obliczone. Nie chcę oceniać Janka.
Natomiast histeryczna reakcja środowiska – na mój tekst i na zachowanie Klaty – jest w moich oczach żenująco śmieszna. Recenzenci czują się zagrożeni, że teraz artyści będą ich krytykować? Nawet jeżeli, to niech coś się w końcu dzieje w tych nudnych debatach polskiego teatru.
Dlaczego nie można porozmawiać z artystami na temat recenzji? Bardzo chętnie bym w czymś takim uczestniczył i się temu przyglądał. Natomiast nie jestem instytucją, związkiem zawodowym czy jakimkolwiek medium, żeby coś takiego organizować.
Czy na twój stosunek do krytyki i krytyków nie wpłynął odbiór serialu Aniela? Na początku miał dobre recenzje, a kiedy Żabiara oskarżyła cię o skopiowanie swojego profilu i ujawniła, że kontaktowałeś się z nią w sprawie wspólnej pracy nad postacią serialową, posypała się fala negatywnych ocen.
Nie. 24 lata utrzymuję się z pisania. Jestem przyzwyczajony do afer i imb internetowych. Wylądowałem na pierwszej linii sporu o Anielę, ale wtedy stał za mną Netflix i nie czułem, że powinienem coś zrobić. To było dużo bardziej skomplikowane, niż to zostało przedstawione w mediach. Natomiast w przypadku spektaklu w Starym Teatrze czułem, że muszę zareagować, że to moja walka.
Dlatego, że jeden krytyk napuścił na ciebie drugiego? Redaktor naczelny czasopisma „Teatr” zamówił recenzję u Kosińskiego, najprawdopodobniej wiedząc, że ta będzie negatywna.
To sposób wzięty jeszcze ze starego myślenia o prowadzeniu pism i dziennikarstwa. Rozjątrzmy i zobaczmy, co będzie, może jakaś afera. Obecnie jest moda na to, by nie odpowiadać na głupie teksty, żeby nie karmić trolla i nie zwracać na niego większej uwagi. Ale chciałem szybko zareagować, napisałem do redaktora „Teatru” i ten opublikował moją polemikę.
Ja nie oczekuję pochlebstw. Nie chodzi mi o to, żeby uprawiać guldyzację teatru i nigdy nic nie krytykować. Szanuję Przemka Guldę i to, że pisze po kilka zdań o tak wielu spektaklach, ale to nic nie znaczy, to nie są recenzje. Teatry je lubią, bo kiedy recenzje spektaklu są złe, to zawsze można zacytować Guldę.
To jak powinni się zachowywać krytycy, żeby być uczciwymi wobec twórców?
Jest taka maniera recenzencka. Spotykasz się z krytykiem i on ciężko wzdycha: „muszę jechać do Szczecina, a tak mi się nie chce”, czy tam do Kielc lub można sobie podstawić inne miasto. To mnie strasznie denerwuje, takie negatywne nastawienie, zniechęcenie już na samą myśl, że trzeba gdzieś pojechać i coś zrobić. Skoro zajmuję się teatrem, to chyba go lubię, a jak kogoś lubię, to mu kibicuję. Za to jak kogoś nie lubię, to czego by nie zrobił, nie będzie mi się podobać.
Zwłaszcza że bywają dni, kiedy się nic nie będzie podobać. Czasem zaczynasz oglądać jakiś legendarny serial i nie możesz się wkręcić, wybierasz inne tytuły, dalej nic. A są takie dni, że pochłaniasz wszystko. Myślę, że dobry recenzent powinien wypracować sobie dyspozycję do oglądania bez uprzedzeń.
Dobry krytyk nie mówi też twórcy, co ma robić? Zamiast pisać odpowiedź konkretnemu krytykowi na konkretny tekst, mógłbyś poprzeć ustawę o statusie artysty zawodowego.
Nie podoba mi się doradzanie, czym się powinienem zająć czy co jest bardziej produktywne. Uważam, że produktywna jest niezgoda na ignorancką recenzję, a osobiście myślę, że ustawa jest szkodliwa i nikogo tak naprawdę nie zadowala. Mogłaby być szerokim gestem państwa wobec kultury, a nie tylko punktowym rozwiązaniem dla wybranej grupy. Oczywiście, każde rozwiązanie, które poprawia sytuację jakiejś grupy artystów, jest potrzebne. Jednak rozmawiając z artystami, którzy muszą zakładać fikcyjne działalności gospodarcze albo kombinować z formami zatrudnienia – widzę, że obecne rozwiązania są po prostu źle pomyślane. Natomiast nie uważam, że mój głos cokolwiek w tej sprawie zmienia. Są od tego organizacje, związki zawodowe, artystyczne i niech one się tym zajmują. Cała ta awantura jest nie moja. Została bardzo źle przedstawiona z PR-owego punktu widzenia. Pytanie, które warto zadać, to dlaczego artyści nie cieszą się większym społecznym szacunkiem.
Dlaczego?
To temat na osobną rozmowę. W skrócie odpowiedzialność ponoszą też sami artyści i instytucje kultury. Kultura w Polsce bywa dystynktywna, zamknięta i czasem sprawia wrażenie, jakby patrzyła z góry na ludzi. To oczywiście nie zawsze prawda, ale wiele osób może mieć właśnie takie odczucie.
Jesteśmy krajem o chłopskich korzeniach, a polityka kulturalna polskiego państwa właściwie nie istnieje. Mam też poczucie, że elity polityczne często po prostu nie znają tego świata. Kultura współczesna jest dla nich niszowa. Według niektórych badań, aktywnych odbiorców nowej, bardziej ambitnej kultury jest w Polsce około dwustu tysięcy. Nawet jeśli doliczyć osoby uczestniczące w niej okazjonalnie, to wciąż znacznie mniej niż milion w kraju liczącym blisko czterdzieści milionów mieszkańców. Nie ma więc szerokiej społecznej bazy, która mogłaby skutecznie domagać się większego wsparcia dla kultury.
To mało buntownicze nastawienie.
Wcześniej podpisywałem tuziny listów otwartych na różne tematy i brałem udział w kolejnych pospolitych ruszeniach, że „wyrażamy zaniepokojenie”. Po czym ludzie i tak się nie uzwiązkawiają, a organizacje artystyczne dalej mają słabą pozycję. Sugerowanie mi, że mam powiedzieć o ustawie to sugerowanie gestu usatysfakcjonowania siebie: „patrzcie, jestem taki słuszny, mówię o słusznych rzeczach”.
Ludzie kochali się podpiąć pod hasło, że ja i Strzępka jesteśmy buntownikami – wojownikami lewicy, którzy rozjebują teatr. Pięć lat temu wycofałam się z teatru i tego życia teatralnego, zmieniłem branże, mam jako taką stabilizację. Teraz słyszę: „złapaliśmy cię, nie jesteś żadnym buntownikiem, tylko klasą średnią”. Bo mam kanapę, stać mnie na obiad, a moje dziecko chodzi do szkoły. Napisałaś, że ułożyłem się w systemie. Jakim prawem i z jakiej pozycji? Dlaczego mam się odnosić do fantazji innych osób?
Z teatru przeszedłeś do produkcji seriali. Czy w krytyce filmów i seriali jest mniej szkodników?
Nie mam jeszcze rozpoznanego tego środowiska. Jest dużo bardziej rozproszone, masa tekstów jest też pisana na zamówienie agencji PR-owych. W dodatku platformy intensywnie szukają komunikacji z widzem. Obejrzenie serialu najczęściej nie jest zależne od recenzji.
Natomiast myślę, że Polacy potwornie kochają krytykować. W dodatku łatwo się rozczarowują. Wejdź sobie na polski Filmweb i na międzynarodowy IMDb. W większości przypadków ocena tego samego filmu na polskiej stronie będzie niższa. Dostaję od przypadkowych ludzi komentarze typu: „Demirski, strzel se w łeb”, ale jeśli ktoś już jest recenzentem, to prosiłbym o trochę rzetelności. Tymczasem krytyk często wyobraża sobie, że film, serial czy spektakl ma być „jakiś”. Potem przychodzi na premierę i okazuje się, że źle to sobie wyobraził i to mu się nie zgadza. Po czym szuka winy w dziele, a nie w swoim wyobrażeniu.
Nad czym teraz pracujesz? Czy to zapowiadana od dawna produkcja o Jakubie Szeli?
Mam w głowie historyczny projekt, który ewoluuje od lat, ale na razie piszę współczesną komedię o życiu.
**
Paweł Demirski – dramatopisarz, dramaturg, scenarzysta, reżyser. Jeden z najważniejszych twórców współczesnego teatru zaangażowanego w Polsce. Laureat Paszportu „Polityki” (2011). Autor sztuk zebranych m.in. w tomie Parafrazy wydanych nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej (2011).








!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)

Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!