Jakub Majmurek: W niedzielę lista studencka wygrała wybory w Serbii. W Polsce opinia publiczna nie śledziła szczególnie uważnie serbskiego ruchu studenckiego, jak można go opisać? To ruch prawicowy, lewicowy, obywatelski, antykorupcyjny, populistyczny?
Adriana Zaharijević: Na początek muszę powiedzieć, że akurat TVP World było jedną ze stacji najwięcej informujących o naszym ruchu i myślę, że warto to tutaj docenić. Przechodząc jednak do pana pytania, trzeba rozróżnić dwie rzeczy: ruch studencki, jaki miał miejsce w Serbii w ostatnich dwóch latach i listę studencką, która wygrała wybory.
Protesty studenckie zaczęły się od zawalenia zadaszenia nad dworcem kolejowym w Nowym Sadzie 1 listopada 2024 roku, w wyniku którego zginęło 16 osób. Gdy władza kilka tygodni później, 22 listopada, odpowiedziała przemocą na protesty w Belgradzie przed Wydziałem Sztuk Dramatycznych, to dało to impuls do okupacji budynków uczelni i narodzin całego ruchu.
Ten ruch na początku przedstawiał się jako ruch apolityczny. Studenci mówili, że chcą rozmontować skorumpowany system, ale niekoniecznie ustawiali się w roli przeciwników reżimu Vučića. Na początku studenci wysyłali nawet do reżimu sygnały, że byliby z nim w stanie rozmawiać o naprawie państwa, choć dorośli angażujący się w ruch od początku byli do tego bardzo sceptyczni. Stosunkowo szybko okazało się jednak, że reżim nie ma najmniejszej ochoty rozmawiać, że zamiast tego zaczyna atakować osoby, które uznały za liderów ruchu – choć nie miał on żadnych liderów – podobnie jak wcześniej atakował liderów opozycji.
Więc na początku ruch studencki nie był ani populistyczny, ani prawicowy, ani lewicowy. Studenci często dopiero uczyli się polityki w trakcie plenów, nie tylko jeśli chodzi o podział lewica-prawica, ale także o zrozumienie tego, jak właściwie działa państwo. Bo protestowali nie tylko studenci nauk politycznych czy filozofii, ale też kierunków ścisłych i technicznych.
Ruch ostatecznie wyłania z siebie studencką listę na wybory. Jak określi pani jej polityczną orientację?
Na pewno ważną jej częścią jest sprzeciw wobec korupcji. Warto przy tym wyjaśnić co mamy na myśli, mówiąc o korupcji w Serbii. Tu nie chodzi bowiem tylko o łapówki, choć to też oczywiście istotne – zadaszanie w Nowym Sadzie zawaliło się, bo ktoś, kto miał dopilnować jego remontu, wziął w łapę, by przymknąć oko na niedoróbki. Kluczowym problemem jest jednak cały proces zawłaszczania państwa i kooptacji społeczeństwa do tego procederu. W Serbii mieliśmy do czynienia z zawłaszczeniem całych obszarów państwa i społeczeństwa, łącznie z mediami, także tymi prywatnymi.
Ruch studencki rozrastając się chciał objąć cały kraj, od północy po południe, wszystkie grupy społeczne, młodych i starych. Babcie i dziadkowie, na których bardzo liczył Vučić, zagłosowali w niedzielę na listę studencką. Więc nie wiem, czy nazwałabym tę strategię populistyczną, ale na pewno ruch starał się zmobilizować wokół siebie jak najwięcej osób, budował „szeroki namiot”.
By trafiać do możliwie najszerszej grupy ludzi, ruch studencki świadomie unikał deklaracji, które można by interpretować jako prawicowe lub lewicowe. Zdecydował się za to na odebranie reżimowi takich symboli jak flaga, hymn czy cyrylica. Podkreślał „konstytucyjny patriotyzm”, który można uznać za element prawicowy, a jednocześnie 11 punktów, które stanowiły podstawę kampanii listy studenckiej, było silnie naznaczone przez kwestie społeczne.
Jakie są społeczne postulaty listy studenckiej?
Mówiąc w największym skrócie, odrodzenie czy też przywrócenie godności systemowi ochrony zdrowia, systemowi opieki społecznej oraz systemowi edukacji. Nie chodzi tylko o to, pracownicy tych sektorów byli lepiej opłacani, ale także o przywrócenie im godności. Przedstawiciele tych trzech systemów – nauczyciele, lekarze – od początku byli częścią ruchu. Na liście studenckiej znalazło się wielu lekarzy czy profesorów medycyny, którzy mówiąc symbolicznie mieli uleczyć kraj i pozwolić mu wrócić do normalności.
W Polsce często pojawiają się porównania tego, co się stało w Serbii ze zwycięstwem TISZy na Węgrzech. Jakie są podobieństwa i różnice?
Péter Magyar w niedzielę wrzucił na swoje media społecznościowe swoje zdjęcie w restauracji serwującej ćevapčići, co było aktem poparcia dla listy studenckiej i było dla nas ważne. Na pewno można wskazać na takie podobieństwa jak wysoka frekwencja, wysoki poziom mobilizacji, skala zwycięstwa opozycji. Stało się też coś, na co bardzo liczyliśmy, ale do końca nie byliśmy pewni, że się stanie – Vučić, podobnie jak Orbán, uznał swoją porażkę i ustąpił ze stanowiska.
Zasadnicza różnica polega jednak na tym, że TISZA miała jednego wyrazistego lidera w postaci Magyara. Ruch i lista studencka nie miała takiego lidera.
250 kandydatów listy studenckiej zostało wyłonione oddolnie, na plenach, cały proces zajął sporo czasu. Startując w wyborach mieli świadomość, że stoi za nimi ruch, który będzie ich oddolnie kontrolował. Więc wracając jeszcze do pana poprzedniego pytania o to, jaka jest polityczna orientacja ruchu, dodałabym, że on zawiera w sobie silne elementy demokracji bezpośredniej. Inaczej niż w Węgrzech kampanię w całym kraju, przemierzając go wzdłuż i wszerz, prowadzili wszyscy kandydaci, odwiedzając każdy zakątek kraju.
Jak udało się dotrzeć z przekazem do ludzi w sytuacji, gdy reżim Vučića kontrolował media?
Na pewno o protestach studenckich nie można się było dowiedzieć z mediów publicznych – więcej miejsca poświęcało im TVP World niż nasza rządowa telewizja. Na pewno istotne były media społecznościowe, gdzie ludzie udostępniali fotografie i materiały wideo z kolejnych marszy i protestów. Kluczowe było też wyjście do ludzi, obecność na ulicy, bezpośrednie rozmowy. Ludzie sami, bez pośrednictwa mediów przekazywali sobie informacje.
Przed wyborami cała rzesza ludzi, w tym ja sama, zaangażowała się w kampanię, w pracę na rzecz tego, by proces wyborczy był jak najbardziej widoczny i by przebiegał sprawnie. Chodziliśmy na przykład od drzwi do drzwi, rozmawiając z ludźmi i przekonując ich, by poszli na wybory. Czasem w teren szło 10, czasem 40 osób, tak grupa była w stanie dotrzeć do nawet 3,5 tysiąca potencjalnych wyborców.
Czemu istniejącym wcześniej partiom opozycji nie udało się politycznie skapitalizować społecznego gniewu po katastrofie w Nowym Sadzie?
Bo liderzy opozycji byli tak systematycznie atakowani w rządowych mediach, że ich pozycja polityczna była bardzo słaba. Można powiedzieć pół żartem – ale tylko pół – że jedynym politykiem przedstawianym w serbskich mediach w pozytywnym świetle poza Vučićem był Putin i to jego wielu ludzi postrzegałoby jako idealnego lidera opozycji. Niestety nie mogli na niego zagłosować, więc zostawał im tylko Vučić.
Protesty studenckie nie były pierwszymi protestami przeciw rządom Vučića. Ale poprzednie po prostu udało się mu przeczekać, ludzie się w końcu męczyli i poddawali. Ruch studencki miał jednak więcej wytrwałości i był lepiej zorganizowany.
Czym teraz zajmie się nowy rząd?
Kluczowe, jak już mówiłam, jest uzdrowienie instytucji. Dziś w Serbii dominuje poczucie, że podstawowe instytucje nie służą obywatelom, że nie jesteśmy w stanie uzyskać od nich tego, co powinno być naszym obywatelskim prawem – np. edukacji albo opieki zdrowotnej – jeśli nie jesteśmy częścią jakiegoś klientelistycznego układu, który w zamian za opiekę wymaga politycznej lojalności.
Jedną z pierwszą instytucji, którą będzie się pewnie chciał zająć nowy rząd będzie sądownictwo. Przy tym w każdej z tych zawłaszczonych przez reżim instytucji są ludzie, którzy nie są lojalistami reżimu, którzy sami czuli się źle z kompromisami, na jakie musieli iść, by wykonywać swój zawód, którzy z chęcią przywitają reformy wyzwalające instytucje z klientelistycznych sieci.
Co zmieni się w polityce zagranicznej Serbii? Czy będzie ona teraz bardziej proeuropejska, mniej prorosyjska czy antyukraińska?
Ja bym nie powiedziała, że polityka Vučića była koniecznie antyukraińska. Prezydent Zełenski niedawno przecież odwiedził Serbię. I chciałabym zaznaczyć jedną, ważną rzecz: to, co wydarzyło się w Serbii, wydarzyło się bez żadnej pomocy z zewnątrz. Rosja wyraźnie wspierała Vučića, podczas gdy Unia Europejska zachowywała ambiwalentne stanowisko. Komisja Europejska dawała po cichu wyrazy wsparcia Vučićowi, choć już nie Parlament Europejski. Ale gdy wiosną 2025 roku studenci pojechali do Strasburga, to odbili się od ściany. PE bardziej zaczął się angażować w sytuację w Serbii dopiero po tym, gdy Vučić zaatakował dwóch europosłów, którzy odwiedzili Nowy Sad. Mieliśmy więc poczucie, że tę walkę prowadzimy sami.
Po zwycięstwie liderzy listy studentów wystosowali komunikat do sąsiadów Serbii – Czarnogóry, Chorwacji, Kosowa – oferujący przyjazne sąsiedztwo i współpracę. Jesteśmy też otwarci na współpracę z Unią Europejską.
Nowy rząd będzie dążył do członkostwa? Miał takie hasło w programie?
Nie, kwestie polityki zagranicznej praktycznie były nieobecne w kampanii. W sierpniu trwała dyskusja, czy Unia powinna otworzyć tzw. klaster trzeci w negocjacjach akcesyjnych z Serbią i my się tego bardzo obawialiśmy, bo to byłaby legitymacja reżimu. Ostatecznie pozostaje on zablokowany. Ogólnie nasz ruch miał poczucie, że kraj został w ostatniej dekadzie zniszczony przez reżim, który współpracował z Unią Europejską i z wybranymi krajami Europy, takimi jak Francja czy Niemcy.
Ogólne poczucie w Serbii jest takie, że w tej chwili nie jesteśmy gotowi do członkostwa w Unii. Że najpierw musimy uporządkować nasze sprawy wewnętrzne. Akcesja do UE nie jest wykluczona, ale najpierw musimy zrobić elementarny porządek u siebie.
Co z Rosją? Nowy rząd nałoży sankcje?
Ta kwestia była bardzo silnie podnoszona przez reżim w kampanii. Ludzi straszono, że jeśli reżim upadnie, to ucierpią doskonałe relacje serbsko-rosyjskie. Wtedy w ogniu kampanii przywództwo listy studenckiej opublikowało oświadczenie na X, mówiące, że nie nałoży sankcji na Rosję. Ale to było jedno oświadczenie w mediach społecznościowych.
Serbska polityka zagraniczna przyjmuje tradycję nienakładania sankcji. Jako społeczeństwo sami doświadczaliśmy sankcji w latach 90. i dobrze wiemy, że to nie jest dobry sposób, by ukarać ludzi, którzy doprowadzili kraj do ruiny.
Wolałabym jednak nie rozmawiać o Rosji, tylko o sprawach, które są do załatwienia w Serbii.
Nowy rząd będzie musiał jednak podjąć jakieś decyzje.
I można mieć tylko nadzieję, że Unia Europejska nie będzie za bardzo naciskać na nowy rząd, by jak najszybciej przyłączył się do europejskich sankcji wobec Rosji. Bo nie wyszłoby to na dobre ani nowemu rządowi, ani Unii.
Prorosyjskie serbskie społeczeństwo nie zaakceptowałoby sankcji?
Reżim zrobił bardzo wiele, by zbudować poparcie dla Rosji, opierając się na wcześniejszych, historycznych więziach i pamięci lat 90. I teraz może pojawić się przestrzeń, by ta prorosyjska narracja zaczęła słabnąć. Ale ten proces wymaga czasu.
Myśli pani, że to co stało się w Serbii – społeczeństwo obywatelskie organizuje się z sukcesem przeciw władzy z pominięciem systemu partyjnego – jest możliwe do powtórzenie w innych państwach?
Mam nadzieję. Nie powiedziałabym nawet, że to społeczeństwo obywatelskie – bo nie NGO-sy zmobilizowały się, by pokonać rząd, tylko zwyczajni ludzie, którym nikt nie płacił za ich aktywność przez dwa lata. I zmobilizowanemu społeczeństwu faktycznie udało się pokonać zawłaszczone przez reżim państwo.
Na całym świecie widzimy, że jest coś głęboko nie tak w tym, jak funkcjonuje polityka. Macie pewnie podobne uczucie w Polsce, obserwując przejście od PiS do rządów Tuska. Model, w którym centrum broni się przed skrajną lewicą i skrajną prawicą, działa coraz gorzej. Ludzie są wyraźnie niezadowoleni i, być może nie tylko w Serbii, gotowi na zmianę.
**
Adriana Zaharijević – badaczka w Instytucie Filozofii i Teorii Społecznej Uniwersytetu Belgradzkiego.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!