Trzy lata razem w liceum to dłużej niż dwadzieścia pięć lat małżeństwa. Marta i Arek byli jedną z tych par. W tej samej klasie od gimnazjum, bolesna rozłąka w szkole średniej – ona human, on informatyk. Mimo to było piękne – klasy inne, ale budynek ten sam, wspólna droga z i do, poprzerywane dzwonkiem randki, rozciągnięty jak guma czas wspólnych weekendów.
Marta ufała Arkowi bardziej niż komukolwiek na świecie.
Gdy nie mogli się spotkać, zostawiali sobie prezenty – nagie zdjęcie na Snapchacie.
Po kliknięciu w „snapa” fotka wyświetla się przez kilka sekund. Jeśli jest się wystarczająco szybkim – można zescreenować. Potem zdjęcie rozpływa się, nie da się odtworzyć go ponownie.
Marta dostawała powiadomienia: „Arek zrobił zrzut ekranu”. Ale każdy robił, jeśli zdążył. Na tym polegała ta ekscytująca gra.
***
Zwykły, słoneczny dzień według scenariusza powtarzanego setki razy. Marta jechała do Arka. Poprosiła tatę o podwózkę, a ten wysadził ją na przystanku. Nie mogła się doczekać, aż go zobaczy. Zrobiła krok.
Rozpędzone auto zmiotło ją z powierzchni tak szybko, że ojciec w pierwszej chwili się nie zorientował. A potem usłyszał krzyki.
***
Marta obudziła się dziewięć miesięcy później. Gdyby je liczyć, byłaby już z Arkiem cztery lata, ale czy czas w śpiączce wlicza się w staż związku? Chyba nie – uświadomiła sobie, gdy dotarło do niej, że nie dostała od chłopaka ani jednej wiadomości. Ktoś musiał powiedzieć mu o wypadku, ktoś musiał dać mu znać, że nie dotrze na umówione spotkanie.
Odświeżała powiadomienia, ale nie udało jej się przywołać upragnionej wiadomości. Od znajomych, rodziny – tak. Od Arka – ani snapa, ani nawet emotki. Nie przyszedł jej odwiedzić.
Wiedziała, że musi odpuścić. Gdy na telefonie pojawił się komunikat, że kończy się miejsce w chmurze, Marta usunęła wspólne zdjęcia – w tym te nagie selfiaki Arka.
Minęły miesiące. Rozważała, jaki kierunek studiów wybrać. Może filologię angielską? Jeśli tak, powinnam odezwać się do Arka – pomyślała. Zawsze był dobry z angielskiego, mógłby coś doradzić.
Na domówce opowiedziała o pomyśle koledze.
– Na twoim miejscu bym odpuścił – powiedział stanowczo Tomek.
Dopytywała, drążyła. Może przy okazji dowie się, czemu Arek się nie odzywał? Tomek kręcił głową, milkł, zacinał się, próbował zmienić temat. Odpuściła.
Opuszczając pokój, usłyszała:
– Po tym, co Arek zrobił…
Wróciła, bardziej stanowcza niż kiedykolwiek wcześniej. Tomek pękł.
– Arek rozesłał kolegom twoje nagie zdjęcia.
Jakby coś zmiotło ją z powierzchni – rozmazujące obraz rozczarowanie. Marta zrobiła krok i znowu wpadła w ciemność.
***
To tylko pajac z liceum, myślała Marta, już nie nastolatka, a studentka. Dochodziła do siebie – była coraz sprawniejsza, ale wciąż dużo czasu spędzała na rehabilitacjach. Postanowiła zapomnieć o Arku. Zostawić za sobą frajerów z informatyka, którzy oglądali jej nagie ciało, podczas gdy to samo ciało, nieświadome niczego, leżało bez ruchu w szpitalu.
Dziwna fizjoterapia od zwykłej różni się tym, że normalnie rehabilitant stara się ci pomóc, a nie gapi się na ciebie bez ruchu z otwartymi ustami.
– Przepraszam, że pytam, ale czy miałaś na Snapchacie nick „kariii”?
– A o co chodzi?
– Ktoś opublikował twoje snapy w darknecie.
Tyle lat, a wszystko wraca w sekundę: Arek, przerwana miłość, głupi Snapchat.
***
Zdarzy się to jeszcze raz – ktoś poprosi ją o nick na Snapchacie, a ona poda, bo chłopak fajny. Fajny chłopak na to:
– Aaa, bo myślałem, że ty to „kariii”, jesteś podobna.
Padaka, panika, szczęka pod podłogą. Marta nie wie, co robić, więc się śmieje.
– A pokaż.
Chłopak się waha – co on tam będzie pokazywał, przecież nie wypada, tak kobietę kobiecie? Marta naciska. Skoro myślał, że to ona, to chyba wypadałoby przedstawić dowody?
Fajny chłopak prezentuje zdjęcie prosto z forum dla informatyków.
– To nie ja – śmieje się Marta, choć widzi doskonale, że to właśnie ona – to samo ciało, jeszcze sprawne, jej własne włosy, pokój, łazienka. Dziwne uczucie – widzieć na cudzym telefonie własne zdjęcie, jak gdyby ktoś zatrzymał to osiemnastoletnie ciało w czasie, zakonserwował je, utrzymał w stanie przedszpitalnym.
Gdyby tylko wiedziała, że to tak poważne. Że zdejmując koszulkę, celując do siebie telefonem, wyszukując nazwę Arka, wysyłając zdjęcie, skazuje się na wieczne powroty do tej sytuacji. Że dziesięć lat później, mając prawie trzydziestkę na karku, mężczyźni będą pobierać jej nagie zdjęcia, repostować, wgapiać się, pamiętać każdy szczegół jej ciała dokładniej, niż ona sama.
Nago laski
16 lipca 2026 roku anonimowy użytkownik na publicznej grupie facebookowej o nazwie „nago laski” pyta: „Czy robienie komuś zdjęć z ukrycia (np. gdy śpi) i wysyłanie ich innym bez jego wiedzy jest według was normalne? Gdzie według was przebiega granica prywatności i szacunku?”.
Mężczyźni odpowiadają:
„Tak, jest super”.
„Powinna druga osoba wiedzieć. Ale podniecające jest, gdy nie wie”.
„W nowoczesnym świecie nie ma granic”.
„Jak masz, to wyślij :D”.
Gdy Stowarzyszenie Bez alarmuje o istnieniu podejrzanej grupy służącej do wymiany zdjęć eks i obecnych partnerek, użytkownicy reagują. Kobiety – oburzeniem, mężczyźni na grupie – ewakuacją.
„Jeszcze debile ustawili grupę jako publiczną, wchodzę sobie w listę członków, a tam jak wół mąż mojej koleżanki. Oby ci wszyscy obrzydliwi zboczeńcy zostali ujawnieni i niech rodziny dowiedzą się, co robią w internecie” – pisze Karolina.
„Coś się złego ostatnio dzieje, chyba trzeba utworzyć grupkę na Messegner” – pisze anonimowy mężczyzna na „nago laski” – grupie liczącej ponad cztery tysiące użytkowników.
Zgłaszają się do niego inni, którzy chcą dołączyć do tajnej konwersacji, gdzie nikt już nie będzie nikomu „psuł zabawy”.
– Ci faceci przenoszą się na platformy, na których są bardziej anonimowi. Podobna sytuacja miała miejsce we Włoszech. Tam wybuchła afera, bo okazało się, że istnieje podobna grupa o nazwie „moja żona”, złożona z około 30 tys. facetów. Po zgłoszeniu na policję została w końcu usunięta – mówi mi Roksana ze Stowarzyszenia Bez.
Tymczasem polska grupa wciąż żyje.
Mimo wielokrotnego zgłaszania Mecie oraz złożenia przez Stowarzyszenie Bez pisma na policji, grupa zdaje się działać jak wcześniej. Wciąż pojawiają się jednoznaczne posty: „Pokażę… priv”.
Roksana przegląda profile udzielających się mężczyzn. Po kilku kliknięciach można znaleźć kontakty do ich partnerek. Odzywa się do nich, donosi o działalności mężów, partnerów, eksów. Odpisują jej trzy kobiety.
– Dwie zapewniły, że porozmawiają z mężami. Napisały to w taki sposób, że domyślam się, że nie miały o tym wszystkim pojęcia, były to niekomfortowe konwersacje. Trzeciej napisałam, że jej mąż prosi o nagie zdjęcia innych kobiet, a ona odpisała, że ma tego świadomość. Reszta nawet nie wyświetliła wiadomości, pewnie ich nie zobaczyły – relacjonuje Roksana.
Mija kilka dni. Roksana zauważa, że mężczyźni, na których doniosła, wciąż udzielają się na grupie. Odzywa się do ich partnerek ponownie, ale nie dostaje odpowiedzi. Chciałaby to zgłosić, ale w świetle polskiego prawa zgłoszenia rozpowszechniania wizerunku nagiej osoby lub osoby w trakcie czynności seksualnej bez jej zgody może dokonać tylko ofiara.
– Pojęcie „rozpowszechniania” może być jednym z problemów obecnej regulacji. Ocena zależy od konkretnego sposobu udostępnienia, liczby i charakteru odbiorców oraz konstrukcji danej grupy czy platformy – tłumaczy Sylwia Spurek. – Inaczej może być oceniany publiczny post na tak zwanej platformie społecznościowej, inaczej zamknięta grupa, a jeszcze inaczej wiadomość na Messengerze wysłana jednej osobie. Art. 191a § 1 k.k. został skonstruowany w innych realiach technologicznych i nie odpowiada precyzyjnie na wszystkie współczesne formy cyberprzemocy polegającej na niekonsensualnym przetwarzaniu materiałów intymnych.
Okazuje się, że wysłanie materiału jednej konkretnej osobie może nie zostać uznane za „rozpowszechnianie”.
– Nie oznacza to oczywiście, że takie zachowanie jest prawnie obojętne – dopowiada Spurek. – W konkretnym stanie faktycznym zastosowanie mogą mieć inne przepisy, w tym przepisy Kodeksu cywilnego.
Zwróciłam się do policji z pytaniem o skalę publikowania nagich zdjęć kobiet bez ich zgody. W odpowiedzi otrzymałam statystyki dotyczące przestępstw z art. 191a § 1 Kodeksu karnego. Wynika z nich, że od stycznia do września 2026 roku stwierdzono 399 takich przypadków, podczas gdy w całym 2025 roku – 396. To oznacza, że wynik z zaledwie 9 miesięcy (dane z 2026 roku obejmują okres od stycznia do września) przekroczył ten z całego poprzedniego roku.
Nie są to dane o wszystkich zawiadomieniach dotyczących rozpowszechniania intymnych zdjęć bez zgody. Nie pokazują też, ile zawiadomień złożyły same pokrzywdzone – obejmują przestępstwa stwierdzone przez policję, a nie wszystkie zgłoszone przypadki tego rodzaju. Ze statystyk nie dowiemy się również, ile kobiet nigdy nie zdecydowało się zgłosić takiego naruszenia. A zakładam, że jest ich znacznie więcej niż tych, które to zrobiły.
r/WouldYouFuckMyWife?
Wystarczy wpisać „wife” w wyszukiwarkę na Reddicie, by trafić na anglojęzyczny wątek, w którym „dzielimy się zdjęciami swoich partnerek – nie wrzucajcie zdjęć, na których was widać”. Utworzono: 4 grudnia 2012 roku. Stan na wrzesień 2026 roku: 110 tys. gości tygodniowo.
„To moja żona na studiach i teraz (21 lat vs. 39 lat). Wyruchałbyś ją?” – pyta autor posta.
„Zdecydowanie, jest niezwykła” – odpowiada anonimowy użytkownik. „Dzięki! Też tak uważam” – odpisuje autor. „Chłopie, chętnie zobaczyłbym więcej fotek”.
Scrolluję dalej: algorytm już wie, czego szukam, więc kolejna obleśna nora wciąga mnie sama: „Oceń moją żonę/dziewczynę”, założona w styczniu tego roku. Według opisu: „Publikuj nieocenzurowane zdjęcia swojej żony, dziewczyny lub eks i czekaj, aż społeczność szczerze ją oceni w skali 1-10. Ocenie będzie podlegał wygląd, ciało, cycki, tyłek – wszystko”.
Niby obie grupy wymagają weryfikacji polegającej na wysłaniu adminowi zdjęcia kobiety, która trzyma kartkę z nazwą męskiego użytkownika, ale sztuczne wygenerowanie takiego obrazka zajmuje kilka sekund. Nawet jeśli kobieta godzi się na zapozowanie z nazwą profilu swojego chłopaka, to jeszcze nie oznacza, że jest świadoma tego, że jej zdjęcia wylądują na Reddicie, na tej konkretnej grupie, wśród kilku tysięcy osób. Zakładając jednak, optymistycznie, że taka weryfikacja oznacza faktyczną zgodę kobiety – nie wiadomo, jak mogłaby ją kiedykolwiek wycofać.
Mamy oblecharium w domu
Nie tylko Reddit. W polskim internecie, poza Facebookiem, mamy też inne odmęty niekonsensualnego bazaru z nagością kobiet. Do takich miejsc należy Zbiornik z grupą dyskusyjną „nasze żony dla innych”.
Oczywiście – część tych ludzi realizuje swoje kinki, za mniejszym lub większym porozumieniem, w ustalonym prywatnie układzie. Jednak treść wielu wpisów i postów brzmi tak, jakby partnerka nie miała o niczym pojęcia:
Ale1975 pyta: „Ktoś wspólny pokaz żon bez tajemnic?”.
Fryk40: „Meczyk, półmisek serów plus kilka drinków i moja żoneczka śpi jak zabita”.
Pankotel: „Czy jest ktoś kto na priv pokaże nagie zdjęcia żony a później pokaże ją w realu w ubraniu? Zapewniam pełną dyskrecję… najchętniej Warszawa”.
Wystarczy kilka minut szukania, by znaleźć się w pornograficznym eldorado: dyskusje o „cyckach żony”, „majtkach żony”. Posty: „Ocenie i zwalę do waszych matek i sióstr, najlepiej, żeby to były zdjęcia z ukrycia”; „Masz mamuśki z ukrycia? Pisz do mnie”; „ma ktoś zdjęcia jakiś fajnych dupeczek z plaży?”; „wymienię foty tej dupy za inne z ukrycia”.
Sylwia Spurek podkreśla, że w Polsce potrzeba uszczelnienia prawa. Próbuje temu zaradzić – była sprawozdawczynią dyrektywy UE 2024/1385 w sprawie zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej.
– Dyrektywa nakazuje kryminalizację określonych form niekonsensualnego publicznego udostępniania materiałów intymnych. Jednak sama regulacja nie rozwiązuje problemu przekazywania materiałów w zamkniętych grupach czy pomiędzy pojedynczymi osobami. Na te i inne luki dotyczące art. 5 dyrektywy zwracaliśmy uwagę w apelu do rządu, pod którym podpisało się ponad sto organizacji społecznych, ekspertów, ekspertek, ludzi biznesu i nauki.
Luk jest więcej – jedną z nich jest kategoria „czynów umyślnych”, które, jak czytam w Raporcie o cyberprzemocy wobec kobiety z 2024 roku: „Stwarzają wyzwanie prawne, biorąc pod uwagę, że umyślność czynu musi zostać udowodniona. Nakłada to uciążliwy ciężar dowodu na ofiary, biorąc również pod uwagę złożoność nowych technologii wykorzystywanych do popełniania cyberprzemocy oraz fakt, że ofiary mogą nie posiadać umiejętności w zakresie technologii informacyjno-komunikacyjnych”. Przedmiotem krytyki jest też obecne w dyrektywie zagadnienie „poważnej szkody” – to sprawia, że uznanie, czy dane zachowanie, takie jak udostępnienie cudzego nagiego zdjęcia w internecie, może zostać lub nie zostać uznane za karalne w oparciu o opinię sądu. Jak zauważają autorki wspomnianego raportu, „sformułowanie to opiera się na braku świadomości na temat szkodliwości cyberprzemocy”.
Co robić, gdy ktoś bez zgody udostępni twoje nagie zdjęcie w internecie?
Gdy za pośrednictwem Stowarzyszenia Bez więcej osób dowiaduje się o działalności „nago laski”, kobiety dołączają do facebookowej grupy i postują: „Nie jest wam wstyd udostępniać nagie zdjęcia żon bez ich zgody? Przypominam, że to poważne przestępstwo”.
Mężczyźni odpowiadają: „Juz od razu przestepstwo kto Cie tak wychowal curciu ..jesli ciala piekne sa I niedostepne czyz to nie grzech”; „Czekam na takie zdjęcia, zobaczę czy jest na czym oko zawiesić”; „To tylko muszelka bez twarzy”.
– Brak widocznej twarzy nie powinien automatycznie oznaczać, że nie mamy do czynienia z wizerunkiem konkretnej osoby. Jeżeli można ją rozpoznać na podstawie innych cech: tatuażu, charakterystycznych elementów ciała, otoczenia czy innych informacji, argument za objęciem jej ochroną jest znacznie silniejszy – komentuje Sylwia Spurek.
Gdy w firmie MyDyr doszło do nieuprawnionego dostępu do bazy danych, szybko pojawiła się opcja skontrolowania wycieku. Być może powinna powstać też aplikacja do kontrolowania, czy do internetu nie wyciekły nagie zdjęcia. Bo jeśli ktokolwiek wysłał je kiedyś komukolwiek, to zawsze jest szansa, że gdzieś tam są lub będą.
Pytam Sylwii Spurek, co można zrobić, gdy ktoś bez naszej zgody opublikował nasze nagie zdjęcie.
– Można zgłosić platformie treść jako bezprawną, a równolegle korzystać ze środków prawa karnego i cywilnego. Problem polega na tym, że odpowiedzialność za uruchomienie całego mechanizmu bardzo często spada na osobę pokrzywdzoną. W przypadku cyberprzemocy jest to szczególnie nieadekwatne, bo szkoda może eskalować w ciągu minut lub godzin, a materiał może być w tym czasie kopiowany i przenoszony na kolejne platformy.
Problem „identyfikalności”
Sytuacja bywa znacznie bardziej skomplikowana. W jednej ze spraw z 2024 roku mężczyzna opublikował w relacji (bez zgody partnerki) nagranie przedstawiające nagą kobietę podczas czynności seksualnej. Mogło je zobaczyć około stu jego znajomych. Sąd go uniewinnił, bo uznał, że materiał nie pozwala na zidentyfikowanie pokrzywdzonej.
Kwestia „identyfikalności” wydaje się jednak banalnie prosta dla każdego, kto spędził na Instagramie dłużej niż pięć minut. Podobnie z Facebookiem: gdy na grupie mężczyzna pisze, że podzieli się zdjęciem nagiej żony, to nawet jeśli nie widać jej twarzy, w wielu przypadkach łatwo znaleźć ją na Facebooku. Identyfikacja jest możliwa, nawet jeśli na faktycznym zdjęciu nie ma żadnych znaków szczególnych.
Czy polskie prawo chroni osobę, którą da się zidentyfikować w kontekście, ale której twarz nie znajduje się na zdjęciu i nie można jej rozpoznać po znakach szczególnych na ciele?
– Z uwagi na standardy rzetelności zawodowej nie mogę komentować wyroku sądu bez szczegółowego zapoznania się ze sprawą – komentuje Sylwia Spurek. – Z pewnością jednak można wskazać na luki polskiego prawa w tym zakresie. Jeżeli mężczyzna publikuje zdjęcie i sam informuje, że przedstawia ono, przykładowo, jego żonę, dla odbiorców identyfikacja może być oczywista mimo niewidocznej twarzy. Trudno mi jednak rozstrzygać, czy w tej sytuacji sąd uzna materiał za „wizerunek” w rozumieniu art. 191a k.k. Wszystko zależy od konkretnego stanu faktycznego. Właśnie dlatego przy wdrażaniu dyrektywy 2024/1385 warto zastanowić się nad szerszym i bardziej jednoznacznym określeniem przedmiotu ochrony.
W dyrektywie można przeczytać o dobrych praktykach w celu zapobiegania cyberprzemocy wobec kobiet. W Wielkiej Brytanii istnieje specjalna infolinia Revenge Porn Helpline, która pomaga w usuwaniu szkodliwego materiału. Od momentu powstania pomogła tysiącom ofiar i może się pochwalić ponad 90-procentowym wskaźnikiem usuwania (ponad 200 tys. pojedynczych zdjęć).
– Polska ma czas na wdrożenie dyrektywy do czerwca 2027 roku. To powinna być okazja do rzetelnego przeglądu luk w polskim prawie, a nie tylko technicznego przepisania minimalnych wymagań unijnych przepisów – mówi Spurek.
Revenge porn to za mało
Gdy na grupie dla dziewczyn zarzucam temat udostępnienia ich nagich zdjęć, odpowiedzi jest cała masa:
„Mój były partner nagrywał/robił mi takie zdjęcia bez mojego pozwolenia”; „Mój były przyznał się, że robił zdjęcia i filmiki podczas stosunku niczego nieświadomym dziewczynom”; „Mój były nagrywał filmiki podczas seksu bez mojej wiedzy. Później mnie szantażował, pokazywał innym i rozsyłał po internecie”; „Wysyłał je kolegom. Na pytanie, czemu to robił, nie umiał lub nie chciał odpowiedzieć”; „Po zerwaniu straszył, że nie będę miała życia, bo wyśle je do moich znajomych, szkoły i pracy. Swoim kolegom wysłał na pewno. Czasem nadal mam obawy, czy ich nie wykorzysta, a od zerwania minęły już ponad cztery lata”.
Na poziomie międzynarodowym od 2018 roku 38 proc. kobiet miało osobiste doświadczenie z przemocą w internecie, a 85 proc. było świadkiniami cyfrowej przemocy wobec innych kobiet.
Dochodzenie sprawiedliwości bywa historią o błądzeniu we mgle i ciągłej frustracji.
Laura Bates w swojej nowej książce The New Age Of Sexism. How the AI revolution is reinventing misogyny opowiada historię Georgie, która pewnego dnia otrzymała wiadomość, według której w internecie krążyły jej nagie zdjęcia. Rozpoznała je od razu – to te same, które wysyłała byłemu partnerowi. Kobieta zdecydowała się zgłosić sprawę na policję i oskarżyć swojego eks. Mimo screenów zdjęć i rozmów, policja dopiero pół roku później po raz pierwszy porozmawiała ze sprawcą. W dzień spotkania z policjantami mężczyzna napisał do niej i przyznał się do winy – tak, to on odpowiada za upublicznienie nagich zdjęć Gerogie.
Powiadomiła służby. Później dowiedziała się, że „nie są w stanie podjąć dalszych działań, a śledztwo zostanie zamknięte”. Georgie nie mogła w to uwierzyć: jak to możliwe, że nie można pociągnąć sprawcy do odpowiedzialności, skoro ma wiadomości z jego przyznaniem się? Niedługo potem poznała szczegóły decyzji: chodziło o kilka słów w wiadomości od byłego, na które nie zwróciła wcześniej uwagi. Napisał, że „nigdy nie chciał jej skrzywdzić”, a to przerzuciło sprawę prosto do luki prawnej – skoro sprawca nie chciał wywołać u ofiary cierpienia, udostępniając jej zdjęcia, sprawa musi zostać zamknięta. Nie można było nawet zmusić go do skasowania reszty nagich zdjęć Georgie, które przechowywał na telefonie.
Revenge porn to wąska kategoria, bo w udostępnianiu nagich zdjęć nie zawsze chodzi o zemstę. Historia Georgii, grupy „nago laski” i ciągnących się bez końca redditowych i zbiornikowych wątków zdaje się wskazywać na nowe zjawisko, coś w rodzaju pornografii pokazowej lub pornografii przechwałkowej. Udostępnianie nagich zdjęć partnerek, pozbawione motywu zemsty, jest tym, czym jest, w całej swojej bezwstydności – dzieleniem się zdjęciami z obcymi lub znajomi mężczyznami niczym fotkami z imprezy czy z wakacji.
Wyobrażam sobie: mężczyźni udzielający się na grupie stoją na targu jak przekupy. Szepczą, oglądają się za siebie, wymieniają się zdjęciami jak tazosami, a gdy nadchodzi wieczór, wracają do domu. Głaszczą koteczki, całują żonę w czoło, zasypiają jak aniołki.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!