Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Czy to możliwe, że państwo dostrzegło suszę?

Kiedy dotarło do mnie, że Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku planuje retencję krajobrazową, która będzie realizowana za pomocą budowanych własnoręcznie „tam bobrowych”, usiadłem z wrażenia na wyschniętym dnie Małej.

ObserwujObserwujesz
Walka

Mija kolejny z rzędu rok suszy. Choć mamy drugą połowę października i stosunkowo jesienną pogodę, mapy hydrologiczne IMGW wciąż pokazują ponad połowę obszaru Polski pogrążoną w kolorze szarym, oznaczającym suszę hydrologiczną.

Wisła ma rekordowo niski stan, Odra nie wygląda lepiej. Większość małych rzek Niziny Mazowieckiej zarośnięta jest pokrzywami tak, że trudno w nich rozpoznać koryta, które niosły wodę. Codzienne wiadomości przynoszą kolejne komunikaty o możliwości wejścia na suche dno takich zbiorników jak Solina czy Jezioro Żywieckie.

Czytaj także Cztery etapy wysychania. Czy rzeki mogą umrzeć z pragnienia? Daniel Petryczkiewicz

Jeszcze groźniej wygląda komunikat Polskiego Instytutu Geologicznego (PIG-PIB): „We wrześniu br. na przeważającym obszarze kraju nadal utrzymywała się tendencja spadkowa położenia zwierciadła wód podziemnych w pierwszym poziomie wodonośnym. W porównaniu z poprzednim miesiącem udział punktów obserwacyjnych, w których odnotowano obniżenie średniego miesięcznego poziomu wód, zmniejszył się o 15 punktów procentowych i wyniósł ponad 70 proc.”

Uspokajam: nie oznacza to, że zabraknie wody w kranie bo, jak informuje PIG PIB, „wielkość rezerw zasobów zmiennych wód podziemnych w poziomach wodonośnych o zwierciadle swobodnym na większości obszaru Polski utrzymywała się na poziomie zapewniającym bezpieczeństwo zaopatrzenia ludności w wodę”. Jednocześnie w komunikacie podaje się, że w 35 proc. analizowanych punktów obserwacyjnych zaobserwowano zagrożenie stanu rezerw w odniesieniu do najniższego rocznego poziomu zwierciadła wód podziemnych z okresu wielolecia. W jednej czwartej z tych punktów obserwacyjnych wskazano na brak rezerw zasobów.

O suszy i trwającym od dekad odwadnianiu polskiego krajobrazu napisałem dziesiątki tekstów. Jeden z nich, z kwietnia 2025 roku zatytułowałem Czy nadchodzi wreszcie czas zasypywania rowów?. Od tamtego czasu zasypywanie rowów dalej było głownie domeną partyzantów retencyjnych i nielicznych oficjalnych zrywów. Ostatnio jednak wiatr zmian zaszumiał wyschniętymi trzcinami, między którymi zaświeciły promyki nadziei.

Najpierw profesor Wiktor Kotowski, mój bagienny guru z Uniwersytetu Warszawskiego, napisał do mnie z informacją, że razem z Gospodarstwem Juchowo Farm i firmą aeco odpalają właśnie premierowy projekt wypłycania rowów i powtórnego nawodnienia 90 ha osuszonych torfowisk w gminie Borne Sulinowo. Wypłycanie z punktu widzenia prawa wodnego nie wymaga żadnych zgód, a tylko zawiadomienia.

Niedługo później Ministerstwo Klimatu i Środowiska ogłosiło, że blisko 460 mln zł z europejskiego programu FENX.02.04 zostanie przeznaczonych na renaturyzację rzek, mokradeł i torfowisk oraz zwiększanie naturalnej retencji. Kiedy dotarło do mnie, że Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Białymstoku złożyła warty 23 miliony złotych wniosek na retencję krajobrazową, która będzie realizowana za pomocą budowanych własnoręcznie „tam bobrowych”, usiadłem z wrażenia na wyschniętym dnie Małej.

„W ramach projektu będziemy wykonywali działania naśladujące przyrodę. Głównie wykorzystamy beaver method, czyli będziemy próbowali robić to, co bobry: budować naturalne przetamowania z materiałów dostępnych na miejscu, jak drewno, skały, ziemia” – zapowiedział cytowany w OKO.press Adam Juchnik, Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska.

Czy naprawdę nadchodzi czas zasypywania rowów?

Czytaj także Czy nadchodzi wreszcie czas zasypywania rowów? Daniel Petryczkiewicz

Pewnie trochę przesadzam, ale próbuję się chwytać każdej trzciny wystającej z coraz bardziej wyschniętego mokradła. O wspólnym przedsięwzięciu CMOK, aeco i Juchowo Farm rozmawiam z Aleksandrą Leszczyńską, która w Centrum Ochrony Mokradeł zajmuje się tematami związanymi z rolnictwem, zwłaszcza bagiennym, czyli paludikulturą.

Juchowo Farm to część przedsięwzięcia pod nazwą Juchowo Projekt Wiejski, który formalnie prowadzi fundacja im. Stanisława Karłowskiego. W jej ramach działa Spółka Rolnicza Juchowo Sp. z o.o. prowadząca gospodarstwo ekologiczne w oparciu o zasady rolnictwa biodynamicznego. Gospodarstwo znane jest z produkcji wysokojakościowego mleka A2 i nabiału. Juchowo, które utrzymuje stado 650 zwierząt, w tym 360 krów mlecznych, gospodaruje między innymi na zmeliorowanych glebach torfowych, które z powodu przesuszenia ulegają stopniowej degradacji.

Brak działań na rzecz podniesienia poziomu wód gruntowych na tych terenach z czasem miałby coraz gorszy wpływ na ilość i jakość pozyskiwanej paszy, a także na klimat, od którego zależy powodzenie rolnictwa. Aby więc zwiększyć odporność na suszę, a jednocześnie ograniczyć emisje gazów cieplarnianych z rozkładu torfu, Juchowo postanowiło podjąć krok na rzecz retencji wody w swoim gospodarstwie i przeznaczyć 90 hektarów łąk pod projekt poprawy uwodnienia torfowisk.

Byłem ciekaw, czy pomysł ten powstał pod wpływem suszy, czy też motywacja była inna? Leszczyńska mówi mi, że w tym rejonie nie ma aż takiej suszy jak na południu czy w centralnej Polsce. Gospodarze zaobserwowali spore roczne wahania poziomu wody, ale nie można stanowczo powiedzieć, że susza przyparła ich do muru (a raczej wysuszonej gleby). Podjęli jednak działania prewencyjne, zanim sytuacja zrobi się naprawdę trudna.

– Ale też Juchowo to miejsce, gdzie ważne jest nie tylko, co się robi, ale dlaczego. A oni wydają się mieć także głębokie zrozumienie bycia częścią dużo większych procesów. W myśl starej zasady – postanowili sami być zmianą, której pragną. Jednocześnie działanie, które podjęli, daje możliwość otrzymywania stabilnego dochodu ze sprzedaży kredytów węglowych dzięki redukcji emisji gazów cieplarnianych – mówi mi Leszczyńska.

– Jak to działa? – pytam.

Operatorem projektów tego typu, wspieranych w Polsce przez CMOK, jest aeco, międzynarodowa firma z niemieckim rodowodem, tworząca platformę, w ramach której renaturyzuje się torfowiska, łącząc ochronę klimatu z interesem ekonomicznym właścicieli gruntów, inwestorów i korporacji. Firma zarządza całym procesem – od planowania działań renaturyzacyjnych i podnoszenia poziomu wód, przez finansowanie, po monitoring i certyfikację redukcji emisji CO₂ oraz innych usług ekosystemowych. Model firmy opiera się na wyrównaniu interesów wszystkich stron: właściciele gruntów otrzymują coroczne wynagrodzenie bez ponoszenia kosztów, firmy uzyskują dostęp do wiarygodnych certyfikatów węglowych, a inwestorzy – zwrot z inwestycji w zieloną klasę aktywów.

– Krótko mówiąc, wyliczone redukcje emisji dwutlenku węgla z 90 ha powtórnie nawodnionych torfowisk w Juchowie przelicza się na finansowe „cegiełki”, które kupują korporacje. Z tych funduszy jest finansowany cały projekt, wraz z wypłatą „ekologicznej dywidendy” dla właściciela gruntów, czyli rolnika. Takie dopłaty, w zależności od parametrów terenu (miąższości czyli głębokości pokładu torfu, stopnia odwodnienia, powierzchni terenu itp.) mogą się wahać od kilkuset do kilku tysięcy złotych za hektar. Dla firm inwestujących w takie „zielone aktywa” to okazja do pokazaniu klientom i rynkowi, że dbają nie tylko o swój interes ale też o klimat, co jest częścią strategii konkurencyjnej. Międzynarodowe korporacje, także te działające w Polsce, mają restrykcyjne i dość ambitne strategie ESG [społeczna odpowiedzialność biznesu – przyp. red.]. Pochodzące z naprawdę zaufanych źródeł certyfikaty (bo mogą być też skażone greenwashingiem), mogą być offsetem dla trudnych do zredukowania emisji danej firmy – wyjaśnia ekspertka.

Czytaj także Polska wysycha. Czy strategia wodno-błotna może to zatrzymać? Daniel Petryczkiewicz

Mamy więc pierwsze na polskim rynku, lokalnie emitowane, rzetelnie certyfikowane „zielone aktywa”. Nie jest to jedyna zachęta dla rolników do redukowania emisji. Od tego roku obowiązują też rządowe dopłaty w ramach normy GAEC-2. Są nią objęte grunty orne lub trwałe użytki zielone, gdzie zawartość materii organicznej (czyli w uproszczeniu torfu) wynosi minimalnie 40 proc. a jej miąższość to co najmniej 40 cm. Rząd wprowadził trzy warianty dopłat, różniące się wysokością i czasem trwania. Dwa są jednoroczne a trzeci, najwyższy wariant – pięcioletni. Zależnie od wariantu rolnik może otrzymać od 581 do nawet 2387 złotych za hektar. Zasadniczo warunek jest jeden: zaprzestanie gospodarki ornej. Obowiązuje także zakaz przekształcania terenu, odwadniania go (w tym pogłębiania i odnawiania rowów) oraz wydobywania torfu. Niestety, dopłaty nie są warunkowane nawodnieniem osuszonych torfowisk, co powinno być warunkiem brzegowym. Prawdopodobnie chodzi o to, aby rolnicy nie musieli ponosić dodatkowych kosztów (np. zasypywania rowów czy zastawek) na terenach spełniających normy GAEC-2.

To co odróżnia działania CMOK i aeco, to możliwość dalszego ale bezorkowego użytkowania terenu rolniczego terenu oraz kluczowa dla osuszonych torfowisk konieczność jego nawodnienia(co dopiero stopuje albo znacznie redukuje emisje CO2).

Działanie pod kontrolą naukowców pozwala utrzymać lustro wody na określonym poziomie pod ziemią. W przypadku Juchowa będzie to od 40 do 15 cm, w zależności od pory roku. Niższy poziom wody będzie pozwalał na koszenie i pozyskiwanie siana. Aby osiągnąć taki stan, trzeba było zasypać, a w zasadzie znacznie wypłycić wykopane kiedyś rowy melioracyjne tak, by nie były głębsze niż 15 centymetrów.

Czytaj także Patriotyczna partyzantka rzeczna – bo suche jest bezbronne Katarzyna Przyborska rozmawia z Danielem Petryczkiewiczem

Taka niwelacja terenu osuszonego torfowiska powoduje, że woda rozlewa się i zasila torfowisko, utrzymując się lekko pod jego powierzchnią. Dlatego naukowcy, którzy opracowali projekt dla Juchowa, mówią o nawodnieniu, a nie zalaniu. W przypadku głębokich rowów odwadniających, które są standardem polskiego krajobrazu rolniczego, fizyka jest nieubłagana: cała woda na danym terenie będzie zawsze równać swój poziom do dna takiego rowu, osuszając krajobraz, często na wiele kilometrów dookoła, w zależności od rozległości siatki rowów oraz rodzaju gleby.

W piętnastym już roku suszy hydrologicznej doszło do jeszcze jednego bezprecedensowego wydarzenia. W sierpniu 2026 Rada Ekonomiczna ds. Produkcji i Rynku Mleka zaapelowała do ministra rolnictwa Stefana Krajewskiego o pilne wsparcie retencji wody i przygotowanie rolnictwa na skutki zmian klimatu. Szef rady Martin Ziaja zaznacza w piśmie, że Polska ma pod tym względem największy problem w całej Europie. – Począwszy od uświadomienia społeczeństwu, a w szczególności rolnikom, że te 400 tys. hektarów, jakie powinniśmy przywrócić naturze, by odtworzyć mokradła i zalewiska, to nie wymysł urzędników europejskich, ale konieczność, byśmy nie stali się pustynią. Susza może doprowadzić do gwałtownego spadku produkcji mleka i wzrostu cen surowca – ostrzegał Ziaja.

Te 400 tys. hektarów nie pojawia się tu oczywiście przypadkowo. To niemal dokładnie powierzchnia gruntów objętych od 2025 roku normą GAEC 2, o której pisałem wyżej. Jest to też nawiązanie do powtarzanych swego czasu przez prawicowe środowiska gróźb, że Unia Europejska chce „zalać” 400 tys. hektarów polskich gruntów, co było jedną z osi protestów przeciwko Zielonemu Ładowi. Jak widać, sytuacja może się dynamicznie obrócić w drugą stronę. Jak bańka do mleka, w której widać… suche dno.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x