24 sierpnia pod Mazowieckim Urzędem Wojewódzkim w Warszawie, a 7 września pod Pomorskim Urzędem Wojewódzkim w Gdańsku stanęli ludzie, których polska polityka migracyjna nie zauważa. Nie przekroczyli nielegalnie granicy pod Białowieżą, nie żądają zasiłków ani szybkiego nadania obywatelstwa. Domagają się, by państwo przestrzegało terminów wydania zezwoleń na zamieszkanie, które samo określiło w ustawach. Gdy KPA nakazuje wydanie decyzji administracyjnej w terminie do 60 dni – a właśnie taką decyzją jest legalizacja pobytu cudzoziemca w Polsce – w praktyce procedury trwają około roku. Są województwa, jak śląskie czy zachodniopomorskie, gdzie przeciętna sprawa cudzoziemska oczekuje na rozstrzygnięcie ponad 500 dni.
„Jesteśmy ludźmi”; „Jesteśmy posłuszni wobec prawa, niech prawo działa także wobec nas” – to hasła protestujących. Warszawski protest zgromadził około dwustu osób, w Gdańsku przyszło między dwieście a trzysta (plus kilku licealistów z Młodzieży Wszechpolskiej w kontrmanifestacji). Chociaż jestem dalece sceptyczna wobec dyskursu „ciągle widać zabory”, nie sposób nie odnotować, że w stolicy nikt z urzędu nie wyszedł do demonstrantów, lecz kilka chętnych filmowało z okien, podczas gdy przedstawiciel wojewody tłumaczył się z przyczyn opóźnień, a potem zaprosił organizatorów protestu, informatyków z Białorusi, do wspólnego wypracowania rozwiązań przynajmniej na poziomie lokalnym.
Bo czekają wszyscy: małżonkowie polskich obywateli, opiekunki osób starszych i informatycy, naukowcy i kierowcy Ubera. Formalnie oczekujący cudzoziemiec nie jest „nielegalny”: art. 108 ustawy o cudzoziemcach utrzymuje legalność pobytu do ostatecznej decyzji. W tym statusie oczekiwania aktualnie żyje od dwustu do trzystu tys. osób, czyli z 10 proc. populacji migranckiej. Legalność jest przyszpilona do terytorium. Wyjazd – nawet do innego państwa Schengen – oznacza konieczność uzyskania nowej wizy przy powrocie, a Polska po aferze wizowej przyznaje je niechętnie lub wcale.
Ludzie nie jadą na pogrzeby rodziców ani do chorych dzieci. Naukowcy nie jeżdżą na konferencje, menedżerowie w delegacje, kierowcy w trasy. Banki blokują rachunki, gdy stary dokument traci ważność, szczególnie w przypadku obywateli Rosji i Białorusi. Migranci z globalnego Południa po wygaśnięciu wizy tracą prawo do pracy i albo żyją z niczego, albo trafiają do szarej strefy, którą państwo poprzez przewlekłość procedur samo zasila.
Najbardziej niszcząca jest nieprzewidywalność. Nikt nie wie, czy decyzja przyjdzie za dwa miesiące, czy za dwa lata. Punkty informacyjne w większości urzędów zamknięto. A w gąszczu przepisów nawet w dobrej wierze łatwo o naruszenie, które – jeżeli zostanie zauważone przez gorliwego prawicowca w mediach społecznościowych – poskutkuje rychłą deportacją.
Chociaż problem przeciągających się postępowań jest znany od lat, na poziomie centralnym na razie nie podjęto działań. Polska, która w polityce migracyjnej wstaje z kolan i odzyskuje bezpieczeństwo, poważnie traktuje kilkudziesięciu migrantów na zielonej granicy lub deportację nieudolnego rybaka, ale nie potrafi zrobić porządku z legalizacją pobytu setek tysięcy migrantów. I w wyniku bardzo długich procedur tak naprawdę nie wie na bieżąco, co ci ludzie tu robią.
Deportacje się klikają, sprawna biurokracja migracyjna nie.
Sześćdziesiąt dni? No skąd, dwa lata!
Ustawa o cudzoziemcach daje wojewodzie 60 dni na podjęcie decyzji o pobycie w sprawach cudzoziemskich, w szczególnych przypadkach – 90 dni. Terminy te są jednak notorycznie lekceważone przez wszystkie 16 urzędów wojewódzkich od połowy poprzedniej dekady, czyli odkąd Polska zaczęła przyjmować migrantów zarobkowych na masową skalę. Symptomatyczne, że raport NIK na ten temat z 2019 roku nazywał się Państwo niegotowe na cudzoziemców, on też wskazywał przyczyny przekraczania terminów: za mało inspektorów, niskie pensje, rotacja – kto nauczy się prawa migracyjnego w urzędzie, zarobi wielokrotnie więcej jako pełnomocnik po drugiej stronie biurka.
Po pandemii poślizg stał się normą. Z powodu koronawirusa urzędy przez jakiś czas nie mogły przyjmować interesantów choćby po to, by pobrać od nich odciski palców, obowiązkowe w procedurach legalizacji pobytu. Wtedy w Sejmie wymyślono „zawieszenie terminów” – czyli przepis pozwalający urzędom nie dotrzymywać ustawowych terminów wydawania decyzji bez ponoszenia konsekwencji za opóźnienia. Nadzwyczajny środek – niejedyny zresztą, stosowany wiosną 2020 roku wobec szybko zmieniającej się rzeczywistości pandemicznej – okazał się bardziej witalny niż wirus. W kwietniu 2022 roku, już pod pretekstem pełnoskalowej wojny w Ukrainie, wprowadzono kolejne przepisy zawieszające terminy rozpatrywania wniosków o zezwolenie na pobyt czasowy, stały i pobyt rezydenta długoterminowego UE. W praktyce oznaczało to, że cudzoziemiec może czekać na decyzję choćby dwa lata, a urząd nie ponosi odpowiedzialności za przekroczenie ustawowych 60 dni. Co ciekawe, choć przepisy znalazły się w specustawie o pomocy obywatelom Ukrainy, objęły wszystkich cudzoziemców, niezależnie od obywatelstwa. Sami ukraińscy uchodźcy wojenni nie musieli zresztą przechodzić tych procedur, bo korzystali z ochrony czasowej i otrzymywali cyfrowe potwierdzenie legalności pobytu.
Miało to trwać do końca 2022 roku. Na ten moment „zawieszenie terminu” przeniesiono już sześć razy, ostatnio na 4 marca 2027 r. To dopiero long COVID!
Dobrze udokumentowany wniosek specjalisty o wysokich kwalifikacjach nie ma szans na szybkie rozstrzygnięcie. Za to nieuczciwi pracodawcy i pośrednicy nauczyli się grać na tej dysfunkcji: skoro w trakcie postępowania pobyt (i w niektórych wypadkach praca) pozostają legalne, opłaca się złożyć niekompletny wniosek nawet bez podstaw do zezwolenia. Zanim dwa lata miną, i migrant grosik zarobi, i Janusz jeszcze więcej.
Natomiast według danych MSWiA z lipca 2026 roku w 15 z 16 województw postępowania trwają dłużej niż w 2023 r. Najszybsza Małopolska potrzebuje 242 dni – czterokrotność ustawowego terminu. Najwolniejszy Śląsk – 658, ponad dziesięciokrotność. Na Mazowszu średnia wzrosła ze 153 do 394 dni, w Pomorskiem wynosi 598 dni. Czekając na kartę pobytu można dwa razy zajść w ciążę i urodzić, tyle że 800 plus na żadne z dzieci nie przysługuje, dopóki nie ma karty. Znamienne, że przez lata polskie sądy administracyjne oddalały skargi cudzoziemców na przewlekłość postępowań, uznając, że skoro ustawodawca zawiesił terminy wydawania decyzji, urzędom nie można zarzucać opieszałości. Od połowy ubiegłego roku orzecznictwo zaczęło się jednak masowo zmieniać: sądy coraz częściej uznają, że wieloletnie stosowanie nadzwyczajnych przepisów, które miały obowiązywać tylko tymczasowo, narusza konstytucyjne prawo do rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki. O ironio, państwo, które od cudzoziemców bezwzględnie wymaga przestrzegania prawa pod groźbą deportacji, samo nie potrafi go przestrzegać.
Państwo, które nie chce wiedzieć
W najbliższych latach na obsługę cudzoziemców w urzędach wojewódzkich zaplanowano ok. 247 mln zł z unijnego funduszu FAMI. W 16 projektach napisanych w 2024 roku jest 138 wskaźników rezultatu (co świadczy o tym, że obsługa przebiega sprawniej) i żaden nie mierzy czasu załatwienia sprawy. Wiemy o tym nie dlatego, że urzędy albo nadzorujące sprawę MSWiA i UDSC uświadomiły sobie swój błąd, tylko dlatego, że informacje zebrali i przeanalizowali sami migranci z Gdańska, zjednoczeni w inicjatywie Tu żyjemy. Teraz zainteresowali swoją sytuacją trzeci sektor, w tym Polskie Forum Migracyjne, i opracowują dla poszczególnych podmiotów rekomendacje, co jeszcze można zrobić, by usprawnić te procesy.
Bo otrzymanie karty pobytu w Polsce jest dziś jak kupienie mebli w Ikei: najpierw sam znajdź pracę, zapłać podatki, potem sam przestudiuj prawo migracyjne, zaprotestuj i wraz z sojusznikami dawaj administracji publicznej gotowe pomysły na to, jak wywiązać się z jej własnych obowiązków. Nawet śrubek nie ma w komplecie!
Powiedzenie, że państwo nie robi zupełnie nic, byłoby niezupełnie uczciwe. Coś robi – bo przedłuża i przedłuża „zawieszenie terminów”. A poza tym pół roku temu wprowadziło wyłącznie cyfrową możliwość ubiegania się o karty pobytu – system MOS 2. Aby złożyć przez niego wniosek, migrant musi mieć profil zaufany (dziś nadal dostępny tylko po polsku i po ukraińsku, polska cyfryzacja i ukraińskie soft power pozdrawiają migrantów z USA i UK). System utrudnia składanie niekompletnych wniosków, więc miało być przynajmniej minimalne przyspieszenie.
Ale go nie ma – bo zdigitalizowane zostało tylko wejście do kolejki, nie dalsze procedowanie aplikacji w urzędach. Osoby w Warszawie, które aplikowały przez portal i zostały wezwane do urzędu w celu uzupełnienia wniosku, widziały, jak inspektorzy drukują wszystkie wcześniej załadowane PDF-y. Bo cyfrowy wniosek bez zintegrowanych rejestrów i bez kadr, które go rozpatrzą, to w praktyce ten sam list polecony, tylko podpisany elektronicznie.
Przewlekłość jest problemem bezpieczeństwa
Pod względem obciążenia administracji będzie tylko gorzej. Kilkaset tysięcy Ukraińców z ochroną czasową albo kartą CUKR za chwilę zacznie ubiegać się o zwykły pobyt. Tymczasem ani rządowa strategia Odzyskać kontrolę. Zapewnić bezpieczeństwo, ani programy opozycji nie zawierają wymogu przyspieszenia rozpatrywania wniosków. Są deportacje, kary za brak asymilacji i klikalne nagłówki. Bez realnej troski o bezpieczeństwo.
Bo tak, przewlekłość jest problemem bezpieczeństwa. Każdy wniosek o pobyt przed wydaniem decyzji sprawdzają ABW, policja i Straż Graniczna. Ale gdy leży na biurku urzędnika przez dwa lata, państwo nie wie, co wnioskodawca robi. Czy pracuje u wskazanego pracodawcy? Czy w ogóle jest w Polsce? Urzędy wojewódzkie nie mają bezpośredniego dostępu do danych ZUS i skarbówki. W międzyczasie rośnie szara strefa, rynek nieuczciwych pośredników i niekontrolowany obieg wrażliwych danych. Polityka oczekiwania, prowadzona w imię „odzyskiwania kontroli”, kontrolę tę systematycznie oddaje.
Jeszcze większą stratą, powstałą w wyniku niekończących się procedur, jest zaufanie. Protestujący w Warszawie i Gdańsku migranci zrobili to, czego chciałaby każda władza stawiająca na integrację: nauczyli się języka i procedur, sięgnęli po petycje, sądy, informacje publiczne i legalne zgromadzenia. Jeśli na końcu słyszą, że wyroki polskich sądów niczego nie zmieniają, a przepis, który miał być nadzwyczajnym rozwiązaniem, nadal obowiązuje, wniosek jest prosty: reguły wiążą tylko jedną stronę.
Ta niechęć i głuchota, demonstrowane przez państwową biurokrację, bardziej wpływają na intencje migrantów co do tego, czy zostać, czy wyjechać, niż nastroje ksenofobiczne i wysokość podatków. Bo w końcu chodzi o godność. Obecnie zawieszoną.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!