Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Czeka nas uberyzacja szkoły

Przestajemy dostrzegać, że powszechna edukacja jest cywilizacyjnym osiągnięciem. Wystarczy kupiony dyplom, by dostać stanowisko; wystarczy nakręcić filmik, by zyskać sławę w sieci. Rodzice wierzą, że ta prawdziwa edukacja jest możliwa, ale gdzieś indziej, poza systemem i tą okropną szkołą.

Rozmowa
Walka

Katarzyna Przyborska: Kiedy rozmawiamy, we Francji trwają protesty licealistów. Uczniowie domagają się wyższych pensji dla swoich nauczycieli, a nauczyciele chronią uczniów przed brutalnością policji. Wszyscy wydają się rozumieć, że dobra publiczna edukacja to mniejsze nierówności, to większa szansa na społeczny awans. Tymczasem w Polsce nauczyciele i uczniowie należą do różnych obozów. W 2019 roku strajkujący nauczyciele byli osamotnieni. Ich interes przeciwstawiany był przez sprytnych polityków interesowi uczniów i rodziców. A wspólnota to przecież jednak wspólnie rozumiane interesy.

Justyna Drath: Też patrzę z pewnym niedowierzaniem na to, że interes, czyli w tym przypadku edukacja publiczna, jest we Francji przez uczniów i nauczycieli definiowany jako wspólny, klasowy. Demonstranci domagają się konkretów, lepszych warunków pracy, tego by usługi publiczne nie były traktowane jak punkt w budżecie, na którym zawsze można zaoszczędzić, który można jakoś dopchnąć kolanem. Rosnące nierówności to problem, z którymi mierzy się cała Europa. Taka solidarność nie jest teraz w Polsce możliwa.

Kryzys instytucji trwa u nas już dziewiąty rok, licząc od likwidacji gimnazjów. Pogłębiają się podziały między szkołami publicznymi i niepublicznymi, a co za tym idzie, klasami społecznymi. Czytam twoją książkę Szkoła przetrwania, a w niej, że już Komisja Edukacji Narodowej w 1773 roku jako cele wymieniała: świadome społeczeństwo, wspólnotę, praktyczne przedmioty – wciąż aktualne. XVIII wiek to początki nowoczesnych państw. Zwróciłam też uwagę, że często używasz słowa „dryfować”. Wiemy, co państwu jest potrzebne: świadoma wspólnota odpowiadająca na realne wyzwania, czyli wiemy, gdzie jest ląd, ale nie umiemy tam dopłynąć. Dryfujemy?

Szkoła przetrwania – okładka

Pojęcie dryfowania jest bardzo spójne z tym, co myślę o braku sprecyzowanych planów wobec edukacji, braku strategii edukacyjnej. Nie sądzę, że nie chcemy mieć świadomych obywateli i wspólnoty – raczej nie mamy odwagi stanąć wobec tych rzeczywistych problemów. Najnowszy program MEN nazywa się wprawdzie „Kompas jutra”, a obok wartości klasycznych, czyli dobra, piękna i prawdy, jako postawy, które chce budować, wymienia wolność, odpowiedzialność i solidarność. Brakuje jednak strategii, która pozwoli te cele osiągnąć.

Finlandia, tak często stawiana za wzór, postawiła na edukację i to była świadoma decyzja, wynikająca z przeglądu atutów i deficytów, za czym poszły lata konsekwentnej pracy. U nas każdy rząd przebudowuje system edukacyjny po swojemu, bazując raczej na wyobrażeniach czy fantazjach niż na rzetelnej diagnozie.

Czyli potrzebne jest stanięcie wobec realnego. Nazywasz je: to rozwój sztucznej inteligencji, nierówności i zmiana klimatu.

Teraz szwankuje poczucie wspólnoty i zaufanie do instytucji. Wydaje mi się też, że brakuje odwagi, by zadać sobie pytanie, jak je odbudować. Być może odpowiedzi by nas przeraziły. Jedna to warunki materialne, w jakich szkoła publiczna funkcjonuje od lat. Druga, to że nie wystarczy szkolenie dla nauczycieli o wojnie czy kryzysie klimatycznym, nie wystarczy odhaczenie w tabelce i napisanie raportu, że problem został w czasie lekcji poruszony.

Przywołujesz postać Mikołaja Doświadczyńskiego, bohatera powieści Ignacego Krasickiego z 1776 roku. Edukacja, którą zdobył poza granicami, w kraju okazuje się zupełnie nieużyteczna. W przypadku Polski edukacja i rzeczywistość to dwie osobne sprawy, zdaje się diagnozować Krasicki. Wciąż aktualne?

Mikołaj Doświadczyński jest ciekawą figurą; wyrasta w przekonaniu, że nauka jest żmudna, męcząca i „za karę”. Jego wiedza, nabyta na utopijnej oświeceniowej wyspie, prócz tytułu nie przekłada się na nic realnego, bo po powrocie traktowany jest jak głupek albo wichrzyciel. Jak będzie chciał zostać politykiem albo edukatorem – wypali się w dwie sekundy. Takie podejście do edukacji wciąż jest u nas częste. Szkoła publiczna nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, ale można zorganizować jakiś tajne komplety, albo wykupić korepetycje, gdzie edukacja będzie prawdziwa. Wydaje mi się, że u podstaw leży brak zaufania do instytucji, przy jednoczesnym marzeniu, że ta prawdziwa edukacja jest możliwa i istnieje, ale zupełnie gdzie indziej. Gdzieś właśnie poza tą okropną szkołą, poza systemem.

Czytaj także Idealna reforma szkoły musiałaby powstawać w poprzek politycznych podziałów Justyna Drath

Szczytem marzeń jest zaś edukacja i praca za granicą. Czyli jakby to realne było nie u nas, a jedyne, co możemy zrobić, to wykształcić dzieci korepetycjami tak, by poszły w świat. Prawdziwy. To trochę pachnie Szuflandią z filmu Machulskiego Kingsajz. Ale przecież to my, obywatelki i obywatele reprodukujemy ten system w kolejnych pokoleniach. A spoiwem tego systemu jest brak zaufania i, jak piszesz, „ochrzanianie nowego”, zamiast pokazać, poprowadzić nowicjusza – lepiej go „ochrzanić”, żeby sobie nie myślał, żeby poznał miejsce w hierarchii.

Ochrzanianie nie dotyczy prawdziwie ważnych rzeczy. Raczej niedopełnionych biurokratycznych szczegółów: tabelek wklejonych w niewłaściwych miejscach czy tego, że nie wie o istnieniu rzutnika w sali. I to właśnie jest niepokojące, bo ochrzanianie idzie przez uczniów, nauczycieli, dyrekcję, kuratorium i władze oświatowe. A z drugiej strony są rodzice. Zazwyczaj deklarują, że chcą dla swoich dzieci szkoły innej niż ta, której sami doświadczyli, swobodnej, kolorowej, w której będzie ocenianie kształtujące, a nie tylko rubryki i cyferki. Ale ostatecznie chcą się jednak koniecznie dowiedzieć, czy dziecko umie na 74, czy jednak tylko na 61 proc.

Teraz uczę w szkole, która jest gdzieś pomiędzy otwartym podejściem Montessori a tym konserwatywnym szkoły publicznej. Nie mamy spójnej, obowiązującej wszystkich nauczycieli polityki oceniania i bardzo często spotykamy się z lękowymi reakcjami rodziców, którzy chcą edukacji przygotowującej do świata, ale wiedzą, że gdzieś na końcu są egzaminy. Nie wiem, czy jako państwo znamy odpowiedź na pytanie: do czego przygotowujemy dzieci? Do świata? Do studiowania? Do egzaminów?

W ostatnich latach wśród osób zastanawiających się jak wyprowadzić szkołę z kryzysu, wracało hasło Ivana Illicha wyrażone tytułem jego książki: Odszkolnić społeczeństwo. Podstawą krytyki był zarzut, że szkoła wciąż jest „pruska” ideowo i metodycznie przygotowuje do pracy w biurokracji i fabrykach. I że ta fascynacja maszynami, rubrykami i mierzalnością już nam nie służy. Podobno produkujemy dobrych pracowników korporacji wykonujących różne bullshit jobs i rozumiejących, że w Exelu musi się zgadzać, bezustannie ocenianych, gdzie relacje między dorosłymi ludźmi wciąż odwzorowują te między uczniami a „panią”.

W polskiej szkole mamy do czynienia z manią biurokratyczną. Papiery, tabelki, raporty, protokoły ze spotkań, protokoły z protokołów. Ludziom przestaje się chcieć od tego ze sobą rozmawiać, bo jeśli rozmowa z kolegą z pracy ma być protokołowana, to lepiej nie rozmawiać.

Wszystko musi być protokołowane?

To zależy od interpretacji dyrektora, dyrektorki szkoły. Pracowałam w szkołach publicznych, gdzie się traktowało dokumenty swobodniej, ale pracowałam też w miejscach, gdzie naprawdę były najważniejsze. I to, że nie dostarczyłam ich na czas, było traktowane jako coś najgorszego, co mogłam zrobić. To była ta rozmowa, którą przywołuję w książce, w której usłyszałam: „pani to tylko dobrze uczy”, wypowiedziane z pobłażaniem. Protokołowane musiało być zebranie zespołu, rozmowa o uczniu wymagającym opieki i większej uważności, każda rozmowa z rodzicami. Bardzo trudno jest w ten sposób, w takim absolutnym braku zaufania, funkcjonować.

Czym się różni szkoła publiczna od niepublicznej? Po dwunastu latach w szkole publicznej, gdzie dominuje brak zaufania i ostra hierarchia, znalazłaś się w „enklawie wolności i bezpieczeństwa”. Co dają wolność i bezpieczeństwo?

Zespół ma do siebie zaufanie. Pracuje razem, czasem potrafi się pokłócić, ale ta kłótnia nie służy umocnieniu hierarchii, ale wypracowaniu rozwiązania. Nie boimy się konfliktu, nie obawiamy się powiedzieć, jakie mamy stanowisko, uczymy się od siebie, mamy prawo mieć inne zdanie. Właśnie dlatego, że mamy do siebie zaufanie, jesteśmy zespołem.

Ta atmosfera w gronie nauczycieli przenosi się też na uczniów. Oni nie wiedzą zbyt dużo o życiu w pokoju nauczycielskim, chronimy tajemnice i prywatność rady pedagogicznej, ale uczniowie widzą, że można się różnić, a mimo to tworzyć dobry zespół.

W szkole publicznej natomiast to, że się komuś chce zorganizować wycieczkę, koncert, warsztaty, jest czasem podejrzane, traktowane jako zagrożenie.

Dlaczego?

Bo panuje atmosfera rywalizacji i kontroli. Ci, co patrzą na aktywność koleżanki, czują się gorsi albo zagrożeni, że dyrektor i od nich zacznie oczekiwać inwencji, a oni nie mają na nią przestrzeni, bo akurat uczą wielu maturzystów, inne rzeczy są dla nich pilniejsze.

Czytaj także Kapitalizm i konserwatyzm są sprawcami przemocy wobec dzieci Jakub Szafrański

Tym bardziej że te aktywności robi się w czasie dodatkowym, nikt za nie nie płaci. Piszesz o zeszycie, w którym zapisywałaś swoją pracę w godzinach nadliczbowych.

Godziny dodatkowe były nam wtedy narzucone właśnie z braku zaufania do nauczycieli. Ale ta sztywna 15.00 uczniom też nie pasowała, nikt nie przychodził na dyżury, trzeba było je odsiedzieć, odbębnić. Nie od razu pojęłam, że to jest fikcyjny system – przepisy, które nie służą ani nauczycielom, ani uczniom, ani w ogóle nikomu, tylko są trochę dla upokorzenia. Żeby go uniknąć, wpisuje się cokolwiek.

Czyli żeby nie dać się upokorzyć, trzeba obejść ten system? Albo postarać się większym wysiłkiem nadać sens i znaczenie narzuconym godzinom, wymyślając coś ekstra, albo sfingować podporządkowanie? Wydaje mi się, że to nie jest doświadczenie tylko nauczycieli. Być może nawet ta słynna polska innowacyjność, czy też kombinatorstwo, które chwalą ostatnio posłanka Gill-Piątek z europosłem Sienkiewiczem, wyrasta właśnie na tym, że ciągle trzeba obchodzić jakiś system, który upokarza, i robić coś, co ma sens, na boku.

Teraz doskonale rozumiem, co dla innych nauczycielek oznaczał mój skrupulatnie wypełniany zeszyt. Dziś wpisałabym tylko tyle, ile koniecznie trzeba. System uczy, że trzeba machnąć ręką, wpisać cokolwiek, byle zgadzała się tabelka, że trzeba to przetrwać, poradzić sobie z narzucanymi procedurami. Głęboko wierzę, że czas, który spędzamy w szkole, powinien być dobry. Powinniśmy czuć się w szkole bezpiecznie, powinniśmy być traktowani z szacunkiem. Tego nie będzie, jeśli nauczyciele będą wyczerpani, sfrustrowani i poniżani. Powtarzam, że mam zaufanie do instytucji publicznych, ale nie bez powodu od dziesięciu lat pracuję w instytucjach prywatnych. Radość czerpałam z kontaktu z młodzieżą, ale cały system, czyli zebrania, rozliczenia, rady, biurokracja, musiałam przetrwać.

Już ponad 11 proc. szkół w Polsce to szkoły niepubliczne, trend jest rosnący. Co mówią uczniowie, którzy przychodzą do szkoły, w której uczysz?

Wielu uczniów trafiło do nas ze szkoły publicznej. Ci szczególnie doceniają atmosferę, lubią nas, szukają oddechu, żeby nie trzeba było myśleć o szkole jako przetrwaniu. Tłumaczą innym uczniom: słuchajcie, świat wygląda inaczej, w tym prawdziwym świecie nauczyciele nie są mili, w tym prawdziwym świecie jest ciągła rywalizacja. To mnie przeraża, nie powinno być tak, że tylko za pieniądze można sobie kupić enklawę normalności, lepszy świat.

Na etacie nauczycielskim zatrudnionych jest w Polsce około 500 tysięcy osób. 85 proc. kadry to kobiety. Średnia wieku 47–48 lat. Siedem na dziesięć nauczycielek jest wypalonych. Ministra Nowacka zapraszająca do konsultacji „Kompasu jutra” spotkała się z całkowitym brakiem entuzjazmu.

Bardzo często w resortach pracują osoby, które nie mają wglądu w to, jak wygląda życie szkolne. Z tego wynikały zapewne te dziwne decyzje dotyczące niepłacenia nauczycielom za wycieczki czy zarządzenia o nieobowiązkowych pracach domowych. Nikt tych politycznych decyzji nie skonsultował z nauczycielami. Nauczycielki mają realizować wizje kolejnych polityków ze świadomością, że żaden z nich się z nimi nie liczy, ani ich nie szanuje. W tych warunkach trudno o entuzjazm.

Co powinno się zmienić?

To nauczyciele znają młodzież najlepiej, lepiej niż politycy, lepiej niż członkowie Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, niezależnie od tego, czy konserwatywnie narzekają na młode pokolenie, czy bardzo je wspierają. Dlatego kluczowe jest wysłuchanie ich. Oraz rzeczywista, niepozorowana współpraca. Do tego podwyżki – nie będzie zmiany bez podwyżek. Nie pomogą obowiązkowe szkolenia o dobrostanie albo o tym, jak nie zwariować. To absurd, żeby siedzieć dodatkowe dwie godziny na szkoleniu i słuchać o tym, jak bardzo jestem zmęczona. Wiem, że jestem zmęczona, chcę wracać do domu i poczytać książkę, jeśli mam w ogóle na to siłę.

Od dziesięciu lat słyszę, że narastająca prywatyzacja edukacji doprowadzi do osłabienia szkoły publicznej, bo bardziej świadomi rodzice przestaną wywierać presję. Ostatnie zamachy „nożowników” spowodowały nowy wzrost zainteresowania edukacją domową. Ma miejsce „odszkalnianie” społeczeństwa, ale w tym groźnym wymiarze odchodzenia od państwa, uciekania w rozwiązania prywatne, uciekania od odpowiedzialności za wspólnotę. Wracam do KEN, bo istnienie szkoły nierozerwalnie związane jest z nowoczesnym państwem, a państwo i jego stan – ze szkołą. Czy my to teraz rozumiemy?

Byliśmy kiedyś zdolni stworzyć Komisję Edukacji Narodowej, spóźnioną i ostatecznie nieskuteczną, ale uważam, że nie doceniamy jej tak, jak na to zasługuje. Kiedy pracowała KEN, patriotyzm związany był z wartościami progresywnymi; teraz ci, co najwięcej mówią o patriotyzmie, hołdują wartościom wstecznym, bo nawet nie konserwatywnym. A potrzebne są nam w obliczu zagrożenia pytania o patriotyzm, o bezpieczeństwo, o tożsamość narodową. Powinniśmy też zastanowić się nad samym pojęciem postępu.

Czytaj także Czy „latający” samochód Muska to rzeczywiście postęp? Tomasz S. Markiewka

Postęp najczęściej utożsamiamy z postępem technicznym.

Szwecja, prymuska postępu, która pierwsza sięgnęła po narzędzia technologiczne w szkołach, teraz daje całą wstecz i wraca do grubych książek, organizuje konkursy czytelnicze dla całego społeczeństwa. Nowoczesne technologie nie pomogły w edukacji. Oczywiście, Szwecja ma też inne problemy, np. komercjalizacja edukacji, które też składają się na coraz gorsze wyniki edukacyjne, podobnie jak u nas. Postęp nie może oznaczać ciągłego wzrostu i wyzysku, nie może się odbywać kosztem gorszych warunków pracy nauczycieli i przeładowanego programu. Postęp dzisiaj to ramy, wytrwałość, koncentracja, rozumienie, krytyczne myślenie. Są badania, które pokazują, że w Polsce uczniowie, mimo że w testach są jednymi z mądrzejszych na tle innych krajów europejskich, bardzo szybko się poddają. To jedno z najtrudniejszych wyzwań: pokazać, że wysiłek, wytrwałość się opłaca.

Nie da się tego nauczyć, bezustannie wytykając błędy. Trzeba pokazywać, co uczeń zrobił dobrze, co osiągnął, czego się nauczył. Mam wrażenie, że często brakuje takiego pozytywnego gestu, powiedzenia: słuchaj, to jest może trudne, ale jak będziesz wytrwały, jak będziesz się starał i uczył, będą efekty, będziesz widział więcej, więcej rozumiał.

W szkole podstawowej moich dzieci języka polskiego uczyła pani Danutka. Po lekcjach organizowała kółko filmowe dla starszych klas. Przychodzili na te spotkania, nawet kiedy byli już w liceum, do tej pory mają z panią Danutką kontakt. Relacja między nauczycielką i uczniami, między człowiekiem i człowiekiem jest nie do zastąpienia. Mam w sobie lęk, narastający od pandemii, że wraz z prywatyzacją usług edukacyjnych i oszczędzaniem na usługach publicznych kontakt z prawdziwą pedagożką będzie dostępny tylko dla wybranych, dla najbogatszych. Biedniejsi będą słuchać wykładów wygenerowanych przez AI. Społeczeństwo się rozpadnie.

To jest i mój lęk. OECD w 2021 roku przedstawiło cztery scenariusze dalszych losów edukacji. W pierwszym szkoły zachowują swoje funkcje, choć dopasowują programy do nowych potrzeb gospodarczo-społecznych. Nauczyciele mają kluczową rolę, szkoły pozostają silnymi państwowymi instytucjami, z większym naciskiem na współpracę międzynarodową. Drugi scenariusz zapowiada większą rozmaitość różnych form organizacji edukacji, o różnym poziomie, wyzwaniem więc ma być zapewnienie równego dostępu do dobrej jakości edukacji. Trzeci mówi o związaniu form edukacji ze wspólnotami. Szkoły pozostają jako lokalne centra edukacyjno-kulturalno-społecznymi, czy swoiste węzły edukacyjne, łączące z innymi instytucjami eksperckimi.

No i czwarty, którego się obawiam, a który w tej chwili wydaje mi się prawdopodobny. W tym scenariuszu szkoła przestaje być instytucją państwową i społeczną. Nauczyciele przestają być potrzebni. Wiedza przekazywana jest za pośrednictwem technologii, edukacja staje się cyfrowa i bardzo zindywidualizowana. Następuje uberyzacja szkoły.

To brzmi jak spełniony sen „Bóg Techów”: nie ma szkoły, dystrybucja sprywatyzowanej wiedzy zależy od kilku platform.

Najgorsze jest to, że przestajemy dostrzegać, że powszechna, publiczna edukacja jest cywilizacyjnym osiągnięciem. Polska w latach 90. masowo otworzyła się na studia wyższe. Były i są rozmaitej jakości, ale mieliśmy przekonanie, że edukacja jest ważna. Że to istotne, by ludzie się kształcili. Teraz to się kończy. Wystarczy pozór edukacji, kupiony dyplom, by dostać stanowisko; wystarczy nakręcić filmik, by zyskać sławę w sieci. Boję się, że dobra edukacja, już teraz coraz częściej dostępna dla tych, którzy mają zasoby ekonomiczne i kulturowe, żeby się kształcić, stanie się jeszcze bardziej elitarna. Pozostanie coś na wzór Akademii Platońskiej, gdzie mistrz z garstką uczniów będzie przechadzał się po lesie i czytał teksty linearne, z papieru. I tylko ta garstka ludzi będzie wiedziała, jak radzić sobie z technologiami, tak żeby zachowywać uważność myśli.

Czytaj także Wielki Reset, czyli nadchodzą rządy korporacji Ivan Wecke

Powszechne szkolnictwo i nowoczesne państwa nie przypadkiem pojawiły się razem. Szkoła bardziej niż jakakolwiek inna instytucja sprawia, że abstrakcyjne pojęcie państwa może się materializować. Koniec powszechnej szkoły oznacza koniec demokracji i zapewne koniec państwa. A przecież tylko państwa, i to nawet nie same, ale wspólnym wysiłkiem mogą postawić granice korporacjom.

Nikt nas się demokratycznie nie zapytał, czy chcemy stracić uważność i świadomość, które dla demokracji są kluczowe. Tę sprawę stawia Julia Fiedorczuk w swojej ostatniej książce i. O poezji i zmysłach. Nikt nas nie zapytał, czy chcemy oddać umiejętność świadomego podejmowania decyzji. Badania nastolatków pokazują, że to się już dzieje.

Czy możemy się przed tym scenariuszem jeszcze ochronić?

Jeśli chcemy zachować demokrację, to musimy stoczyć walkę o szkoły, a w szkołach stoczyć walkę o uważność i o ten pierwiastek ludzki. O niedoskonały czynnik ludzki. Taki ma być: niedoskonały. Żaden algorytm nie wymyśli ani pytań, które zadają moi uczniowie, ani najprzedziwniejszych torów, którymi pędzą ich myśli. To trzeba chronić, wspierać, jako coś niesamowicie cennego w tym świecie. Potrzebny jest też powrót do czytania wielkich książek, starych tekstów. Ta umiejętność pozwoli zachować umysły uważne, niezależne, krytyczne, skoncentrowane. Przeglądanie nagłówków to za mało.

**
Justyna Drath – absolwentka polonistyki i filmoznawstwa na UJ i Szkoły Ekopoetyki. Nauczycielka, kiedyś częściej działaczka społeczna, teraz woli pisać. Najchętniej włóczyłaby się po lasach, bagnach i górach, ale dzisiejszy świat zmusza ją do kilku innych działań. Stała felietonistka miesięcznika „Dialog”. Pochodzi z Krakowa, mieszka w Warszawie. W 2026 roku ukazała się jej książka Szkoła przetrwania (Wydawnictwo Krytyki Politycznej).

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x