Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Jesteśmy potomkami powstańców i nigdy się już nie zbuntujemy

Obserwowana przy okazji protestów we Francji niechęć Polaków do antysystemowego buntu wydaje się groteskowa tym bardziej, że systematycznie rośnie poparcie dla prawicowego populizmu.

Walka

W polskim społeczeństwie pokutuje zbyt wielka miłość do systemu kapitalistycznego i idąca za nią niechęć do wszystkiego, co mogłoby ten system choć odrobinę podważyć. Mamy problem także z  podatnością na odbieranie rzeczywistości w kluczu nacjonalistycznym, za czym idzie kolejna smutna prawda: w statystycznym, uśrednionym Polaku łatwiej wzbudzić gniew do osoby o innej narodowości, niż do kapitalistycznego wyzyskiwacza.

Czytaj także Chcielibyście rewolucji bez rewolucji? O protestach nie tylko we Francji Artur Troost

Rasistowskie szeryfowanie i antykapitalistyczne oszołomstwo

To tylko moje przeczucia, ale zbyt często znajduję ich potwierdzenie. Ostatnio dostarczył ich raport kolektywu Res Futura z niedzieli, dotyczący protestów we Francji. Badanie nastrojów w sieci wykazało, że aż 92 proc. polskich komentariuszy potępia nie tylko zamieszki, ale protesty w ogóle, a moja osobista obserwacja każe wnioskować, że oba te zjawiska jawią się jako tożsame.

W raporcie czytamy m.in., że „przyczyny, o które chodziło Francuzom, prawie zniknęły. Wśród wypowiedzi wskazujących powód zamieszek 41 proc. ma ramę etniczną lub religijną, 22 proc. ideologiczną (lewica, liberalizm), a socjalną tylko 18,5 proc.”. Dla polskiego obserwatora winowajcą chaosu jest zatem nie państwo obniżające standard życia obywateli, a lewactwo wpuszczające migrantów jak leci.

Mniejsza o to, że Francja jest krajem kolonialnym, że niebiali obywatele są po prostu Francuzami. Prawicowe, ksenofobiczne i rasistowskie narracje są nad Wisłą tak głęboko zakorzenione, że wystarczy sam obrazek osoby o ciemnym odcieniu skóry biorącej udział w rozruchach, by podstawić go pod gotową, dawno już istniejącą interpretację.

Nie może być inaczej, skoro na tę rasistowską falę tradycyjnie wskoczyli politycy niemal wszystkich frakcji i niczym psy Pawłowa zaczęli reprodukować swoje najbardziej spodziewane spiny, wykorzystując francuskie rozruchy na potrzeby polityki wewnętrznej, przekonując, że do „tego” prowadzi migracja i że „my” migrantów nie wpuszczamy, a „oni” migrantów wpuszczają, wpuszczali i będą wpuszczać.

Politycy w Polsce, Francji i innych krajach wchodzą teraz w rolę twardych szeryfów, którzy umieją wyciągać surowe konsekwencje i zapewniać bezpieczeństwo, a w całym tym licytowaniu się na grubość pałki brakuje miejsca na kluczowe pytania o to, co powoduje, że ludzie są skłonni posunąć się do wyjścia na ulicę i kinetycznego wręcz zademonstrowania swojego niezadowolenia. Ale takie pytanie prowadziłoby do kolejnych pytań – o zasady funkcjonowania państwa. O systemowe zmiany. A to już zbyt głęboka refleksja, żeby się politykom opłacała.

Reakcje polskich internautów opisane przez Res Futurę pokazują też, że nie dopuszczamy do siebie myśli, że protestujący wyszli na ulicę, ponieważ system ich faktycznie zawiódł, państwo nie wywiązuje się ze swojej roli, a kapitalistyczny wyścig polega na tym, że ogromna część społeczeństwa zostaje z tyłu, co prowadzi do desperackich działań.

Kapitalizm w Polsce wciąż pozostaje świętością, a wskazywanie jego systemowych wad w najlepszym wypadku uchodzi za niewinne dziwactwo, w najgorszym za groźne oszołomstwo. W naszym lewicowym znoju o dostrzeżenie choćby ryski na przygniatającym nas wszystkich kapitalistycznym monumencie nie pomagają duże media — SuperExpress właśnie ogłosił Leszka Balcerowicza „postacią 35-lecia”.

Czytaj także Czy protesty studentów we Francji otwierają Le Pen drogę do prezydentury, czy wręcz przeciwnie? Jakub Majmurek

Swego czasu krytycy byłego ministra finansów w opisywaniu bliskich mu środowisk sięgali po metaforę religii. Moim zdaniem trafnie, ponieważ nad Wisłą w ten sposób traktuje się wszystko, co wolnorynkowe i kapitalistyczne. Święty jest wolny rynek, święty jest kapitał i wreszcie święta jest własność prywatna, która w dyskusjach o mieszkalnictwie okazuje się zawsze ważniejsza od zapisanego w konstytucji prawa do dachu nad głową.

Naruszenie własności prywatnej jawi się w tych okolicznościach jak włamanie do świątyni i zbezczeszczenie najświętszego sakramentu. To właśnie widzę w reakcjach moich nadwiślańskich współplemieńców na francuskie protesty i zamieszki.

Czytaj także Czy protesty studentów we Francji otwierają Le Pen drogę do prezydentury, czy wręcz przeciwnie? Jakub Majmurek

Nieważne jest szukanie przyczyn społecznego niezadowolenia i buntu, ważne jest, żeby własność prywatna została pozbawiona czci. A że to zwykle własność korporacji? To tym gorzej, bo przecież kapitalistyczny dogmat religijny głosi, że jak ktoś ma dużo, to znaczy, że uczciwie sobie na to zasłużył. O losie maluczkich należy myśleć, o ile maluczkimi są akurat przedsiębiorcy.

Magiczna zmiana sieciówki w warzywniak

Pewnie już widzieliście to video. Stojąca w drzwiach sklepu blondwłosa kobieta z czarną opaską na głowie i ciemnymi okularami na czole, krzycząca w kierunku zamaskowanych ludzi, próbująca powstrzymać ich przed zdemolowaniem sklepu i ignorujący ją tłum wlewający się do środka. To nagranie stało się symbolem francuskich zamieszek, obiegając internet z dopisaną do niego historią.

Niektórzy postujący opisywali ją jako właścicielkę butiku broniącą dobytku swojego życia. Inni dopisywali jej jeszcze działalność aktywistyczną – miała być progresywną aktywistką popierającą migrację, której jej własne lewactwo właśnie wybuchło w twarz.

Okazało się jednak, że sklep z nagrania nie jest żadnym butikiem; trudno też, aby należał do kobiety z filmu, bo jest supermarketem sieci Franprix zlokalizowanym przy Rue du Faubourg du Temple w Paryżu. Bohaterką nagrania jest zaś 24-letnia Emma Kunstlich, aktorka i studentka aktorstwa, o jej rzekomym aktywizmie czy przynależności do jakiejkolwiek organizacji nic nie wiadomo.

Mogliście też widzieć nagłówek: „Bronił swojego sklepu – dramatyczne nagranie z Nicei”, a pod nim film, na którym ze zdemolowanego już sklepu wychodzi długowłosy mężczyzna w okularach i krzyczy na – jak rozumiem – sprawców dewastacji, za co z kolei spotyka go fizyczna przemoc. Abstrahując od mojej jednoznacznie negatywnej oceny kopnięcia drugiego człowieka w plecy bez ostrzeżenia, warto trzymać się faktów. Na nagraniu widać szyld sklepu Micromania-Zing; jest to sieć sklepów z grami video. Mężczyzna nie bronił swojego sklepu, a sklepu należącego do sieci GameStopu. Być może dlatego, że wiedział, że to on będzie musiał naprawiać szkody, być może nawet na własny koszt, ponieważ tak działa kapitalizm.

Nie chcę tutaj nikogo przekonywać, że podczas zamieszek ucierpiał wyłącznie wielki kapitał, a przypadków małych biznesów ponoszących straty nie było w ogóle. Zapewne były. Natomiast dominująca narracja jest taka, że oto niemal wszystkie zdemolowane sklepy to były te „małe”, że właśnie na naszych oczach rzesze ludzi zostały pozbawione dorobku całego życia, podczas gdy tak naprawdę mówimy głównie o centrach miast zdominowanych przez sieciówki.

Czytaj także Czy jest coś bardziej francuskiego niż uliczne zamieszki i rewolty? Andrzej Leder

To zabieg narracyjny stosowany niemal zawsze, kiedy staje się w obronie wielkiego kapitału – udawana (bądź wpojona przez dominujące narracje) troska o tych najmniejszych przedsiębiorców. Na tej samej zasadzie nie możemy w Polsce opodatkować wielkiego kapitału, bo przecież musimy myśleć o małych polskich biznesach.

Kiedy Mentzen załamywał ręce nad ustawą ograniczającą reklamy alkoholi, płakał przy tym nad losem polskich browarów kraftowych. Ten sam mechanizm, w doprowadzonej do absurdu, ale najwyraźniej skutecznej formie działa również choćby w przypadku podatku katastralnego. Nie wolno nam go wprowadzić – mówią politycy – ponieważ to zrujnuje biednych polskich, przymierających głodem emerytów, posiadających skromniutkie trzy mieszkania inwestycyjne.

„Niezależna” prawica

Ta niechęć Polaków nie tyle do antysystemowego buntu, co wręcz niedopuszczanie na szerszą skalę choćby cienia krytyki panującego systemu, wydaje się groteskowa tym bardziej, że systematycznie rośnie poparcie tego, co najogólniej nazywa prawicowym populizmem (choć sam za tym określeniem nie przepadam, bo uwłacza ono populizmowi, który sam w sobie nie jest wg mnie akurat niczym negatywnym).

W Polsce to środowiska okołokonfederackie, na prawo od PiS-u, powtarzają przecież hasełka o niezależności, samodzielnym myśleniu, buncie i stawianiu oporu przeciwko systemowi. Oczywiście nie ma to nic wspólnego z buntowniczością. To tylko wykorzystywanie psychologicznej słabości, polegającej na tym, że człowiek lubi myśleć o sobie jako o tym, który zbuntował się i postawił opór. To cepelia i bal przebierańców prowadzonych przez sługusów kapitalistycznego Molocha — politycy Konfederacji kochają wolny rynek i jedyna zmiana, jakiej pragną, to żeby było tak, jak jest, tylko kilka razy mocniej.

Tak jak my do niedawna nie byliśmy w stanie zrozumieć, jakim cudem nazizm odniósł sukces w demokratycznym kraju, tak przyszłe pokolenia będą głowić się nad faktem, że ludzie „tworzyli” piosenki o buncie i oporze przy użyciu modeli językowych, na których zarabiały największe korporacje.

Czytaj także Granice śmieszności. Polska prawica grzeje się w ogniu protestującej Francji Jakub Majmurek

Ten „bunt” w szerokim polskim rozumieniu jest zwykle buntem rozumianym indywidualnie, ponieważ tak nas nauczyła popkultura. Tylko samotny mściciel może zaprowadzić porządek w mieście bezprawia. Ale to fikcja, tak jak fikcyjni są bohaterowie komiksów, westernów i kina akcji. Prawdziwy bunt ma szanse rozkwitać dopiero wtedy, gdy towarzyszy mu solidarność społeczna.

We Francji zaczęło się od protestów uczniów i studentów, które zmieniły się w sprzeciw wobec kosztów utrzymania i warunków życia. W Polsce niemal nie istnieje pojęcie strajku solidarnościowego. Do sprzeciwiających się obecnie warunkom zatrudnienia pracowniczek i pracowników Dino oraz Biedronki nie dołączają pielęgniarki czy nauczyciele, nie mówiąc o osobach z niepełnosprawnościami i ich bliskich, których protesty pozostają chyba najbardziej niewidzialne i ignorowane.

Nie jest natomiast tak, że Polacy ignorują bądź potępiają jakiekolwiek protesty i rozruchy. Wybiórcze podejście widać było w społecznym odbiorze protestów Ostatniego Pokolenia i protestów rolników. Choć przy tych ostatnich trudno było poznać jakieś postulaty poza tym, że Zielony Ład zły, a w tle przewijał się partykularny interes futrzarskiej rodziny Wójcików i ich biznesy w Rosji, podczas gdy aktywiści klimatyczni mieli konkretny program w punktach, to właśnie oni uznani zostali przez społeczeństwo, że intruzywnych odklejeńców.

Czytaj także Przez rząd tracimy miliardy, ale Polacy nie potrafią już protestować Galopujący Major

Klimat ten wyczuł premier, który publicznie grzmiał o zintensyfikowaniu działań służb wobec OP i wyciąganiu surowych konsekwencji za siedzenie dupą na asfalcie. Publiczne oburzenie wywoływał fakt, że aktywistki blokujące drogę mogą zablokować karetkę, od której zależy czyjeś życie. I choć nie stwierdzono przypadku utrudniania pracy służbom medycznym przez Ostatnie Pokolenie, a przez protestujących rolników już tak, społeczny odbiór obu tych inicjatyw pozostał, jaki pozostał.

Policyjne prowokacje

Statystyczny, prawicowy Polak lubi myśleć o sobie jako o niezależnym i zbuntowanym potomku powstańców, ale nie dopuści do siebie myśli, że czczony w Polsce (i dobrze) Stefan Okrzeja był terrorystą. W polskiej szkole nie poznajemy bowiem społecznego kontekstu buntu przeciwko zaborcom, pozostając w kluczu narodowowyzwoleńczym i patriotycznym. Chyba więc nie powinno dziwić, że i na protesty we Francji patrzą Polacy przez taki, a nie inny filtr.

Czasem jednak nieco bawi, że gdy wchodzi temat migracji albo zabijania obywateli przez amerykańskie służby na ulicach, to prawicowi Polacy, w tym antypolicyjni prawilniacy ze stadionów, stają się nagle fanatykami służb mundurowych, porządku publicznego, majestatu funkcjonariusza, albo i zwykłymi sześćdziesionami.

Podobnie zresztą było z protestami aborcyjnymi w 2020 r. Ich zapał został wygaszony i zaprzepaszczony również dlatego, że w ruchach zaangażowanych w nie najmocniej brakowało frakcji odpowiednio radykalnej i odpowiednio licznej. Dlatego łatwo było w mediach podważyć ideę całych protestów faktem, że ktoś miał czelność namazać numer pogotowia aborcyjnego na ścianie kościoła, a protestujący tłum wykrzykiwał brzydkie słowa.

Francuzi mają widocznie bardziej zakorzenioną tradycję społecznego sprzeciwu, skoro sobie na coś takiego nie pozwalają. I to pomimo że tamtejsza policja jest nie tylko brutalniejsza, ale i sprawniejsza w prowokacjach prowadzących do eskalacji.

Przykład: 2 października podczas protestów uczniów i studentów w Reims nagrano mężczyznę w cywilu rzucającego granatem dymnym. 4 października miejscowy prokurator François Schneider potwierdził, że mężczyzną tym był policjant z BAC (Brigade anti-criminalité) i że jego działania były zgodne z prawem, co uzasadnił koniecznością utrzymania porządku. Również 2 października w Aubervilliers dziennikarz redakcji Brut, Rémy Buisine, nagrał materiał z zamaskowanym mężczyzną w cywilu, który przy użyciu pałki próbuje rozbić witrynę lokalu, w którym chronili się protestujący. Wszystko to na oczach oddziału policji niereagującego na mężczyznę.

Francuskie służby mają długą historię potwierdzonych działań tego typu, często w wykonaniu całych oddziałów podszywających się pod protestujących, wnikających w tłum i eskalujących przemoc. Nawet jeśli – jak Mateusz Morawiecki – poczujemy oburzenie i wzruszenie na widok rozbitej witryny Diora, warto o tym wszystkim pamiętać, zanim opinię o nihilizmie, dziczy i bezcelowej demolce dla demolki przyjmiemy jako swoją własną.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x