Protest może zaistnieć tylko wtedy, kiedy istnieje przedmiot oporu: jakiś przeciwnik, na którego i o którym trzeba krzyczeć. Dobrze, żeby był na tyle wyrazisty, aby dało się zbudować wokół niego jednoznacznie krytyczną narrację, i na tyle nieskomplikowany, żeby jego grzechy umieścić w jednym zdaniu na transparencie.
Problem w tym, że nie zawsze przeciwnika można jednoznacznie zidentyfikować. Czasem na przykład zdaje się, że został zidentyfikowany, a tak naprawdę dostrzegliśmy jedynie drobny ułamek rzeczywistości. Weźmy choćby Strajk Kobiet: w teorii dotyczył zaostrzenia ustawy aborcyjnej, nie sposób jednak oderwać go od kontekstu wieloletnich rządów PiS, które wkurwiały miliony ludzi, oraz pandemii, wówczas od kilku miesięcy generującej w społeczeństwie trudne do zniesienia napięcie. Ogromna skala protestu była wypadkową wszystkich tych czynników: izolacji, wieloletniej złości i poczucia, że godność jest nam odbierana powoli, lecz systematycznie.
Podobne odczucia mieli ostatnio mieszkańcy Poznania. W ostatnich latach doświadczyli: abstrakcyjnie wysokich opłat za komunikację miejską (pięć złotych za piętnaście minut w tramwaju), remontów (prace nad budową linii tramwajowej na Ratajczaka obchodziły ostatnio dziewiąte urodziny), postępującej betonozy, a co niektórzy brutalnej eksmisji, bo ich posiadłości zostały sprzedane deweloperom. Osoby, które interesują się lokalną polityką, na pewno słyszały też o podejrzeniach korupcji, a ci, którzy śledzą stosunki międzynarodowe, krytykują partnerską relację Poznania z izraelskim miastem Ra’anana. Poznaniacy mają powody, żeby utyskiwać na lokalną politykę niezależnie od tego, czy są zaangażowani w sprawy miasta, czy chcą po prostu żyć tu i korzystać z dobroci usług oraz infrastruktury. Kiedy słowa niezadowolenia docierają do uszu władzy, mieszkańcy słyszą, że próbują wyłudzić pieniądze od miasta. Nic więc dziwnego, że tort na twarzy Jacka Jaśkowiaka został przyjęty z wyraźnym entuzjazmem.
Autorem tego gestu był Kamil Siemaszko, członek Federacji Anarchistycznej i kolektywu Rozbrat. „Jeden z wielu mieszkańców Poznania, którzy mają dość rządów Jacka Jaśkowiaka” – taki go podsumowano w opisie zrzutki, dzięki której udało się zebrać ponad 30 tys. złotych na pomoc prawną w kilka godzin po wydarzeniu.
16 czerwca bieżącego roku Siemaszko pojawił się na sesji Rady Miasta, podczas której głosowano nad wotum zaufania, żeby wykorzystać znany już z historii komediowy zabieg rzucenia tortem w twarz osoby sprawującej władzę. Z założenia taki „atak” ma wymiar performatywny, jego celem nie jest wyrządzenie krzywdy. Jacek Jaśkowiak przyjął to nieco inaczej: stwierdził, że został uderzony ręką, która trzymała tort, a aktywistów nazwał hołotą stanowiącą zagrożenie dla porządku publicznego. Jeśli liczył, że w ten sposób zyska współczucie i przychylność mieszkańców, to się przeliczył. „Jaśkowiak od lat upokarza mieszkańców. Dziś mieszkaniec upokorzył Jaśkowiaka”; „Trzeba zrobić referendum i odwołać tego niby prezydenta….. pod rządami którego Poznań toczą afery”; „Takie są konsekwencje publicznych niespełnionych obietnic” – to tylko kilka komentarzy, które pozostawiono pod zdjęciem umazanego tortem prezydenta.
Cała operacja była całkiem zabawna – krem na twarzy wysoko postawionej osoby automatycznie aktywuje pokłady dziecięcego, kreskówkowego humoru – a Siemaszko wzorcowo wyznaczył przeciwnika. Nic dziwnego, że poznaniacy stanęli za nim murem.
Przyznam, ucieszył mnie ten entuzjastyczny odzew. Po reakcji Polaków na aktywność ruchu klimatycznego Jazda! myślałam, że poparcie dla protestów jest już na wymarciu.
Całkowity brak poparcia dla Jazdy!
Jazda! to organizacja powstała na zgliszczach Ostatniego Pokolenia, a jej główną linią ideologiczną jest przeświadczenie, że „za politykę klimatyczną nie mogą płacić niezamożne Polki i Polacy, koszty powinni pokrywać najbogatsi – bo to oni emitują najwięcej”. Działacze i działaczki proponują szereg zmian dotyczących transportu publicznego, między innymi wprowadzenie biletu miesięcznego za 50 zł i ulepszenie połączeń autobusowych w miastach i wsiach. Długofalowym celem jest ogólne obniżenie emisji gazów cieplarnianych, bez obciążania „zwykłych ludzi” kosztami tych zmian. Teza ta jest zgodna z aktualnymi badaniami – bogaci rzeczywiście emitują najwięcej.
Ich pierwsza akcja odbiła się szerokim echem w mediach: polegała na oblaniu sztuczną kupą sklepów celebrytki Małgorzaty Rozenek-Majdan i influencerki Andziaks. Podobnie jak w przypadku Jaśkowiaka, „atak” miał wymiar performatywny. Sztuczna kupa była symbolem tego, że „elity posrało”, i łatwo dało się zmyć ją z budynków, bo składała się z wody i kakao. Akcja miała skierować uwagę na realny problem zmian klimatycznych i wywołać dyskusję, bez materialnych konsekwencji dla celebrytek. Rozenek-Majdan i Andziaks nie stanowiły ucieleśnienia zła jako jednostki, a „jedynie” symbole elit i konsumpcjonistycznego stylu życia.
Akcja miała potencjał ludyczny, problem był odpowiednio zdefiniowany. W internecie jednak – tematycznie – wylało się szambo. Pisano, że „tutaj ewidentnie chodzi o zazdrość, bo ktoś ma więcej, nie o ekologię”, aktywiści zostali uznani za „grupkę przegrywów”, która „szkodzi ludziom tylko dlatego, że są lepiej sytuowani” oraz „nierobów i małe zazdrosne karaluchy”. Badania Smartscope dla Krytyki Politycznej wykazały, że jedynie 23 proc. Polek i Polaków poparło działania Jazdy.
Źle dobrany przeciwnik
Chlebem powszednim influencerek jest pokazywanie swojego życia na instagramowych relacjach, a naszym równie powszednim chlebem jest ich oglądanie. Jasne, że źródłem dochodu internetowych celebrytek są w dużej mierze współprace reklamowe czy sprzedaż własnych produktów, ale pośrednio jest to też regularne pokazywanie swojego psa, kuchni i autorskiego przepisu na pumpkin spice latte. Budują w ten sposób zaufanie, które prowadzi do ugruntowania specyficznej relacji parasocjalnej – w odbiorcy może narodzić się przywiązanie do twórczyni, choć ta nie ma pojęcia o jego istnieniu. Influencerki zdobywają zaufanie do takiego stopnia, że zaczyna się nawet bezkrytycznie wierzyć w jakość produktów, które reklamują. Są sympatyczne, dostarczają tematów do small talku i umilają jazdę tramwajem. Jak ktoś taki może być odpowiedzialny za globalną katastrofę i koniec świata, który znamy?
Influencerki z jednej strony dają złudne poczucie bliskości, z drugiej zaczynają być postrzegane jako self-made women, które osiągnęły sukces dzięki ciężkiej pracy i wyrzeczeniom. A do takich bohaterów polskie społeczeństwo ma szczególną słabość. Połączenie tych dwóch cech – sympatyczności i sprawczości zawodowej – to zabójcza mieszanka, która sprawia, że aktywiści będą mieli duży problem z przekonaniem publiki, że to właśnie te osoby stanowią zagrożenie.
Dodajmy, że nie jest to nawet bezpośrednie zagrożenie. Bogacze nie czatują na nas z nożem ani nawet nie siedzą w sejmie – oni tylko podejmują decyzję konsumencką i kupują produkt, którego wytworzenie pobrało cenne zasoby, czym wzmacniają podaż, a następnie reklamują ten produkt, wzmacniając podaż jeszcze bardziej i przyczyniając się do nakręcania spirali marnowania wody i energii. Prosty łańcuch przyczynowo-skutkowy? Tak – dla kogoś, kto siedzi w temacie. Dla całej reszty obwinianie ich za katastrofę klimatyczną to atakowanie Bogu ducha winnych, pracowitych ludzi.
Influencerki są bohaterkami sentencji „od zera do milionera”, naszego ulubionego narodowego mitu. Bogaczy lubi się z powodu fałszywego przekonania, że stoi się z nimi w szeregu. Łatwo można wmówić sobie, że po drugiej stronie ekonomicznej przepaści stoją nie ładne panie z telewizji, tylko te biedaki, co obrzucają im domy sztucznymi odchodami. Problem w tym, że te biedaki to nasi główni sojusznicy, walczący w naszej sprawie. Ale jak przetłumaczyć to narodowi, w którym właściciele małych firm głosują na partię Brauna, bo wydaje im się, że skoro ta wspiera bogaczy, to totalnie są jej elektoratem?
Obrazu dopełniają osoby z wykształceniem wyższym: tylko 9 proc. z nich wskazało, że niszczenie mienia może być zasadne w ramach protestu w słusznej sprawie. Trudno im się dziwić – jeżeli masz wykształcenie wyższe, to jesteś już na drodze „od zera do milionera”, poparcie protestu groziłoby strąceniem z drabiny klasowej.
Mieć czy żyć
Z jednej strony toczy się walka o planetę, na której da się funkcjonować, z drugiej – o prawo do swobodnego gromadzenia kapitału. Konflikt ten osadzony jest w dużej mierze między pokoleniami, bo o planetę walczą młodzi, a o respekt do własności prywatnej ci, którzy pamiętają, jak jej nie mieli. Szczególnie wysoki odsetek osób, które nie poparły działań Jazdy!, odnotowano w grupie wiekowej 55-64, a najwyższy w 65+. Pozostałe grupy wiekowe oceniały Jazdę nieco łaskawiej – najwyższy wynik to 11 proc. poparcia w przedziale 25-34. Bez szału.
Niepewność ekonomiczna jest znajomym zagrożeniem. Katastrofa klimatyczna dzieje się po raz pierwszy. Niby wszyscy o niej wiedzą, ale na propozycje konkretnych rozwiązań wciąż patrzymy spode łba. Niemal taki sam odsetek Polaków przytakuje stwierdzeniu, że należy podjąć działania w celu ograniczenia emisji gazów cieplarnianych, jak temu, że Unia Europejska powinna dać sobie spokój ze swoją polityką klimatyczną. Powód? Niechęć do rezygnacji ze swoich przyzwyczajeń. Jako społeczeństwo stoimy w rozkroku pomiędzy świadomością potrzeby zmian a przywiązaniem do koncepcji własności i radykalnej wolności. Wychodzi coś na kształt: „róbcie, co chcecie, ale niczego od nas nie wymagajcie”. Od nas – czyli ode mnie, mojej sąsiadki, mojego taty i Andziaks.
Przewaga lokalnej wspólnoty
1 proc. Polaków uważa, że ochrona środowiska to ważna sprawa i dopuszczalne jest złamanie prawa w jej imię. Nieco wyższy odsetek dopuszcza takie działanie w celu wyrażenia sprzeciwu wobec władzy – zawrotne 3 proc. Dla 74 proc. nie ma żadnego uzasadnienia dla tego typu ruchów. Biorąc pod uwagę statystyki można więc uznać, że entuzjastyczna reakcja Poznaniaków na umorusanego tortem Jaśkowiaka była raczej wyjątkiem, aniżeli regułą.
Zadziałało jednak celne określenie wroga – tu warto przypomnieć, że kolektywna wrogość nie bierze się z kosmosu. Miała źródło w codziennie wyrażanej zbiorowej frustracji o charakterze smalltalkowym. Kiedy pracowałam jako kasjerka w lokalnym spożywczaku, codziennie prowadziłam tę samą rozmowę o rozkopanej niedaleko drodze. Mówiliśmy, że to masakra i pytaliśmy się retorycznie: ileż można? Między nabijaniem papierosów a liczeniem drobnych łapałam informacje o większej efektywności ekonomicznej używania własnego samochodu niż komunikacji miejskiej – nawet pomimo utrudnień na drogach. Jacek Jaśkowiak był w naszych wspólnych oczach twarzą tego problemu.
Solidarność trudno zbudować globalnie. Katastrofa klimatyczna jest prawdopodobnie pierwszym przypadkiem w dziejach, kiedy wszyscy ludzie na świecie powinni mieć wspólny cel i zbliżone priorytety działań. Na razie nie zauważyłam, żeby zmiany klimatyczne były przedmiotem small talku w spożywczakach, ale działania Jazdy! już mogą być – i może właśnie dlatego są nam tak bardzo potrzebne. Z tak niskim poziomem zaangażowania polityczno-społecznego, z jakim mamy obecnie do czynienia, każde zbliżenie do tematu może okazać się na wagę złota.
**
Weronika Brykalska (ur. 2000) – publicystka, redaktorka, feministka. Studiowała filologię polską i sztukę pisania na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Członkini Stowarzyszenia Bez Mizoginii, Wyzysku, Przemocy, w którym koordynuje obszar pomocy bezpośredniej. Jedna z osób tworzących internetowy projekt Wiedza Mas.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!