Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Wszystkie powody, dla których Huti odnoszą sukcesy w starciu z gospodarczymi i militarnymi potęgami

Armia saudyjska to papierowy tygrys, wyposażony w drogi, zachodni sprzęt, który świetnie się prezentuje na defiladach, ale fatalnie dowodzony – wyjaśnia wykładowca i koordynator kierunku Global Studies w Instytucie Studiów Międzynarodowych UWr.

Rozmowa
Kontekst

🔴 Sytuacja w Jemenie znowu się zaostrzyła: w walkach między siłami rządowymi a rebeliantami giną cywile, Huti wzmocnili też kontrolę nad ważną wobec blokady Ormuzu cieśniną Bab al-Mandab. Od 2015 konflikt przyniósł dziesiątki tysięcy ofiar cywilnych.

🌍 Prof. Jarosław Jarząbek tłumaczy układ sił w regionie, począwszy od pozycji strategicznej USA po rozpętaniu wojny z Iranem, przez interesy Chin i Rosji po stosunek krajów regionu do ludobójstwa przeprowadzanego przez Izrael w Gazie.

⚠️ Na dłuższą metę sytuacja obecna jest nie do utrzymania – komentuje politolog. Jakie są możliwe scenariusze przyszłości?

Celnie!

1

Jemeński ruch Huti przeprowadził w sierpniu i wrześniu ofensywę, która doprowadziła do zablokowania cieśniny prowadzącej z Morza Czerwonego do Zatoki Adeńskiej i dalej na Morze Arabskie. Mało kto w Polsce kojarzy, gdzie to w ogóle jest, ale tamtędy płynęła m.in. ropa, której od ponad pół roku nie można wywieźć z Zatoki Perskiej przez cieśninę Ormuz, zablokowaną z kolei przez Iran i USA. Ceny paliw i na świecie, i na orlenie już są wysokie, pewnie urosną dalej – jeśli wiele różnych stron w regionie i nie tylko nie zdoła się porozumieć. Spróbujmy rozwikłać, o co w tym konflikcie chodzi i zacznijmy od pytania: kiedy właściwie zaczęła się wojna w Jemenie?

Jarosław Jarząbek: Dawno. Kiedyś Jemeny były dwa: powstały po upadku Imperium Osmańskiego Jemen Północny – tzw. Jemeńska Republika Arabska, wspierana przez Arabię Saudyjską i Stany Zjednoczone – oraz Południowy, dawna kolonia brytyjska, która po wyparciu Brytyjczyków rządzona była przez panarabskich socjalistów, za którymi stały Egipt i Związek Radziecki. Te kraje walczyły ze sobą w latach 70., a zjednoczyły się dopiero w roku 1990. Potem była krótka wojna domowa w roku 1994, kiedy część południowa, ta niegdyś socjalistyczna, próbowała się wyrwać spod władzy rządu w Sanie, ale siły rządowe, zdominowane przez „północnego” prezydenta Alego Abda Allaha Saliha tę rebelię zdusiły.

Czytaj także Czy Turcja będzie „drugim Iranem” i co na to NATO? Patrycja Wieczorkiewicz rozmawia z Karolem Wasilewskim

Ale to są podziały polityczne, względnie geopolityczne. A dzisiaj o stronach – zwłaszcza o Hutich – mówi się raczej w kategoriach religijnych…

Szyici, a konkretnie ich odłam – zaidyci – zamieszkiwali głównie na północy, sunnici bardziej na południu. Ale podziały religijne zrobiły się ważne tak naprawdę po skonsolidowaniu władzy Saliha. Zarządzał państwem w sposób autorytarny, zaniedbywał finansowo północne części kraju, faworyzując te zamieszkane przez sunnitów, klany zaidyckie odciął od dostępu do karier w administracji, a nawet zaczął sprzyjać ekspansji sunnickiego wahabizmu. W tym układzie zaidyci mogli słusznie czuć się dyskryminowani.

I z tego wzięli się Huti?

Konkretnie tzw. ruch Ansar Allah, który zorganizował zaidytów politycznie, a z czasem zaczął działać zbrojnie, organizować partyzantkę i ataki terrorystyczne. A nazwa Huti wzięła się od nazwiska Husajna al-Huthiego, którego wojska rządowe zabiły w czasie szyickiej rebelii z 2004 roku. Przez kolejne lata było tam bardzo niespokojnie, toczyła się wojna partyzancka, aż w końcu na fali arabskiej wiosny w roku 2011 doszło do obalenia Salaha, który rządził krajem od czasu zjednoczenia. Zrobiła to bardzo szeroka koalicja, gdzie szyici i sunnici, ale też liberalni czy lewicowi studenci działali razem, by obalić władzę. Niektórzy pokojowo, a Huti z użyciem siły.

I w tym nowym układzie szyici mogli się pomieścić?

Niespecjalnie, bo nowy rząd jemeński pod przewodnictwem prezydenta Abd al-Rabuq Mansura Hadiego, sunnity, już bardzo mocno związał się z Arabią Saudyjską. I to był faktyczny przełom w ureligijnieniu konfliktu, bo pomoc saudyjska wiązała się z istotnym kosztem: Saudyjczycy chcą Jemen uczynić krajem na swój wzór i podobieństwo, tzn. takim, gdzie islam sunnicki w radykalnym wydaniu wahabickim będzie po prostu dominował.

I jaki był efekt?

Huti dochodzą do wniosku, że oni w takim państwie żyć nie mogą i muszą mieć własne. A po latach brutalnych walk i chaosu rewolucji 2011 roku okazuje się, że mają struktury i polityczne, i militarne, które są zorganizowane lepiej niż te rządowe, a do tego potrafią zawierać naprawdę osobliwe sojusze. W efekcie bardzo szybko opanowują w 2014 roku stolicę kraju Sanę, tereny na północnym pograniczu Jemenu z Arabią Saudyjską oraz wypierają siły rządowe coraz bardziej na południe. I tak naprawdę tworzą własne państwo, ze swoją administracją i siłami zbrojnymi.

Cofnijmy się jeszcze o dekadę: do wojny Hutich z siłami rządowymi w 2015 roku Arabia Saudyjska włączyła się bezpośrednio, w koalicji z innymi państwami Zatoki Perskiej i przy ograniczonym, ale jednak wsparciu Amerykanów. Jak to jest możliwe, że Huti przetrwali starcie z, bądź co bądź, potęgami gospodarczymi wyposażonymi w najnowocześniejszy sprzęt wojskowy?

Powody były dwa. Po pierwsze, Jemen to kraj, w którym mamy wąski pas nadmorskiej równiny, a później są bardzo wysokie góry, a więc idealny teren do obrony. Huti świetnie się do tego zaadaptowali, tworząc oddziały o rozproszonej strukturze. Nie angażowali się w walne bitwy, bo wiedzieli doskonale, że większe zgrupowania będą narażone na ataki lotnictwa i artylerii, kiedy przewaga ogniowa Arabii Saudyjskiej byłaby dla nich katastrofalna. Prowadzili za to walkę partyzancką, podjazdową: zastawiali pułapki w jakichś wąskich, górskich przejściach czy wąwozach i zadawali wojskom saudyjskim ogromne straty. Opanowywali terytorium, ale nie bronili go za wszelką cenę, gdy przeciwnik był za silny, to się wycofywali.

Czytaj także Dwa tygodnie, które trwają od jedenastu lat. Jemen wykrwawia się po cichu Beata Błaszczyk

A ten drugi powód?

Armia saudyjska to papierowy tygrys – coś jak niegdyś wojska szacha Iranu Rezy Pahlaviego, wyposażone w drogi, zachodni sprzęt, który świetnie się prezentuje na defiladach. Broń mają nowoczesną, wyszkolenie pilotów na dobrym poziomie, ale już wojska lądowe są bardzo kiepskie. Dowodzenie w armii saudyjskiej jest fatalne, bo kariery robi się nie na podstawie zdolności merytorycznych dowódców…

Tylko przez rodzinę?

Tak – rodzina, klany, plemiona i znajomości decydują o tym, czy ktoś dochodzi do wysokich stopni oficerskich. Do tego dochodzi niskie morale armii: żołnierze, szczególnie w wojskach lądowych, nie mają żadnej motywacji, żeby narażać swoje życie. Znajomy oficer polski, który był przez wiele lat attaché wojskowym w jednym z państw Zatoki, mówił mi o nich jako cywilach w mundurach. Poszli do wojska, bo to wygodna ścieżka kariery: nieźle się zarabia, siedzi w koszarach, pojedzie czasem na ćwiczenia. Ale jak ich posłano do Jemenu, jeden oddział wpadł w pułapkę i poniósł straty, drugi wpadł w pułapkę i poniósł ciężkie straty, koledzy zaczęli wracać w trumnach, to wybuchła panika. Nie mówiło się o tym głośno, ale dochodziło do odmowy wykonywania rozkazów.

Co więcej, kiedy w 2019 i 2020 roku Huti poczuli się mocni, to weszli nawet na terytorium Arabii Saudyjskiej, do prowincji Dżizan i Nadżran. Zajęli nawet większe miasto, bo saudyjscy żołnierze uciekali i porzucali sprzęt – nie chcieli bronić nawet własnego kraju; dopiero bardziej elitarne jednostki były w stanie wyprzeć ich poza granice.

Mimo wszystko koalicja przeciw Huti była chyba szeroka, to nie tylko Saudyjczycy.

Tak, były jeszcze Zjednoczone Emiraty Arabskie i Katar, przez pewien czas także Egipt, Bahrajn, Sudan i Jordania. Ale stopniowo te kraje się wykruszały, aż w końcu wsparcia rządowi jemeńskiemu udzielały już tylko Rijad i Abu Zabi. Aż wreszcie i ci się pokłócili i zaczęli wspierać osobne władze jemeńskie.

To znaczy?

To jest chyba trzeci, choć pośredni powód sukcesów Hutich. Bo ZEA wsparły tzw. Południową Radę Przejściową, czyli kolejny, powstały w 2017 roku separatystyczny rząd na południu kraju, w rejonie portu w Adenie. Żeby było jeszcze ciekawiej, Emiraty wysyłały tam pieniądze, broń i najemników, którzy walczyli z rządem… prosaudyjskim. Ostatecznie położyli temu kres dopiero Amerykanie, którzy zażądali od obu swych sojuszników, żeby się uspokoili i przestali napuszczać na siebie Jemeńczyków, niemniej to wszystko bardzo osłabiło siły rządowe, a więc sprzyjało Hutim. Rozejm z 2022 roku sprawił, że w Jemenie zaistniały de facto dwa terytoria z dwoma różnymi administracjami państwowymi. 

Gdyby te dwie części, te dwa reżimy w Jemenie zestawić – oficjalny, uznany międzynarodowo rząd i nieoficjalne państwo Hutich, to który jest bardziej cywilizowany, jeśli chodzi o prawa obywateli?

Nie ma dużej różnicy. Strona rządowa nie przyjęła na razie tak bardzo restrykcyjnych, religijnych regulacji, które próbowała im sprzedać Arabia Saudyjska w kwestii praw kobiet czy stosunku do innowierców. Podobnie Huti, jest to reżim bardzo silnie religijny, ale mniej radykalny niż w Iranie. Natomiast przestrzeganie praw człowieka jest na bardzo niskim poziomie po obu stronach, przy czym to mniej wynika z orientacji religijnej, a bardziej z ogólnie autorytarnego charakteru reżimów, to po pierwsze. Po drugie, z warunków wojny domowej: oba reżimy wszędzie szukają szpiegów, sabotażystów czy dywersantów, a każdego obcego podejrzewa się o powiązania z drugą stroną.

Czytaj także Brudne wojny. Po bombardowaniu zostają toksyny i epidemie raka Paweł Jędral

A jeśli ktoś ma wybór, tzn. może się przemieścić z jednej strefy do drugiej – to gdzie będzie lepiej?

Zapewne jemeńscy szyici, czyli zaidyci wolą mieszkać na terenach kontrolowanych przez Huti, a sunnici na terenach kontrolowanych przez rząd, ale to nie jest czynnik decydujący o ruchach ludności. Po udanej letniej ofensywie, na terenach kontrolowanych przez Huti mieszka już około 80 proc. populacji Jemenu, a szyici to zaledwie około 40 procent. Sunnici nie są prześladowani z powodów religijnych, abstrahując od generalnie represyjnego charakteru tej władzy. Przede wszystkim więc ludzie uciekają przed wojną, przesuwającym się frontem, ostrzałem artylerii – tylko w ostatnich tygodniach to były setki tysięcy ludzi.

Ale uciekają w ramach kraju raczej niż poza granice?

Zasadniczo tak, bo też z Jemenu nie bardzo mają dokąd uciekać: do Omanu wiedzie droga przez mękę, tzn. jak nie przez góry, to przez pustynię, a potem ogrodzenie długości kilkuset kilometrów; z kolei Arabia Saudyjska wybudowała naszpikowany elektroniką mur na kluczowych odcinkach i generalnie uchodźców z Jemenu nie wpuszcza. Zostaje jeszcze tylko droga przez Morze Czerwone do Dżibuti.

W czasie zimnej wojny strony walczące w takich krajach miały patronów; tutaj też za siłami rządowymi stała Arabia Saudyjska. Czy jej odpowiednikiem po stronie Hutich był Iran? 

Rzeczywiście, jemeńscy Huti otrzymują pomoc od Iranu, który w konflikcie skądinąd wewnętrznym dostrzega swoją szansę we własnym sporze z Saudyjczykami. To jest sytuacja win-win, bo Huti szukają kogoś, kto będzie im przesyłał broń, szkolił i pomagał im finansowo, zaś Iran dostrzega, że to przecież siła, którą mogą wykorzystać do destabilizowania Arabii Saudyjskiej.  

Czyli mamy regionalne mocarstwo i jego… agentów? Ruch, który bruździ konkurencyjnemu mocarstwu?

Jednak nie – Huti to nie jest jakaś szyicka milicja w Iraku, ani nawet Hezbollah w Libanie, które są w dużej mierze pod kontrolą Teheranu. To są raczej partnerzy, którzy mają własne cele: pokonanie sił rządowych, odparcie ataków Arabii Saudyjskiej, utworzenie pełnoprawnego szyickiego państwa w Jemenie. Jeśli ich cele są zbieżne z irańskimi, to chętnie współpracują, ale nie są gotowi na rozkaz.

Czyli gdyby Iran na przykład uznał, że trzeba jakoś załagodzić konflikt z Arabią Saudyjską, to jeszcze nie znaczy, że Huti przestaną atakować Saudyjczykom tankowce i ropociąg do Morza Czerwonego, ani że odblokują cieśninę Bab al-Mandab?

Jeżeli uznają, że to nie leży aktualnie w ich interesie, mogą nie przerwać walki. To działa zresztą i w drugą stronę – kiedy 28 lutego Izrael i Stany Zjednoczone zaatakowały Iran, to Irańczycy oczekiwał od Hutich, że się włączą w tę wojnę i pomogą osłabić presję na Iran, np. zaczną atakować jakieś bazy amerykańskie czy bombardować terytorium Arabii Saudyjskiej. Tymczasem oni długo zachowali neutralność, odpalili parę symbolicznych rakiet w kierunku Izraela, a na serio włączyli się do walki dopiero latem: w kilka tygodni zajęli całe zachodnie wybrzeże Jemenu nad Morzem Czerwonym, wyspy w cieśninie Bab al-Mandab i jej bezpośrednie okolice.

Czyli po myśli Iranu, bo dotąd Saudyjczycy omijali jego blokadę cieśniny Ormuz, wysyłając w świat ropę z drugiej strony Półwyspu Arabskiego.

Oczywiście Irańczycy się z tego cieszą, ale nie dlatego Huti to zrobili. Swą ofensywę rozpoczęli dlatego, że rząd jemeński jest osłabiony, a równocześnie Arabia Saudyjska zmaga się z problemem transportu swych surowców na eksport, uwikłana trochę nie ze swej winy w konflikt z Iranem. A do tego wszystkiego Huti zostali w pewien sposób sprowokowani…

Przez kogo?

Książę Muhammad bin Salman, czyli przywódca Arabii Saudyjskiej, z jakiegoś powodu wydał rozkaz zbombardowania lotniska w Sanie – to wszystko złożyło się na uruchomienie ofensywy i doprowadzenie do blokady ruchu arabskich statków na południu Morza Czerwonego. Co ciekawe, nawet atakując saudyjską infrastrukturę, Huti wysyłali do Amerykanów sygnał, że nie będą atakować Stanów Zjednoczonych, tzn. amerykańskich aktywów w regionie: baz, okrętów wojennych, statków handlowych, niczego. Interesuje ich Arabia Saudyjska i Jemen. A dopóki USA nie włączą się do wojny przeciwko nim, nie będą konfliktu eskalować. I faktycznie, na razie tak się dzieje – książę bin Salman prosił Waszyngton o pomoc i jej nie dostał.

Czytaj także Wojna w Iranie a szok paliwowy 3.0. Rozwiązanie? Odejście od ropy Piotr Wójcik

A właściwie dlaczego? Przecież Saudyjczycy, tak jak i inne państwa Zatoki, ponoszą koszty wojny Izraela i USA z Iranem – zamknięcie Ormuzu, ale też np. ataków rakietowych na miasta czy infrastrukturę energetyczną. A zarazem inwestują w USA kwoty, które są tak wielkie, że aż brzmią abstrakcyjnie – jakieś setki miliardów dolarów, do tego kupują broń za wiele dziesiątków miliardów…

To jeden z objawów osłabienia wpływu Stanów Zjednoczonych na region Zatoki Perskiej. Doraźnie najważniejszy powód jest oczywiście taki, że Amerykanie uwikłali się w wojnę z Iranem, której na razie nie potrafią ani wygrać, ani się z niej wycofać z twarzą. Sytuacja strategiczna USA w regionie jest więc dużo gorsza niż w momencie, kiedy wojnę zaczynali. Wystawili sojuszników, czyli Arabię, Kuwejt, Katar, Bahrajn i Emiraty na blokady transportu morskiego, ataki na miasta i infrastrukturę – a to wszystko po tym, jak Arabia Saudyjska zdołała, przy pomocy Chin, wynegocjować z Iranem porozumienie z 2023 roku.

I czego ono dotyczyło? Na co te państwa się dogadały?  

Iran i Arabia Saudyjska postrzegają siebie jako konkurencyjne mocarstwa regionalne, a więc mające prawo decydować o tym, co się dzieje w innych państwach. Elementem porozumienia było niewchodzenie sobie w drogę: Arabia Saudyjska nie będzie w innych krajach atakować szyitów, których Iran uważa za swoich i stara się chronić; Iran z kolei nie będzie podsycał szyickich rebelii czy zbrojnych wystąpień, na przykład w Bahrajnie czy w samej Arabii Saudyjskiej. Poza tym oba kraje będą starały się wypracować modus vivendi u sąsiadów, na przykład w Iraku, ale także w Jemenie, gdzie od roku panował już względny spokój: nie będą nastawiały przeciwko sobie lokalnych ugrupowań. Jeśli chodzi o rynek ropy, nie będą sobie utrudniały jego eksportu – a zatem cieśnina Ormuz powinna być otwarta… To wszystko było respektowane.

A teraz cieśnina jest de facto zamknięta przez Iran i USA na dokładkę; druga cieśnina przez Hutich, elementy saudyjskiego ropociągu wylatują w powietrze. Eksport ropy przez Egipt i dookoła Afryki to kosztowna mordęga. I to wszystko przez atak Izraela i USA na Iran? Przez niego wysypało się saudyjsko-irańskie porozumienie?

Tak, to właśnie 28 lutego, zdaniem Iranu, porozumienie zostało jednostronnie zerwane przez Arabię Saudyjską, gdyż ta zaczęła udostępniać Amerykanom swoje bazy, m.in. na północ od Rijadu, do ataków na Iran. To samo Irańczycy mówią o Emiratach, Kuwejcie czy Katarze – wezwali nawet oficjalnie kraje Zatoki, by nie udostępniali terytorium do amerykańskich ataków na nich, bo to uczyni z nich stronę konfliktu, nawet na gruncie prawa międzynarodowego.

Skoro Saudyjczycy nie mogą liczyć na Amerykanów, próbują budować sojusz regionalny, m.in. z Pakistanem i Turcją. Ale jaki te kraje mają w tym interes?

Faktycznie, niedawno podpisano pakt w Mekce między Arabią Saudyjską, Turcją i Pakistanem, który rozszerza zeszłoroczną, dwustronną umowę o wzajemnej obronie między Rijadem a Islamabadem. Dla Pakistanu to głównie kwestia ekonomiczna, bo oni liczą na saudyjskie inwestycje i wsparcie finansowe, ale też polityczna, bo widzą możliwość poszerzania wpływów w regionie i szukania koalicjantów w kontekście rywalizacji z Indiami. Podobnie poszerzać wpływy w regionie Bliskiego Wschodu chce Turcja, więc zacieśnienie współpracy z tymi potęgami ma sens. Teraz tylko istotne są dwa pytania: czy to zadziała – czy strony będą się wspierały w razie agresji, na zasadzie podobnej do artykułu 5. NATO o pomocy wzajemnej – i przeciw komu ten pakt jest tak naprawdę wymierzony.

Przeciwko Iranowi?

Niekoniecznie. Iran, owszem, jest teraz zagrożeniem dla Arabii Saudyjskiej, ale już z Turcją i z Pakistanem ma w miarę dobre relacje. Ten pakt jest prawdopodobnie wymierzony w Izrael.

Czy chodzi o to, co Izrael zrobił w Gazie? Czy dla liderów tych państw ma to znaczenie? 

Tak najogólniej to powiedziałbym, że nie ma, ewentualnie pośrednio. W większości państw muzułmańskich, zwłaszcza arabskich, mamy bowiem ogromny dysonans między tym, jak widzą kwestię palestyńską społeczeństwa, a jak rządy. Badania Pew Research, Gallupa czy Arab Center z Kataru pokazują, że w większości państw arabskich 80, 90, a nieraz i ponad 95 proc. społeczeństwa jest zdecydowanie propalestyńskie i antyizraelskie. To się w żaden sposób nie przekłada jednak na działania rządów, które generalnie zajmują pozycję neutralną.

Kiedy wybuchł konflikt w Gazie, a zwłaszcza kiedy pojawiły się pierwsze naprawdę poważne oskarżenia o ludobójstwo pod adresem Izraela, czyli pod koniec roku 2023, miał miejsce taki połączony szczyt Ligi Państw Arabskich i Organizacji Konferencji Islamskiej. Doszło tam do bardzo ostrego sporu: jeden obóz – Jordania, Egipt, Algieria, Tunezja czy Turcja – mówił, że trzeba np. zerwać stosunki handlowe z Izraelem, jeśli w ogóle nie wprowadzić blokady. Proponowali konkretne rzeczy, żeby jakoś te działania Izraela powstrzymać. Ale pojawił się i drugi obóz. Maroko, Arabia Saudyjska, Emiraty Arabskie i pozostałe państwa Zatoki Perskiej nie zgodzili się na żadne sankcje, które faktycznie zaszkodziłyby Izraelowi. Skończyło się na oświadczeniu, że potępiają…

Czytaj także Wybory do Knesetu. Czym jest izraelska lewica? Ida Zając

Skoro nie śmierć dziesiątków tysięcy Palestyńczyków, to co właściwie im w polityce Izraela przeszkadza?

Izrael jest postrzegany jako państwo, które jest źródłem niepokojów w regionie, które swoimi działaniami destabilizuje różne kraje w okolicy – a to Liban, a to Syrię, a np. Turcja musi się potem mierzyć z problemem uchodźców na granicy. Z kolei wojna z Hamasem przyniosła też wydarzenie, które u nas przeszło bez echa, ale w regionie było dużym wstrząsem: próbując zabić zespół negocjacyjny Hamasu, we wrześniu 2025 roku Izrael wystrzelił rakiety na willę w stolicy Kataru, Dosze, gdzie zginęło kilka osób.

Ktoś może powie, że jedna zniszczona willa i kilku członków Hamasu to nie jest powód do afery…

Ale pamiętajmy, że Izrael jest jedynym państwem na Bliskim Wschodzie, które ma broń nuklearną. I liderzy tych państw doskonale to wiedzą. Skoro izraelska rakieta spada sobie na Dohę, to izraelska rakieta może też spaść na Rijad czy na Mekkę. I ta izraelska rakieta może potencjalnie przenosić głowicę nuklearną…

Ja w tej chwili nie przedstawię realistycznego scenariusza, w którym to się by mogło wydarzyć. Ale z perspektywy krajów Zatoki to jest potencjalnie możliwe, bo np. Izrael będzie ich szantażować, jeżeli poczuje się z jakiegoś powodu zagrożony. Albo będzie miał inny, bardzo ważny interes, żeby to zrobić.

Amerykanie mówili po tym ataku na cel w Katarze o „niefortunnym incydencie”.

A dla państw regionu to był kolejny sygnał, że Stany Zjednoczone nie są wiarygodnym sojusznikiem, bo choć płacą im miliardy w zakupach uzbrojenia czy preferencjach inwestycyjnych, to ci i tak zawsze uznają Izrael za swój priorytet. Zawsze poświęcą nas, by zrealizować interesy ważniejszego sojusznika.

Ale czy zawsze nie było tak, że sojusznicy dzielą się na ważnych, ważniejszych, nieważnych…

Tak, ale potem doszła do tego wojna z Iranem. Pojawiło się pytanie: co my – Saudyjczycy, Emiratczycy, Kuwejtczycy, Omańczycy – mamy z tego sojuszu? Same problemy. Dużo kosztuje, nasze społeczeństwa go nie znoszą. Ale dotąd przynajmniej wydawało się, że w razie naprawdę dużego konfliktu, zagrożenia egzystencjalnego typu Iran najeżdża na Arabię Saudyjską lub choćby Bahrajn – Amerykanie pomogą. Zainterweniują i obronią.

A teraz uznają, że chyba jednak nie?

To nie jest wypowiadane wprost, ale jestem przekonany, że ta świadomość dotarła już do księcia Muhammada bin Salmana, prezydenta ZEA, emira Kataru czy króla Bahrajnu.

Jak ten spadek wpływów USA w regionie ma się do pozycji Rosji i Chin? Wspominał pan, że porozumienie z 2023 roku między Rijadem i Teheranem ułatwiły mediacje chińskie.

Rosja ma podpisane z Iranem porozumienia o strategicznej współpracy, natomiast – jak to dzisiejsza Rosja – generalnie niespecjalnie wywiązuje się z tych porozumień, czym Irańczycy są bardzo zawiedzeni, choć robią dobrą minę do złej gry. Moskwa nie wysłała im nawet, o co Teheran wyraźnie prosił po 28 lutego, systemów obrony powietrznej. Rosja gra też na wiele frontów, utrzymując dobre relacje i z Emiratami, i z Arabią Saudyjską, czasem sprzedaje im sprzęt wojskowy – ale też powiedzmy jasno, że z racji wojny w Ukrainie i kiepskiej sytuacji gospodarczej, a także po upadku reżimu Asada, rosyjskie narzędzia wpływu regionie nie są zbyt duże.  

Czytaj także Siedzimy w górach, ze spokojem obserwując rakiety spadające na Bejrut Michalina Maria

A co z Chińczykami?

Są bardzo aktywni w rejonie Zatoki, starają się współpracować z każdym, czyli i z Iranem, i z Arabią Saudyjską, i z Emiratami, i z mniejszymi państwami – dlatego byli w ogóle w stanie jakoś się włączyć w mediacje. Oczywiście, oni tam przede wszystkim stawiają na gospodarkę, więc dla nich jest najważniejsze, żeby w niezakłócony sposób surowce płynęły do nich, a towary chińskie w drugą stronę. Dlatego też wojna i blokada cieśnin to dla Chin był zaskakujący i poważny cios – 80 procent gazu i ropy z regionu Zatoki trafia przecież do Azji. O ile nas dotyka wzrost cen paliw, o tyle Chińczycy musieli je na pewnym etapie konfliktu racjonować; braki gazu mogli nadrobić importem z Rosji, ale z ropą było dużo trudniej. To chyba zresztą jedyny sukces Amerykanów w tej wojnie – że Chińczycy ucierpieli na niej bardziej niż USA i Europa.

Z pana rekonstrukcji wydarzeń wynika, że choć i konflikt w Jemenie, i spory arabskich państw Zatoki z Iranem mają swoje lokalne przyczyny, to dziś głównym źródłem napięć jest wojna Izraela i USA z Iranem. Czy widzi pan jakąś wiarygodną perspektywę dla znośnego modus vivendi w regionie, a – patrząc minimalistycznie – dla odblokowania ruchu przez cieśniny?

Na dłuższą metę sytuacja obecna jest nie do utrzymania. W Iranie społeczeństwo jest dziś zastraszone, nie ma więc potencjału dla buntu, ale żaden rząd irański ani Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej nie będzie w stanie długo funkcjonować bez odblokowania możliwości handlu gazem i ropą naftową. Eksport tych dwóch surowców przed wojną to było około 40 proc. irańskiego PKB i ponad 90 proc. dochodów budżetowych. Nie da się bez tego trzymać ludzi pod butem w nieskończoność. Iran może jednak wytrzymać pół roku, rok, może więcej – a nie jestem pewny, czy Arabia Saudyjska, Katar, Emiraty, a zwłaszcza Stany Zjednoczone mają aż tyle czasu. U nich przecież dochodzi jeszcze logika wyborcza.

To kto kogo weźmie na przeczekanie?

Moim zdaniem Amerykanie załamią się pierwsi. Dojdzie do porozumienia, w którym Amerykanie pójdą na większe ustępstwa, oczywiście próbując ukazać to jako zwycięstwo. Ale cieśnina zostanie w końcu odblokowana, tyle że na warunkach bliższych do irańskich.

**

Jarosław Jarząbek – politolog, profesor Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Wrocławskiego, wykładowca i koordynator kierunku Global Studies w Instytucie Studiów Międzynarodowych UWr, autor książek Palestyńczycy na drodze do niepodległości: rozwój, przemiany i kryzys ruchu narodowego (2012) oraz Militaryzacja subregionu Zatoki Perskiej w perspektywie teorii regionalnych kompleksów bezpieczeństwa (2019).

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x