Nastroje społeczne i decyzje polityczne podejmowane w Polsce w 1938 roku nie są najlepiej i najpowszechniej znaną częścią historii II RP – co dosyć zaskakujące, zważywszy, że to właśnie polscy autorzy napisali w ostatnich latach wybitne książki na temat tego konkretnego okresu z perspektywy Czechosłowacji oraz Paryża. Mowa oczywiście o profesorach publikujących także w Wydawnictwie Krytyki Politycznej – Piotrze M. Majewskim i jego „studium kryzysu” Kiedy wybuchnie wojna oraz Piotrze Szarocie, który książką o Paryżu zwieńczył swoją trylogię o kluczowych momentach XX wieku, poprzedzając ją analogicznymi opowieściami o Wiedniu w 1913 roku i Londynie w 1967. W obu pracach znajdziemy też polskich artystów czy polityków, ale zebranie osobnej monografii z perspektywy naszego kraju byłoby niezwykle pouczające – tu i teraz.
Rozproszone po różnych publikacjach fragmenty tworzą bowiem obraz państwa na wskroś wystraszonego, głęboko mylącego się w niemal każdym obszarze polityki wewnętrznej i europejskiej, a zarazem buńczucznego, pozerskiego i gotowego do najgłupszych szarż, z zajęciem Zaolzia po monachijskim rozbiorze Czechosłowacji na czele. Nie chcę przez to powiedzieć, że nasze ówczesne elity były wyjątkowo głupie na tle Europy – Brytyjczycy i Francuzi mogliby z nami śmiało stanąć do Pepsi Challenge w kategoriach krótkowzroczności i tchórzostwa, a cały kontynent ogarnęła apatia i poczucie schyłku – ale życzliwie spoglądając na historię Polski, trzeba przyznać, że mieliśmy swój styl, nawet jeśli sporo kopiowaliśmy zza granicy.
Otoczenie ministra Józefa Becka, który z nienawiści do Czechów przegapił zagrożenie niepozornym Hitlerem, dobrze opisał Majewski. Parę groszy do obrazu Polski 1938 dodał też choćby Grzegorz Piątek jako autor biografii Stefana Starzyńskiego. Zapytany przez Michała Sutowskiego o kampanię telefoniczną Obozu Zjednoczenia Narodowego, w której zachęcano do głosowania na nich, bo w przeciwnym razie władzę przejmie żydostwo, Piątek zwrócił uwagę, że choć Starzyński nie należał do zwolenników fizycznej eliminacji Żydów, był „typowym produktem swojego obozu politycznego, który im bliżej wojny, tym bardziej desperacko szukał poparcia wśród prawicowych wyborców”.
Jak pokazała rocznica wkroczenia wojsk radzieckich w 1939 roku do Polski, wojenna histeria naszych władz oraz decyzje polityczne litościwie nam panujących – przez 88 lat od tamtych wydarzeń nie wymyśliliśmy nic specjalnie nowego.
Jak trwoga, to do bozi
Gdy niemal cały rząd, na czele z ministrem nauki Marcinem Kulaskiem i ministrą pracy Agnieszką Dziemianowicz-Bąk, głosuje za ustanowieniem przyszłego roku Rokiem Objawień Matki Bożej Gietrzwałdzkiej, wiedz, że maryjny duch krąży nad Polską. Nie była to zresztą inicjatywa „lewicowych” twarzy rządu – gwoli sprawiedliwości, Krzysztof Gawkowski, Katarzyna Kotula czy Włodzimierz Czarzasty głosowali przeciw. Projekt pilotowała Urszula Pasławska z PSL, a wśród wnioskodawców dominują politycy i polityczki związane właśnie z ludowcami oraz z PiS, próbujący rozpaczliwie wydrzeć kilka głosów szczególnie gorliwych katolików polskich miast i wsi w perspektywie przyszłorocznych wyborów. Naiwna to strategia, gdyż od wielu lat Matka Boska Gietrzwałdzka jest maskotką Konfederacji, i trzeba być naiwnym jak Kosiniak-Kamysz, by wierzyć, że na tym boisku uda mu się cokolwiek ugrać w konkurencji z Braunem, Fritzem, Bosakiem, Mentzenem czy Godek.
To bowiem te tuzy narodowo-katolickiej ekstremy podpisały w 2018 roku „Akt Konfederacji Gietrzwałdzkiej”, w którym wyrazili „szczerą wolę poddania naszego życia prywatnego i publicznego panowaniu Chrystusa Króla Polski oraz opiece Jego Najświętszej Matki, Królowej Korony Polskiej”. Sygnatariusze kuriozalnego aktu dodają przy tym, że „Ich władzę nad sobą pojmują całkowicie realnie, bynajmniej nie tylko symbolicznie”. I faktycznie, kolejne lata przyniosły liczne dowody na to, że dokument z mroków średniowiecza stał się kluczowym elementem strategii politycznej konfederatów różnej maści, począwszy od tournée, jakie z filmem Gietrzwałd 1877: nieznane konteksty geopolityczne urządził sobie po salkach katechetycznych w całym kraju jego autor, Grzegorz Braun.
W ciągu ośmiu lat brauniści całkowicie zawłaszczyli gietrzwałdzki dyskurs, na czele z głośnymi protestami przeciwko budowie centrum dystrybucyjnego sieci Lidl, zakończonymi w ubiegłym roku niemiecką kapitulacją i wycofaniem się z planowanej inwestycji. Nic zresztą dziwnego – tam, gdzie politycy Koalicji Obywatelskiej, PSL i Marcin Kulasek nie mają do zaoferowania wiele więcej niż odpustową uległość, Braun i spółka zbudowali całą mitologię – od walki z bismarckowskim Kulturkampfem po powstrzymanie konfliktu rosyjsko-tureckiego (tego, na którym dorobił się Wokulski) przed rozlaniem się na resztę Europy, w tym również rozebraną Rzeczpospolitą. Wystarczy zerknąć, by zrozumieć, z jakim poziomem mistycznego odklejenia mamy tu do czynienia.
Bardzo chciałbym poznać prawdziwe polityczne kalkulacje stojące za tym, że 377 reprezentantów „nieprawicy” otworzyło autostradę dla Konfederacji Gietrzwałdzkiej do przyszłorocznego wprowadzenia swoich psychodelicznych wizji na sejmowe i instytucjonalne salony. Dlaczego minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz oraz premier Tusk uznali, że to znakomity pomysł, żeby biblioteki, ministerstwa, samorządy, granty i IPN-y w roku wyborów parlamentarnych potraktowały priorytetowo fikcyjną, bajkową postać, która od dekady jest ściśle związana z politycznymi stronnictwami prawicowej ekstremy, których dojściu do władzy starają się (według deklaracji) zapobiec?
Nie sposób traktować tej decyzji inaczej niż jako dowodu krótkowzroczności władzy coraz rozpaczliwiej próbującej podlizać się prawicowemu elektoratowi. Ale są też analogie z 1938 rokiem, wszak był to czas „w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia”. Począwszy od styczniowej zorzy nad Europą, uznaną za „znak fatimski” i zapowiedź wojny, przez objawienie Matki Boskiej w Chustkach, kiedy lokalni parobczacy chcieli zaciągnąć dziewczyny na tańce, a po odmowie obrzucili je kamieniami, z których jeden trafił świętą figurkę w oko, aż po kwietniową kanonizację św. Rocky’ego Boboli, który… również został decyzją Sejmu wybrany patronem 2027 roku, i to w nawet jeszcze bardziej imponującym stylu – 401 posłów głosowało za. SAFE SAFE’em, ale od 1938 roku nie zmieniło się przekonanie, że najlepszą obronę granic zapewnią ci sami idole ciemnogrodu co w II Rzeczypospolitej, gdzie co piąty obywatel był analfabetą.
Ministerstwo głupich kroków
Świętokradcze dowcipasy zostawmy jednak powołanym do tego naukowcom i instytucjom – drowi Bartoszowi Scheuerowi z Katolickiego Instytutu Technologicznego, Narodowemu Frontowi Krzewienia Cnót i Zapobiegania Złu czy Latającemu Cyrkowi Monty Pythona. Bo żarty żartami, ale jeden ze sprawców całego gietrzwałdzkiego zamieszania i człowiek wyznaczony na frontmena Obrony Narodowej, Władysław Kosiniak-Kamysz, w kwestii swojej politycznej przyszłości może spodziewać się pomocy już chyba tylko ze strony sił nadprzyrodzonych. Od czasu fetowanego przez całą Polskę rozpadu Trzeciej Drogi PSL nigdy nie przekroczyło pięciu proc. miesięcznej średniej sondażowej, wygodnie rozsiadając się razem z Razem w okolicach progu subwencyjnego.
Nie ma niestety na horyzoncie nowej nadziei w postaci kolejnego projektu Szymona Hołowni – dwa odpryski dawnych towarzyszy PSL, Polska 2050 i Unia Centrum, nawet na te trzy procent patrzą z zazdrością, a pomysł walki o nawiedzonych z PiS i Braunem wydaje się skazany na porażkę. W takim właśnie kontekście rozdygotanemu przewodniczącemu ludowców przyszło walczyć z atmosferą militarnego wzmożenia, towarzyszącą tajemniczemu raportowi CIA na temat rosyjskich planów, rocznicy wkroczenia ZSRR do Polski we wrześniu 1939 roku oraz alarmami powietrznymi i ewakuacjami w województwach lubelskim i podkarpackim.
Z tej okazji minister nie zdecydował się na tonowanie nastrojów, nazywając sytuację „najniebezpieczniejszą”. Przypomnę przy okazji fragment innej rozmowy Michała Sutowskiego, z Edytą Żemłą, która w 2024 roku, po wydaniu książki Armia w ruinie, mówiła „ekipa Kosiniaka-Kamysza weszła do MON-u bez planu, bo i on sam został tam wysłany w efekcie wynegocjowanej umowy koalicyjnej. Zanim się zorientował, gdzie ta balia przecieka, to już mu się naprawdę sporo nalało i stoi po pas w wodzie”. I choć dziennikarka Onetu dodała, że minister zaczął machać wiadrem, to zapowiedź budowy schronów i organizację szkoleń z obrony cywilnej na rok przed prawdopodobnym pożegnaniem się z urzędem trudno traktować jako dobrze nastrajającą. Chaotyczne ewakuacje towarzyszące ubiegłotygodniowym alarmom i brak dobrej komunikacji niezbyt dobrze się uzupełniają ze straszeniem, którego niby ministrowie chcą uniknąć, ale którego ustami swoich polityków i generałów nie szczędzą mediom i społeczeństwu.
Co więcej, w ostatniej chwili odwołano spotkanie Kosiniaka-Kamysza z Petem Hegsethem, sekretarzem wojny w administracji Donalda Trumpa. Osobiście nie przykładałbym aż takiej wagi do spotkania z wytatuowanym fanatykiem krucjat, który raczej pakuje się w głupie i szkodliwe dla całego świata wojny niż je wygrywa, na dodatek wchodzącego w skład ekipy prezydenta powszechnie uznawanego za niepoczytalnego degenerata kumplującego się z Putinem – ale dla niektórych to chyba istotne. Na przykład dla zajmującego się polityką międzynarodową w kancelarii prezydenta Marcina Przydacza, który skomentował informację słowami „to niedobrze”. Według różnych zakulisowych doniesień na odwołanie wizyty wpłynęły między innymi sielankowe relacje amerykańsko-rosyjskie, na pewno jednak na podwórku krajowym zostały wykorzystane przez opozycję i kancelarię prezydenta, której zależy na pokazaniu, że tylko prezydent Nawrocki ma otwarte drzwi w Waszyngtonie.
Wszystko to oznacza, że uchodzący za jednego z nielicznych przedstawicieli strony rządowej utrzymujących jako takie kontakty z endekami z Pałacu Prezydenckiego Kosiniak-Kamysz nie może liczyć na to, że ci w newralgicznym momencie nie wepchną go pod rozpędzony pociąg. I również dlatego trudno dziwić się nieco groteskowym wypowiedziom szefa MON już po ogłoszeniu stanu najniebezpieczeństwa, takich jak choćby ta wiążąca z bezpieczeństwem Polski postulat… zniesienia dwukadencyjności w samorządach. Osobiście mam wątpliwości, czy dożywotni wójtowie i starostowie, z których słynie PSL, to akurat najlepszy sposób na zapewnienie nam najlepszej obrony cywilnej – niektórzy rządzili dobre 30 lat i nie sądzę, by mogli się wykazać powalającym i odbiegającym od reszty doświadczeniem w tym zakresie.
Zaraz potem minister nazwał „skrajną nieodpowiedzialnością” podsycanie nastrojów antyukraińskich, choć nie trzeba sięgać 100 lat wstecz, by pamiętać, że to sam Kosiniak-Kamysz był pionierem szczucia na Ukraińców w wieku poborowym – o „frustracji Polaków” wynikającej z obecności młodych mężczyzn z Ukrainy w „galeriach i hotelach” opowiadał w mediach krajowych i zagranicznych na długo przed tym, jak antyukraińską kartę zaczęła rozgrywać KO i zanim cała Polska poznała przodującego w tym dziś przesympatycznego kandydata obywatelskiego Karola Nawrockiego.
Wisienką na torcie prawicowo-populistycznego rozkroku PSL było zaś przegłosowanie przez Sejm ustawy o wychowaniu patriotycznym, czyli lekcji szykujących do roli mięsa armatniego – tak jakby osiem lat rządów PiS przyniosło zbyt mało patriotycznego prania mózgów dzieciom. To zadziwiające, że rodzice gotowi są wściec się z powodu pojawienia się warzyw strączkowych w szkolnym menu, ale nie przeszkadza im to, jak toksyczną papką katolicko-narodowo-wyzwoleńczą karmione są ich dzieci od dekady.
Generałowie na froncie dyskursu i inne flashbacki
Podobnie jak w autorytarnej II RP po wprowadzeniu konstytucji kwietniowej w 1935 roku, tak i dziś, w realiach mimo wszelkich podobieństw całkowicie jednak odmiennych (i nie chodzi tylko o wspomniany analfabetyzm), rośnie znaczenie wojska. W czasach generała Edwarda Rydza ludzie patrzyli na modernizującą się z opóźnieniem armię jak na ostatnią nadzieję na utrzymanie zarządzanego poprzez chaos i nierozwiązującego kluczowych problemów systemowych państwa. Wiwatowali na cześć Wieniawy-Długoszowskiego wjeżdżającego na koniu do Adrii i wbrew wszelkim znakom na niebie i ziemi wierzyli, że – jak w 1920 roku – damy radę odeprzeć Niemca i Ruskiego ze wsparciem niebiańskich orszaków. Dziś po mediach od prawa do lewa generałowie i niżej umocowani wojacy, również ci emerytowani albo niemający wiele wspólnego z wojskiem, wygłaszają okrągłe i niejasne formułki zaczynające się od „nie chcą straszyć, ale…” – w oczywisty sposób eskalując lęki i nie przynosząc żadnych korzyści społecznej odporności.
Nie wiem jak wy, ale ja ponad tydzień od ewakuacji na Lubelszczyźnie i Rzeszowszczyźnie nie jestem nawet o krok bliżej odpowiedzi na pytanie, gdzie szukać schronu, do którego powinienem się udać w razie takiego alarmu. Prędzej dowiem się, że drugi raz w ciągu miesiąca wyciekły dane medyczne połowy kraju i że zostaną wyciągnięte konsekwencje, albo że nasz największy sojusznik i patron o mało nie zaatakował chińskiego statku za sprawą fałszywego raportu wygenerowanego przez sztuczną inteligencję, co mogło doprowadzić nas na skraj III wojny światowej.
Co do mitycznego raportu CIA można mieć przypuszczenia, że tkwiąca w Donbasie Rosja nie zaatakuje od razu konwencjonalnie żadnego kraju NATO, ale możemy spodziewać się terrorystycznych prowokacji – podpaleń infrastruktury, naruszeń przestrzeni powietrznej, zamachów pod fałszywą flagą i ataków nożowników kupionych przez FSB na Telegramie. Ich celem ma być zniechęcanie Europy do dalszego wspierania walczącej za nas Ukrainy, ale dla Putina byłoby idealnie, gdyby przy okazji władzę w Polsce, Francji czy Niemczech przejęły ugrupowania nie do końca rusofobiczne – jak Korona Brauna, która roztoczyła właśnie parasol nad stowarzyszeniem Suwerenistów Mateusza Piskorskiego, czyli – by zacytować Annę Mierzyńską z Oko.Press – naszą własną „partią Rosja”.
Tymczasem rząd Donalda Tuska wystawił właśnie braunistom gietrzwałdzką piłkę do pustej bramki, a sam Braun nieniepokojony przez władzę przebiera nogami na myśl o wprowadzaniu promoskiewskich porządków nad Wisłą. Jego kandydat na prezydenta Krakowa otwartym tekstem informuje, że „to Ukraina wywołała wojnę, bo prowokowała Rosję, coraz bardziej zbliżając się do niej i wymordowując Ukraińców pochodzenia rosyjskiego” oraz że ze strony Putina jest to po prostu wojna „prewencyjna” i „sprawiedliwa”.
Nie pozostaje nic innego, jak zafundować rządowej grupie rekonstrukcyjnej 1938 roku oklaski na stojąco – może i celebrowanie gietrzwałdzkich halucynacji z niedożywienia jest nam do niczego niepotrzebne i symbolicznie przemocowe, za to jest też całkowicie nieskuteczne w prowadzeniu polityki wewnętrznej. Pozostaje wierzyć w opatrzność i zanosić modły do świętych figur. Zawsze się handluje trochę z Rosjanami. Patriarcha Cyryl z nimi – Matka Boska z nami.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!