Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

„Bardzo gęsty czas”. Od KOR-u zaczęło się społeczeństwo obywatelskie

50 lat temu powstał Komitet Obrony Robotników. W rozmowach z osobami, które go współtworzyły, powraca wspomnienie tej chwili jako czasu, kiedy „w końcu można było żyć bez kłamstwa”.

Niebieska tablica z nazwą ul. Komitetu Obrony Robotników, w tle widziany od tyłu tłum idący w proteście
Walka

50 lat temu, we wrześniu 1976 roku, powstał w Warszawie Komitet Obrony Robotników. Był wyrazem sprzeciwu wobec represji zastosowanych przez władze PRL przeciwko robotnikom protestującym w Radomiu i Ursusie. KOR domagał się przywrócenia do pracy wszystkich zwolnionych oraz amnestii dla skazanych i uwięzionych za udział w strajkach.

Była to pierwsza nieformalna organizacja, której członkowie przyjęli zasadę, że będą działać jawnie, pod nazwiskiem. Utajnione były tylko poligrafia i kolportaż. KOR miał pomagać osobom represjonowanym oraz ich rodzinom – finansowo, organizacyjnie, ale też prawnie – organizując dla nich pomoc prawną w trakcie procesów przed sądami.

W Komitecie działali m.in. Antoni Macierewicz, Piotr Naimski, Jerzy Andrzejewski, Jacek Kuroń, Jan Józef Lipski, Adam Michnik, Henryk Wujec i wiele innych osób. Rozmawiamy z uczestnikami tamtych wydarzeń.

Czytaj także Sutowski: Lekcje KOR Michał Sutowski

Wojciech Onyszkiewicz: zacząłem działać, bo nikogo innego nie było

Wojciech Onyszkiewicz jest historykiem, jednym z pierwszych założycieli Komitetu Obrony Robotników obok m.in. Antoniego Macierewicza.

– Był koniec czerwca 1976 roku. Władza popełniła błąd z podwyżkami cen, z których musiała się wycofać, bo wybuchły strajki, głównie w Ursusie i Radomiu. Kolejny błąd to brutalne represje wobec strajkujących. Represje, które też muszą się kiedyś skończyć. Powstała ogromna szansa na sukces dla opozycji, gdyby zaczęła pomagać prześladowanym robotnikom. Antek opowiedział mi o represjach wobec robotników w Ursusie i o pozostawieniu ich rodzin samym sobie. Mówił też dużo o konieczności udzielenia im pomocy, przy wsparciu harcerzy z „Czarnej Jedynki” związanej z warszawskim liceum Reytana. A że ja byłem niedawno komendantem tej drużyny i wrosłem w to środowisko, to mogłem zacząć działać – opowiada Onyszkiewicz.

Jak dodaje, nie był dobrym organizatorem. – Byłem takim facetem, który miał dwie lewe ręce, tak o sobie myślałem. Więc jak ktoś taki jak ja miałby się włączyć w pomaganie? Ale skoro nie ma lepszych ode mnie, to jestem najlepszy na świecie, bo jedyny. Dlatego pojechałem z pomocą do pierwszej rodziny. Pamiętam ścieżkę do tego mieszkania, padał deszcz, było ciemno i nagle zapaliły się światła. To znaczy, dziś wiem, że to nie były żadne światła, tylko ludzie, którzy mnie bardzo ciepło przyjęli – miałem dla nich pieniądze i nazwiska adwokatów, do których mają się zgłosić po pomoc. Pójście tam, wejście do tego domu, rozmowa z nimi – to było przełamywanie bariery pewnego strachu, izolacji społecznej. Wracałem stamtąd w ogromnej euforii – opowiada nasz rozmówca.

Jak mówi, z każdym dniem, tygodniem i miesiącem było łatwiej. – Docieraliśmy do kolejnych osób represjonowanych. Budowaliśmy to na niesamowitej prawdzie, na relacjach ludzi, świadków historii. Myśmy dotarli do ponad 160 osób. Zwykle chodziłem z Heńkiem Wujcem, a on odbył największą liczbę takich wizyt u robotników – dodaje Onyszkiewicz. – Przy czym Henio robił to po pracy, a ja ze swojej pracy w tym czasie zrezygnowałem. Nie zostałem wyrzucony, ale sam zrezygnowałem, bo chciałem mieć więcej czasu, by działać.

Jak dodaje, z początku nie wiedzieli jeszcze, skąd wziąć pieniądze na pomaganie czy jak opłacić prawników. – Szybko się jednak okazało, że są prawnicy, którzy będą bronić represjonowanych za darmo, że ludzie chcą nas wspierać finansowo, że wpłacają i mamy środki. Ale też od początku był z nami Jan Józef Lipski, człowiek o ogromnym autorytecie, któremu powierzały poważne środki finansowe tak różne instytucje jak emigracyjny PPS, Duszpasterstwo Miłosierdzia czy pisarz i człowiek-instytucja, Melchior Wańkowicz.

Onyszkiewicz dodaje, że nazwę „Komitet Obrony Robotników” wymyślił Antoni Macierewicz. – I to był doskonały pomysł, bo uderzał we władzę – bo to ona podkreślała, że broni robotników. Wszędzie wskazywała, jaką rolę odgrywa ruch robotniczy, że to „nasza tradycja”. Nagle okazało się, że to „robotnicze państwo” prześladuje buntujących się pracowników. Właśnie dzięki temu stworzyła się dla nas szansa na działanie. Do tego dochodził prawdziwy odruch moralny: solidarność z prześladowanymi, bitymi, torturowanymi robotnikami.

Na pytanie, co dał mu Komitet Obrony Robotników, odpowiada, że dzięki niemu przekonał się, jak wiele rzeczy można zrobić od dołu. – Dowiedziałem się, że można i trzeba się organizować: niekoniecznie dla przejęcia władzy, ale dla wpływu na władzę. Że nie wystarczy dobre prawo czy gospodarka rynkowa. Potrzebni są jeszcze obywatele – ludzie, którzy odpowiadają na pytanie: czego wymaga ode mnie sytuacja? Jaki powinien być rezultat moich działań? To jest właśnie organizowanie społeczeństwa obywatelskiego. Z drugiej strony mam poczucie przegranej. Przez kilka lat mieliśmy swoją szansę – „miałeś chamie złoty róg” – a jej nie wykorzystaliśmy. Moim zdaniem KOR przegrał. Zależało mu na spójności społecznej, na jedności, na solidarności, a po 1989 roku znów są w naszym społeczeństwie podziały i wciąż nie ma równości szans. Wciąż potrafimy być solidarni tylko wtedy, gdy ta solidarność potrzebna jest do uzyskania wolności. A po uzyskaniu wolności już nie – podsumowuje Wojciech Onyszkiewicz.

Czytaj także Pałką i paragrafem: systemowy paraliż oporu pracowników Piotr Radecki

Bogdan Borusewicz: trzeba było działać pod nazwiskiem

Bogdan Borusewicz jest dziś senatorem, przez długi czas był marszałkiem Senatu. Przed laty aktywnie działał w opozycji, współtworzył Komitet Obrony Robotników. W 1976 roku, gdy powstawał KOR, był już po studiach na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, choć jeszcze w trakcie pisania pracy magisterskiej. Miał za sobą doświadczenia roku 1968, gdy jako licealista z Gdyni został aresztowany za przygotowanie i kolportaż ulotek wzywających do protestów studenckich. Po studiach w Lublinie wrócił na Wybrzeże.

– Gdy powstawał Komitet Obrony Robotników, byłem już osobą zaangażowaną, wiedziałem co się w Polsce dzieje – mówi. – Kursowałem między Lublinem, Warszawą i Gdańskiem. KOR w dużym stopniu mnie ukształtował. Miałem doświadczenia 1968 roku i doskonale pamiętałem, co wydarzyło się w grudniu 1970, gdy władza strzelała do ludzi, kilkadziesiąt osób zostało zabitych. Dlatego po masowych strajkach 1976 roku w Radomiu, brutalnie stłumionych przez komunistyczną władzę, i po wydarzeniach w Ursusie pomoc osobom represjonowanym i ich rodzinom była wtedy dla nas kluczowa. I wiedzieliśmy, że trzeba działać pod nazwiskiem, już nie anonimowo – opowiada. Jak mówi, nocował wtedy u Antoniego Macierewicza, a na obiad zajeżdżał do Jacka Kuronia.

W Radomiu nikogo nie znał, nie wiedział, kto dokładnie potrzebuje pomocy. – Zebraliśmy pieniądze na pomoc i pojechałem do Radomia, trzykrotnie. Ale nie wiedziałem, jak dotrzeć do rodzin osób represjonowanych. Nikt nie chciał podpowiedzieć, ludzie w Radomiu byli mocno wystraszeni. W „Trybunie Ludu” opisano dwa grupowe procesy, wymieniono nazwiska. I tak, po nitce do kłębka, zacząłem tych osób szukać. Byłem w Urzędzie Miasta, potem u kierownika cmentarza i tak dotarłem do matki jednej z osób aresztowanych, a potem – na proces tych osób do sądu. W sądzie zobaczyłem grupę ze śpiworami – okazało się, że to ludzie z Warszawy. Przyjechali, tak jak ja, wesprzeć represjonowanych. Rozpoznałem wśród nich Jana Tomasza Lipskiego. Tak zaczęła się ta współpraca, nawiązałem kontakt z Warszawą, wiedzieli, że mam pieniądze dla represjonowanych. Wtedy dowiedziałem się, że tworzą Komitet Obrony Robotników. Grupę, grupę, która ma działać jawnie, złożoną z osób doświadczonych, bo z przedwojennych działaczy PPS i z młodzieży 68 roku – opowiada mi Bogdan Borusewicz.

Czego nauczyło go doświadczenie Komitetu Obrony Robotników?

– Pokazało mi, że w sytuacji beznadziejnej trzeba próbować, bo nawet wtedy jest możliwość działania. I że trzeba się przeciwstawiać represjom dyktatorskiej władzy i pomagać represjonowanym, bo nie ma sensu stać z boku. Bo jeśli represjonowani zostają sami, bez wsparcia, to wtedy represje są skuteczne. A jeśli jest motywacja i są ludzie, którzy chcą pomóc, to tej skuteczności nie ma, a władza dokładnie to wiedziała – dodaje mój rozmówca.

Borusewicz nie ma wątpliwości, że KOR stanowił podwaliny pod budowę społeczeństwa obywatelskiego, ale też – ruchu „Solidarności”. – Oczywiście nie wiem, czy „Solidarność” powstałaby, gdyby nie było KOR-u, jako historyk nie powinienem gdybać, bo liczą się fakty. Ale niewątpliwie wraz z moją grupą zorganizowałem strajk sierpniowy w stoczni w Gdańsku i pilnowałem, żeby podążał we właściwą stronę. Grupę przygotowywałem dwa lata i to spowodowało, że strajk miał taki strategiczny wymiar. Zaczęło się od Anny Walentynowicz i od walki o przywrócenie jej do pracy, ale co wydarzyło się później, wszyscy wiemy – dodaje Bogdan Borusewicz.

Podkreśla też, że nie porównywałby – tak jak robią to niektórzy – powstania Komitetu Obrony Robotników do wydarzeń z czasu rządów Prawa i Sprawiedliwości czy powstania KOD-u, choć walka o określone wartości, w tym praworządność, prawa człowieka i wolność, była podobna. – Na protestach w obronie praworządności spotykałem uczestników tamtych wydarzeń: moich kolegów, znajomych z opozycji, których nie widziałem kilkadziesiąt lat. Nie wiedziałem, jakie mają poglądy i to mnie specjalnie nie interesowało. Jak ich tam zobaczyłem, oczywiście bardzo się ucieszyłem. Zmartwiłem się jednak tym, że na te protesty przyszli bez dzieci, że brakowało młodszego pokolenia. Ja swoją córkę przyprowadzałem, by poczuła to, co my kiedyś czuliśmy. Jednak nie można dokonywać takich ahistorycznych porównań, bo wszystko ma swój historyczny kontekst – tłumaczy marszałek Senatu.

Czytaj także Czas rozrzucania kamieni Barbara Szczepuła

Konrad Bieliński, Ewa Kulik-Bielińska: w końcu można było żyć bez kłamstwa

Jednym z członków KOR-u był też Konrad Bieliński, absolwent matematyki na Uniwersytecie Warszawskim. Wcześniej działał w organizacjach studenckich, był inicjatorem i organizatorem protestu na UW przeciwko centralizacji i upolitycznieniu organizacji młodzieżowych w 1973 roku. Za czasów KOR-u poznał przyszłą żonę, Ewę Kulik-Bielińską (później wieloletnią dyrektorkę Fundacji Batorego).

– Jako osoby, które tworzyły KOR, wiedzieliśmy, że nie możemy popełnić błędu 1970 roku, gdy strajkujący robotnicy zostali sami i ich rodziny zostały bez wsparcia. Dlatego w 1976 roku, gdy w odpowiedzi na protesty robotników w Radomiu, Ursusie, Płocku i innych miastach w Polsce w związku z drastyczną podwyżką cen żywności władze rozpętały brutalną akcję prześladowań i represji, nie można było przejść nad tym do porządku dziennego. Uznaliśmy, że trzeba pomagać represjonowanym i ich rodzinom, trzeba się organizować, trzeba w to wciągać inne osoby. Jednym słowem, zaczęliśmy tworzyć zalążki, tak to później nazwaliśmy, podmiotowego społeczeństwa. Chodziło o to, by obok tej bezwolnej masy ludzi pokazać, że jest bardzo wiele osób, które mają swoje zdanie, myślą inaczej. KOR był pewnym eksperymentem: nie wiedzieliśmy, jak zachowają się rządzący, gdy część z nas zacznie działać pod nazwiskiem. Chcieliśmy pomagać robotnikom i ich rodzinom – finansowo, w znalezieniu pracy, ale też choćby prawnie – opowiada Konrad Bieliński.

Dodaje, że KOR od początku zakładał tylko to, co było wtedy możliwe. – Nie mówiliśmy, że wybijemy się na niepodległość. Naszą sprawą była za to pomoc represjonowanym. Jawnie i otwarcie. Działaliśmy coraz prężniej, również jeśli chodzi o docieranie do ludzi z rzetelną informacją – mówi pan Konrad.

Ewa Kulik-Bielińska dodaje, że gdy w 1976 roku wybuchły strajki i protesty w Radomiu, Ursusie, ale też w innych zakładach, większość społeczeństwa o tym nie wiedziała. Cenzura dbała o to, by informacje o protestach nie przedostały się do opinii publicznej. Dziś, w czasach internetu, to by się nie udało, ale wtedy, gdy nawet telefon był problemem, cisza informacyjna była faktem.

– Przełamanie monopolu informacyjnego było ogromną zasługą KOR-u. Nasz Komitet stworzył alternatywny system informacji o tym, co dzieje się w kraju. Informacje o powstających niezależnych organizacjach, protestach, represjach, nadużyciach władzy publikowaliśmy w komunikatach i oświadczeniach KOR-u przepisywanych na maszynach do pisania i rozdawanych w kraju. Przekazywaliśmy je też do rozgłośni zachodnich: Radia Wolna Europa, BBC, Głosu Ameryki, które nadawały audycje do Polski. Ten obieg niezależnej informacji okazał się niezwykle ważny w lecie 1980, kiedy przekazywane na Zachód wiadomości o protestach i strajkach wracały do kraju, napędzając szeroki ruch strajków solidarnościowych w całej Polsce. Komunikaty KOR-u, podające sprawdzone fakty i dowody prześladowania robotników przez władze, podpisane nazwiskami i adresami członków Komitetu, budziły zaufanie i ośmielały do szukania pomocy. Ułatwiały też zbieranie środków na rzecz osób represjonowanych. Wiadomo było, kto za tymi zbiórkami stoi, jakie wartości te osoby reprezentują – dodaje pani Ewa.

– Zaczęliśmy też wydawać na wytwarzanych chałupniczo ramkach drukarskich i przemycanych z zachodu powielaczach, niezależne publikacje: biuletyny informacyjne, pisma publicystyczne, czasopisma kulturalne – opowiada Konrad Bieliński. – Powstały niezależne wydawnictwa drukujące i rozprowadzające zakazane przez cenzurę książki. Ta działalność wydawnicza zataczała coraz szersze kręgi.

Część osób działała w Komitecie Obrony Robotników i w innych inicjatywach, które zaczęły powstawać po 1976 roku, jawnie, podpisując nazwiskiem oświadczenia i komunikaty i podając adresy swojego zamieszkania. Inne prowadziły działalność opozycyjną w ukryciu – taki dualizm był założony od początku ze względów bezpieczeństwa. Nikt nie wiedział, czy po ogłoszeniu powstania Komitetu władza nie zacznie zamykać członków KOR-u do więzienia. – Te osoby, które podpisały się pod Deklaracją Założycielską Komitetu, działały już wcześniej, niektóre jeszcze przed wojną. Ich znane nazwiska i autorytet miały być osłoną dla pozostałych.

Czytaj także Wujcowie: Nie robiliśmy znowu takiej strasznej konspiry Aleksandra Paszkowska

Bardzo ważne było to, że KOR działał jawnie i że w swojej działalności przyjął zasadę, że to, co robi, nie jest nielegalne. KOR odwoływał się – tam, gdzie to było możliwe – do prawa krajowego i międzynarodowego: i do ówczesnej Konstytucji i do ratyfikowanych przez Polskę Porozumień Helsińskich i Paktów Praw Człowieka i Obywatela. To dawało mu wiarygodność i legitymację. Ośmielało też innych do działania.

Z początku władza twierdziła, że Komitet działa nielegalnie, bo nie został zarejestrowany, opowiada Konrad Bieliński. – Ale my w ogóle nie występowaliśmy o rejestrację. Uważaliśmy, że tworzymy komitet ad hoc, w konkretnym celu, co – zgodnie z obowiązującym wówczas prawem – nie wymagało rejestracji. Mówiliśmy, że kiedy ten cel zostanie osiągnięty, my się rozwiążemy. Oczywiście, władza mogła w każdej chwili wsadzić nas do więzienia za wszystko, co robiliśmy, i znalazłaby na to odpowiedni paragraf, tak jak stało się to w Czechach z działaczami Karty 77. Sprzyjała nam jednak sytuacja międzynarodowa: polityka administracji Jimmy’ego Cartera, który przestrzeganie praw człowieka uczynił amerykańską doktryną wpływu; zadłużenie rządu polskiego na Zachodzie i uzależnienie gospodarki od zachodnich kredytów, a od 1978 roku wybór kardynała Wojtyły na papieża. Władze komunistyczne obawiały się, że jeśli zaostrzą represje i w nas uderzą, będą mieć złą prasę na Zachodzie i mogą nie dostać kolejnych kredytów – mówi Konrad Bieliński.

Konrad Bieliński dodaje, że w działaniach KOR-u nie chodziło tak naprawdę tylko o robotników, ale o całe społeczeństwo. – Jedną z naszych wartości była solidarność społeczna. I ona się zrealizowała. Oczywiście po drodze był szereg działań, w tym poszerzanie sfery wolności w różnych obszarach. Miałem poczucie, że w końcu mogę żyć bez kłamstwa. Że kraj nie jest jeszcze wolny, ale ja jestem wolny, nie muszę udawać, żyć w rozdwojeniu.

Jak dodaje Ewa Kulik-Bielińska, działania Komitetu Obrony Demokracji czy broniącego represjonowanych sędziów Komitetu Obrony Sprawiedliwości za ostatnich rządów PiS można porównywać z działalnością KOR-u. – I tu, i tu chodziło te same o wartości, czyli o to, żeby prawa człowieka i obywatela były przestrzegane, a wymiar sprawiedliwości był niezależny od władzy politycznej. Z kolei broniący praw kobiet Ogólnopolski Strajk Kobiet ze swoim hasłem „Nigdy nie będziesz szła sama” odwoływał się do korowskiego etosu niepozostawiania nikogo samego bez pomocy. Oczywiście, jesteśmy w innym miejscu historii, sale ja widzę analogię. Co więcej, i KOD, i Strajk Kobiet w tych ostatnich latach zwracały się do nas z pytaniem „jak to kiedyś robiliście?”. Bo chcieli, też świadomie, nawiązywać do naszej historii – dodaje pani Ewa.

Zbigniew Gluza: można rozsadzić system od dołu

W momencie, gdy powstawał KOR, Zbigniew Gluza był studentem drugiego roku Politechniki Warszawskiej, działał w ruchu teatru alternatywnego. W opozycji zaczął stawiać pierwsze kroki kilka lat później, na początku stanu wojennego. Ale doskonale zna działalność Komitetu Obrony Robotników, m.in. dzięki ośrodkowi KARTA, który jest największym w Polsce archiwum społecznym XX wieku. To ośrodek, który pan Zbigniew współtworzył. Działa od ponad 45 lat i zgromadził ogromną kolekcję zdjęć, dokumentów, pamiętników, ale też nagrań audio i wideo, pamiątek i muzealiów. Z czasów „Solidarności” i z czasów działalności KOR.

Dzięki temu w 50. rocznicę powstania Komitetu Obrony Robotników ukazała się wydana przez KARTĘ książka Autoportret KOR-u. We wstępie do książki Gluza pisze, że powołanie KOR-u to „moment zwrotny między Peerelem a Polską. Gdyby w czerwcu 1976 udało się bez następstw zdusić bunt robotniczy, od bezwzględnej komunistycznej tyranii mogłoby nie być odwrotu. […] Pięciolecie KOR-u – między wrześniem 1976 a wrześniem 1981 – okazało się czasem fundamentalnej zmiany. Niegasnący ruch oddolny przeprowadził społeczeństwo ze stanu podległości do takiej podmiotowości, że nie dało się go już potem obezwładnić stanem wojennym. Dynamika tamtego czasu – od »dziesięciorga« zmotywowanych na wejściu, po miliony u szczytu Solidarności (społecznej, nie instytucjonalnej) – nie mieściła się w marzeniach KOR-u, ale była spełnieniem jego założeń i reguł aktywizacji. Stała się siłą naruszającą podstawy bloku sowieckiego w Europie”.

Czytaj także Duża Solidarność, mała solidarność Agnieszka Wiśniewska

– To są indywidualne opowieści konkretnych ludzi, ich doświadczenia, emocje, przeżycia. Nie mam wątpliwości, że KOR był formacją absolutnie pierwszoplanową. W mojej ocenie, bez nich by tej zmiany ustrojowej nie było, a przynajmniej nie nastąpiłaby tak szybko. Twórcy KOR-u w dużej mierze przygotowali nasze społeczeństwo do zmiany. Książka pokazuje, że Solidarność wyrosła właśnie z KOR-u. I że to właśnie działacze KOR-u wykreowali ten wolnościowy odruch społeczeństwa – mówi nam Zbigniew Gluza.

– Te pięć lat działalności Komitetu Obrony Robotników to był bardzo „gęsty” czas, nie było przerwy, nie było zwątpienia ani wyhamowania. Od tego momentu rosła w siłę jawna opozycja, cały czas się rozwijając. Była w tych ludziach ogromna konsekwencja i determinacja, dokładnie wiedzieli, w którą stronę chcą iść. Co kluczowe, KOR nie był w żaden sposób upolityczniony, tam ścierały się różne poglądy, ale cel był jeden: wolność w różnych wymiarach. Jego działacze dość szybko zaczęli mówić, że można rozsadzić system od dołu – rozsadzić w taki sposób, że zacznie pękać, że nie wytrzyma tego naporu. I tak się stało, ta historia taka właśnie była. Chodziło o to, by społeczeństwo miało poczucie podmiotowości – dodaje nasz rozmówca.

Jak podkreśla Gluza, ducha KOR-u zobaczył ponownie w momencie wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie. – Ten zryw społeczny, ta ogromna pomoc Polek i Polaków dla osób uciekających przed wojną, goszczenie ich w swoich domach – to był duch tamtych czasów. Kluczową wartością z czasów KOR-u była dla mnie prawda, bo Peerel był oparty na kłamstwie i manipulacji. A Komitet Obrony Robotników od początku pokazywał prawdę. Prawdę, która wcześniej się nie przebijała do społeczeństwa. I to była naprawdę duża rzecz – podkreśla Zbigniew Gluza.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x