Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Hańba i wojna: 7 argumentów na rzecz obrony krajów bałtyckich przez Polskę

Prawica najpierw alarmowała, że sojusznicy nie przyjdą nam z pomocą, a gdy na horyzoncie zamajaczyła perspektywa konieczności bronienia kogoś innego, od razu sama zapowiedziała możliwość wymiksowania się z konfliktu.

ObserwujObserwujesz
morawiecki-blaszczak-grom
3
Walka

Presja psychologiczna Rosji na państwa Zachodu przynosi już Moskwie realne korzyści. Jedną z najważniejszych są coraz częściej pojawiające się dywagacje, czy Polska powinna w ogóle bronić krajów bałtyckich.

Początkowo pytanie to pojawiało się w programach publicystycznych specjalistów od tak zwanej polityki realnej, czyli reprezentantów skrajnie krótkowzrocznego partykularyzmu i narodowej mikromanii. Niestety te idee dosyć szybko przedostały się do głównego nurtu debaty publicznej. Paradoksalnie, zaczęli je rozpowszechniać prominentni członkowie deklaratywnie antyrosyjskiego Prawa i Sprawiedliwości.

Czytaj także Na co jesteśmy gotowi, czyli krótka historia jednej rakiety Paulina Siegień

Zapytany w Radiu Zet o ewentualne przyjście z pomocą zaatakowanym krajom bałtyckim były szef MON z ramienia PiS, Mariusz Błaszczak, odpowiedział wymijająco, że „polscy żołnierze powinni bronić Polski”. Oczywiście Polski powinni bronić w pierwszej kolejności, ale uniknięcie jednoznacznej deklaracji o pomocy sojuszniczej jest wielce wymowne.

Gdy te słowa zrobiły niemały szum, następca Antoniego Macierewicza w resorcie obrony bronił się tradycyjnym „wyjęto moje słowa z kontekstu”. Ale to właśnie kontekst sprawia, że wypowiedzi Błaszczaka były nieodpowiedzialne i głupie. Zarówno cytowane wyżej zdanie, jak i stwierdzenie w tym samym wywiadzie, że użycie art. 5 NATO „zależy od okoliczności”, same w sobie są prawdziwe, lecz jako odpowiedź na pytania o reakcję Polski w sytuacji agresji na kraje bałtyckie stają się ewidentnym podważeniem integralności Sojuszu.

Inaczej mówiąc, prawica najpierw alarmowała, że sojusznicy nie przyjdą nam z pomocą „tak samo, jak w 1939 r.”, a gdy na horyzoncie ledwie zamajaczyła perspektywa konieczności bronienia kogoś innego przez Polskę, od razu sama zapowiedziała możliwość wymiksowania się z konfliktu. Sołowjow by tego lepiej nie wymyślił. Poniżej siedem głównych argumentów przemawiających za zdecydowaną reakcją sojuszniczą Polski wobec krajów bałtyckich bez wcześniejszego dzielenia włosa na czworo.

1. Lepiej toczyć wojnę poza granicami kraju

Tak zwani realiści często przywołują jako wzór politykę Anglosasów, którzy robili wszystko, by ewentualne konflikty rozstrzygać z dala od swojej ojczyzny. Gdy przychodzi co do czego, polski żołnierz nagle nie powinien już nawet wyściubiać nosa poza Polskę.

Warszawa nie ma tak rozległej strefy wpływów jak chociażby Imperium Brytyjskie, więc możliwości przeniesienia konfliktów na drugi koniec globu są dosyć marne. Niestety trzeba je rozstrzygać w bezpośrednim sąsiedztwie, gdzie Polska zachowała jako taki potencjał do – mówiąc Bartosiakiem – projekcji siły. Mimo wszystko lepiej toczyć wojnę nad Narwą czy Dnieprem niż nad Wisłą. Tym bardziej że rezultatem tak pojmowanego realizmu będzie właśnie konieczność walki w kraju, bo chyba nikt nie sądzi, że po szybkim i błyskotliwym triumfie na dawnych Inflantach Moskwa postanowi się zatrzymać.

Czytaj także Polska broń jądrowa? „To przeniosłoby nas do szarej strefy bezpieczeństwa” Michał Sutowski rozmawia z Marcinem Ogdowskim

„Mieli do wyboru hańbę lub wojnę. Wybrali hańbę, a wojnę będą mieć i tak” – stwierdził Winston Churchill po zgodzie Francji i Wielkiej Brytanii na rozbiór Czechosłowacji w 1938 r. Doskonale pasuje również do postawy polskiej prawicy dziewięć dekad później.

2. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie

Słowa Błaszczaka musiały zostać entuzjastycznie przyjęte także w Madrycie czy Lizbonie, które nie rwą się nie tylko do wysyłania wojsk do jakichś zimnych lasów na końcu Europy, ale również do solidnego finansowania własnych armii. Gdy już nawet Polska poddaje pod wątpliwość obronę krajów bałtyckich, uzależniając swoją ewentualną reakcję od poprzedzonych długimi naradami politycznych decyzji wszystkich członków NATO, to podważanie art. 5 Paktu staje się całkowicie dopuszczalną postawą, z której nie trzeba się tłumaczyć, a już na pewno nie wstydzić.

Czytaj także Młodzież w Polsce i Niemczech nie spieszy się do wojska Nancy Waldmann

W ten sposób dzięki prawicowym strategom najpierw oddalibyśmy bez walki nasz skromny bufor bezpieczeństwa, a następnie zostalibyśmy osamotnieni w obliczu rosyjskiego agresora.

3. Prowokowanie przez tchórzliwość

Podczas debat o polityce zagranicznej Rosji nieustannie przewija się jeden trzeźwy pogląd – Kreml rozumie tylko argumenty siły. Tym samym wszelkiej przejawy słabości Moskwa odbiera jako zaproszenie do dalszej eskalacji. Gdy już na etapie nieokreślonych gróźb i hybrydowych zaczepek najważniejsze państwo wschodniej flanki wysyła sygnały, że w gruncie rzeczy to nie wiadomo, jak się zachowa w sytuacji agresji na Estonię czy Łotwę, to na Kremlu dochodzą do przekonania, że taka ograniczona ofensywa nie będzie ich nic kosztować. Unikanie jednoznacznych deklaracji obrony państw bałtyckich zwiększa więc prawdopodobieństwo, że trzeba będzie ich bronić.

Czytaj także Co po „wojnie hybrydowej”? Zapasy wody na trzy doby to nie paranoja Beata Błaszczyk rozmawia z Kafirem, byłym oficerem WSI i Służby Kontrwywiadu Wojskowego, weteranem, pisarzem

4. Pozycja w regionie kosztuje

Amatorzy gorących debat geopolitycznych regularnie zarzucają politykom i społeczeństwu tkwienie w dziecięcej naiwności, co uniemożliwia Polsce osiągnięcie należnego jej statusu regionalnego mocarstwa. W praktyce to jednak właśnie prawicowi „realiści” wykazują się niezwykłą mikromanią i skłonnością do podkulania ogona przy pierwszym lepszym zagrożeniu.

To jasne, że należy mierzyć siły na zamiary, dlatego też opowieści o „Trójmorzu” pod przywództwem Polski są marzeniami chłopców w czasie burzy hormonów, ale Czechy, Słowacja i państwa bałtyckie to obszar, dla którego Polska jest w stanie być przynajmniej jednym z gwarantów bezpieczeństwa. Jest oczywiste, że za obronę członków powinien odpowiadać Sojusz jako całość, ale w regionie Europy Środkowo-Wschodniej to na siłach Polski będzie się opierać reakcja NATO w pierwszym okresie konfliktu. Niesie to ze sobą istotne ryzyka, ale silna pozycja w regionie kosztuje – nikt jej Warszawie nie podaruje w zamian za historyczne opowiastki o husarii.

5. Autostrada do Warszawy

Oddanie krajów bałtyckich pod kontrolę Rosji otwiera Kremlowi kolejne potencjalne fronty agresji na Polskę. Morze Bałtyckie przestaje już być „wewnętrznym akwenem NATO”, gdyż Moskwie przestanie grozić zamknięcie floty w Zatoce Fińskiej. Poza tym będzie jeszcze korzystać chociażby z portu w Rydze, więc powstanie realne zagrożenie od strony morza.

Rosja otrzymałaby też połączenie lądowe między obwodem królewieckim a Białorusią, więc otworzy się też północno-wschodni front ewentualnej ofensywy na Polskę. Jeden z dwóch głównych frontów Operacji Barbarossa, czyli ataku III Rzeszy na ZSRR, przebiegał właśnie przez państwa bałtyckie w kierunku Petersburga. Atak od strony Białorusi byłby bardzo żmudny, gdyż tamtejszy teren nie sprzyja lądowym najazdom. Za to od strony Litwy, gdzie dodatkowo istnieje rozbudowana infrastruktura, wjazd nad Wisłę byłby dla Rosjan zdecydowanie prostszy.

6. Cios w gospodarkę

Nawet ograniczone działania zbrojne wymierzone w państwa bałtyckie będą bezpośrednim uderzeniem w polskie interesy ekonomiczne. Przez państwa bałtyckie przebiegają istotne trasy komunikacyjne, chociażby Via Baltica czy Via Carpatia. Polska jest obecnie bardzo silnie powiązana gospodarczo z Litwą, co zresztą jest jedną z przyczyn szybkiego wzrostu gospodarczego nad Niemnem w ostatnich latach. Wszystkie państwa bałtyckie należą do strefy euro, więc agresja na każde z nich uderzy w europejską walutę, czyli pośrednio także w złotego, który jest z euro silnie skorelowany – co zaś zwiększy koszty pożyczek na zbrojenia, zaciągniętych – zresztą przez PiS – w dolarach. Porty krajów bałtyckich, a w szczególności Kłajpeda, są bardzo istotne dla całego regionu, gdyż te polskie wciąż mają ograniczoną przepustowość, pomimo ich szybkiego rozwoju w ostatniej dekadzie. Brak jednoznacznej reakcji na działania wymierzone w państwa bałtyckie to milcząca zgoda na jawne i bolesne szkodzenie polskiej gospodarce.

Czytaj także Najdłuższa podróż, war-life balance i nowe „rozstrzelane odrodzenie” Agnieszka Wiśniewska rozmawia z Oksaną Zabużko

7. Dezorientacja społeczeństwa

Dywagacje Błaszczaka i jemu podobnych „realistów” muszą też wprowadzać obywateli w niemały dysonans. Jeszcze kilka lat temu Jarosław Kaczyński w ostrzeliwanym Kijowie snuł luźne plany o wprowadzeniu nad Dniepr polskich wojsk, a politycy z przeróżnych krajów i stronnictw zapewniali, że NATO będzie bronić każdego skrawka terytorium. Aktualnie ta odwaga jakby prysła i to nawet w tych zazwyczaj bojowych środowiskach politycznych.

Czytaj także Ukraińcy byli przygotowani na atak, Polska nie jest. Kto nas obroni przed Rosją? Piotr Ikonowicz

Taka chwiejna postawa dotycząca absolutnie fundamentalnych dla państwa kwestii musi wzbudzać w społeczeństwie niepokój, gdyż tracą przekonanie do dotychczasowych pewników. A gdy faktycznie pojawi się konieczność obrony Narwy czy Rygi, do listy problemów dodać trzeba będzie jeszcze przekonanie ludności, że to konieczność. Dla pisowców to jednak kwestia drugorzędna, w pierwszej kolejności trzeba odzyskać władzę, żeby uchronić kilku swoich przed odpowiedzialnością karną.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
3 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
3
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x