Kiedy Elif Eralp wyszła w niedzielę wieczorem do swoich zwolenników w Berlinie, przez chwilę przemawiała po turecku. W politycznym rytuale niemieckiego wieczoru wyborczego był to drobny gest o symbolicznym znaczeniu. Oto w wyborach regionalnych w stolicy Niemiec zwycięstwo świętowała kobieta, której rodzice uciekli z Turcji przed represjami po wojskowym zamachu stanu z 1980 roku. Kobieta, która jeszcze kilka lat temu była szerzej nieznaną prawniczką i ekspertką parlamentarną, dziś ma realną szansę zostać pierwszą burmistrzynią Berlina o tureckich korzeniach. A przede wszystkim: kandydatka partii, którą jeszcze niedawno wielu komentatorów spisywało na straty, właśnie wygrała wybory w niemieckiej stolicy.
Skala tego zwycięstwa jest większa, niż sugeruje samo pierwsze miejsce. Lewica (Die Linke) zdobyła 25,7 proc. głosów. W 2023 roku miała 12,2 proc. – w ciągu trzech lat więcej niż podwoiła więc swój wynik. CDU, która dotąd rządziła Berlinem, spadła do 18,8 proc. AfD zdobyła 16,3 proc., Zieloni 14,3, a SPD – partia, która przez dziesięciolecia niemal utożsamiała się z politycznym Berlinem – zaledwie 12,1 proc. (to jej najgorszy wynik w historii miasta). Jeszcze bardziej wymowny jest osobisty wynik Eralp. W swoim okręgu Friedrichshain-Kreuzberg 1 otrzymała ponad połowę głosów – 50,4 proc. Kandydatka Zielonych, partii przez lata niemal hegemonicznej w tej części miasta, dostała 17,2 proc. Trzy lata wcześniej Eralp sama przegrała tutaj z Zielonymi. To nie jest zwykła zmiana warty. To coś w rodzaju małego politycznego trzęsienia ziemi.
Eralp chce negocjować z Zielonymi i SPD. Kierownictwo Zielonych już w noc wyborczą oświadczyło, że preferuje właśnie koalicję Lewicy, Zielonych i socjaldemokratów. Matematycznie możliwa jest również koalicja CDU, Zielonych i SPD, a w SPD istnieją poważne opory wobec części programu Lewicy, przede wszystkim wobec uspołecznienia wielkich koncernów mieszkaniowych. Nic nie jest więc przesądzone. Ale scenariusz, w którym Berlinem po raz pierwszy rządzi Lewica, stojąc na czele czerwono-zielono-czerwonej koalicji, a burmistrzynią zostaje córka tureckich uchodźców politycznych, przestał być polityczną fantazją. Jest dziś jednym z dwóch realnych wariantów rządzenia miastem.
Dziewczyna z rodziny uchodźców
Eralp urodziła się w 1981 roku w Monachium. Jej rodzice byli socjalistami i związkowcami. Po wojskowym puczu w Turcji w 1980 roku uciekli przed represjami do RFN. Matka była wtedy w ciąży. Rodzina przenosiła się później między Monachium, Dortmundem i Hamburgiem. Elif studiowała prawo, zdała oba niemieckie egzaminy państwowe, zajmowała się prawem azylowym, później pracowała jako ekspertka frakcji Lewicy w Bundestagu. Do berlińskiej Izby Deputowanych weszła w 2021 roku. Nie jest więc produktem polityki tożsamościowej w jej najbardziej powierzchownym znaczeniu. Jest niemiecką prawniczką, parlamentarzystką i polityczką wyrosłą z klasycznej tradycji lewicowej: związki zawodowe, prawo pracy, lokatorzy, państwo socjalne. Jednocześnie jej biografia należy już do innej Republiki Federalnej niż ta, którą wciąż wyobraża sobie część niemieckiej klasy politycznej. Berlin jest bowiem miastem, w którym pojęcie „mniejszość migracyjna” zaczyna być statystycznie mylące.
Już w połowie 2025 roku 41,7 proc. mieszkańców Berlina miało tzw. Migrationshintergrund, tło migracyjne. W Friedrichshain-Kreuzberg było to 50,1 proc., w Neukölln 52,2 proc., w Mitte 59 proc. Co jeszcze ważniejsze z punktu widzenia wyborów: około 658 tysięcy mieszkańców Berlina było jednocześnie obywatelami Niemiec i osobami z doświadczeniem migracyjnym. Stanowili 16,9 proc. całej ludności miasta. Oczywiście nie wszyscy są pełnoletni i nie wszyscy głosują. Nie tworzą też jednego elektoratu. Turecki robotnik, polska pielęgniarka, syryjski prawnik i właściciel wietnamskiego kiosku nie stają się wspólnotą polityczną tylko dlatego, że niemiecka statystyka umieszcza ich w jednej kategorii. Ale właśnie dlatego wynik Eralp jest interesujący. Pokazuje, że społeczeństwo migracyjne przestało być w Berlinie dodatkiem do tego „właściwego”, którego poparcie można zdobywać kilkoma zdaniami o integracji przed wyborami. To ogromny rezerwuar doświadczeń, interesów i – w przypadku obywateli niemieckich – głosów. Lewica najwyraźniej zrozumiała to wcześniej niż część konkurencji.
Lewica otwiera drzwi
Strategia była przy tym zaskakująco staromodna. Zamiast szukać magicznego tematu w mediach społecznościowych, Lewica prowadziła wielką kampanię od drzwi do drzwi. Pytała ludzi o czynsze, ceny, komunikację publiczną, mieszkania. Eralp nosiła na szyi złoty łańcuszek z napisem „Mietendeckel” – zamrożenie czynszów – niemal ostentacyjny symbol tego, że polityka ma ponownie dotyczyć materialnego życia. I trafiła w nerw miasta. Tylko 20 proc. berlińczyków deklarowało przed wyborami zadowolenie z pracy rządu CDU-SPD; 77 proc. było niezadowolonych. Odkąd Infratest dimap mierzy przed wyborami regionalnymi zadowolenie z rządów, nie odnotował tak niskiego wyniku.
Przez lata kolejne partie obiecywały berlińczykom, że miasto zacznie wreszcie funkcjonować jak należy. Że powstaną mieszkania, administracja przyspieszy, szkoły będą lepsze, komunikacja sprawniejsza, a zwykłe życie bardziej przewidywalne. Tymczasem dla wielu mieszkańców doświadczenie było odwrotne: Berlin stawał się coraz droższy, a poczucie bezpieczeństwa materialnego malało. W pewnym momencie wyborca przestaje pytać, czy kolejna korekta systemu jest „realistyczna”. Zaczyna pytać, dlaczego od trzydziestu lat realistyczne są wyłącznie kroki, które nie rozwiązują głównego problemu. Tu zaczyna się polityczna przestrzeń dla Lewicy.
Czy zatem Eralp wygrała dzięki migrantom, drobnym przedsiębiorcom albo berlińskim muzułmanom oburzonym niemiecką polityką wobec Izraela, jak twierdzą niektórzy? Takich danych jeszcze nie mamy. Warto jednak zadać pytanie, którego niemiecka polityka długo unikała: co się dzieje, kiedy ugrupowanie nie traktuje tych środowisk jako problemu integracyjnego, lecz jako normalnych uczestników konfliktu politycznego? Lewica właśnie to zrobiła. Otworzyła drzwi szeroko.
Palestyna, antysemityzm i granice szerokiego namiotu
Dotyczyło to także najbardziej drażliwego tematu współczesnego Berlina – wojny w Gazie i stosunku Niemiec do Izraela. W mieście z dużą populacją arabską, turecką i muzułmańską gniew na politykę Tel Awiwu nie jest marginalnym zjawiskiem. Przez ostatnie lata część tych środowisk miała poczucie, że niemiecka debata publiczna nie odróżnia wystarczająco precyzyjnie antysemityzmu od ostrej krytyki izraelskiego rządu. Z drugiej strony Berlin jest miastem, w którym po 7 października doszło do realnego spadku bezpieczeństwa Żydów. Te dwie rzeczy mogą być prawdziwe jednocześnie.
Eralp próbuje chodzić po tej cienkiej linie. Mówi o dyskryminacji muzułmanów i kobiet noszących chusty, ale przedstawiła też plan ochrony mniejszości żydowskiej. Nie chce zaakceptować logiki, według której trzeba wybrać, która dyskryminacja jest bardziej godna potępienia i zwalczania. To politycznie inteligentne, ale niepozbawione ryzyka. Najbardziej problematyczny dla Eralp pozostaje związek partyjny w Neukölln, szczególnie mocno zaangażowany w sprawę palestyńską. Kontrowersję wywołał występ rapera Dahabflexa na imprezie wyborczej Lewicy, podczas którego padły m.in. słowa „death to the IDF” i „yalla yalla intifada”. Eralp odcięła się od występu, nazwała go przekroczeniem granicy i zażądała konsekwencji. Zieloni już zapowiedzieli, że kwestia antysemityzmu w Lewicy będzie przedmiotem rozmów o ewentualnej koalicji. Ich federalny przewodniczący Felix Banaszak opowiedział się jednocześnie za sojuszem z Lewicą i SPD oraz zażądał od Lewicy jasnego stanowiska przeciw antysemityzmowi. Jeśli Eralp zostanie burmistrzynią, będzie to jeden z pierwszych testów jej projektu. Szeroki namiot jest skuteczny wyborczo tylko tak długo, jak długo polityk potrafi określić jego granice.
Migrant i Ossi
Jest jeszcze jedna opowieść ukryta pod berlińskim wynikiem Lewicy. Naika Foroutan i Jana Hensel kilka lat temu napisały książkę Die Gesellschaft der Anderen (Społeczeństwo innych). Jedna jest badaczką migracji o irańskich korzeniach, druga – pisarką wychowaną w NRD. Zestawiły dwa doświadczenia, które niemiecka debata zwykle rozdziela: doświadczenie migrantów i doświadczenie Niemców ze Wschodu. Nie twierdziły, że są one identyczne. Nie są. Historia NRD, transformacji po 1989 roku i migracji do Niemiec to zupełnie różne historie. Łączy je jednak pewien mechanizm: doświadczenie bycia opisywanym przez innych.
„Ossi”, podobnie jak „migrant”, przez lata był w niemieckiej debacie bardziej przedmiotem diagnozy, niż jej autorem. Mówiono o jego frustracji, deficytach, problemach z demokracją, niedostatecznej integracji z Republiką Federalną. Podobny paternalistyczny język – choć w zupełnie innym kontekście – znają migranci. Być może właśnie tutaj znajduje się jedna z ciekawszych lekcji z tych wyborów.
W Meklemburgii-Pomorzu Przednim gniew na polityczne centrum pomógł AfD wygrać wybory. W Berlinie bunt przeciw status quo przyjął inną postać: wygrała Lewica. Programy tych partii dotyczące demokracji, migracji, mniejszości czy Europy są zasadniczo różne. Wspólny jest natomiast fakt polityczny: w obu miejscach dotychczasowe układy władzy straciły większość. To ważna różnica. Bo pokazuje, że frustracja ekonomiczna nie posiada naturalnego kierunku ideologicznego. Człowiek, którego nie stać na mieszkanie, nie rodzi się wyborcą prawicy. Mieszkaniec wschodnich Niemiec nie rodzi się wyborcą AfD. Migrant nie rodzi się wyborcą Lewicy. Dopiero polityka tłumaczy człowiekowi, z kim ma wspólny interes i kto jest winny jego sytuacji.
Prawicowy populizm mówi: problemem jest ktoś obcy – migrant, uchodźca, liberalna elita. Lewica Eralp proponuje inną konstrukcję konfliktu: problemem jest to, że praca nie gwarantuje już bezpieczeństwa, mieszkanie staje się aktywem finansowym, a miasto, które współtworzysz, przestaje być dla ciebie dostępne. Dlatego szczególnie interesujący będzie w następnych miesiącach wschodni Berlin. Nie dlatego, że powstał już jakiś wielki sojusz „Ossis i migranci”. Nie powstał. Ale dlatego, że sukces Lewicy pokazuje możliwość innego politycznego języka dla ludzi, których niemieckie centrum przywykło określać mianem peryferii. A peryferie mają pewną irytującą właściwość: czasem okazuje się, że mieszka na nich pół społeczeństwa.
Maria Bigos i nowa niemiecka biografia
W tę historię wpisuje się także Maria Bigos. Urodzona w Ustrzykach Dolnych w polskich Karpatach, jako dziecko przyjechała do Niemiec, dorastała w Bremerhaven i Bawarii, później zamieszkała w Berlinie. Teraz zdobyła dla Lewicy bezpośredni mandat w Pankowie. Także tutaj ciekawsza od prostego triumfalizmu jest sama biografia. Polska migrantka wygrywa mandat w części dawnego Berlina Wschodniego dla partii, której historyczne korzenie tkwią właśnie w NRD. Takich życiorysów będzie w Niemczech coraz więcej. I coraz trudniej będzie opowiadać niemiecką politykę przy użyciu starych kategorii: Niemcy i migranci, Wschód i Zachód, centrum i margines. Margines przesuwa się do centrum.
Najważniejsza innowacja Eralp może być zresztą znacznie mniej egzotyczna niż jej biografia. Ona jest po prostu bardzo dobrą polityczką kampanijną. Mówi językiem codziennego użytku, potrafi być jednocześnie radykalna programowo i wyważona w sposobie bycia. Nie wygląda jak ktoś, kto przyszedł wygłosić wykład o fałszywej świadomości wyborców. Raczej jak ktoś, kto chce z nimi porozmawiać o ich czynszach.
Europejska lewica przez lata nierzadko sprawiała wrażenie, że ma więcej cierpliwości do teorii na temat społeczeństwa niż do samego społeczeństwa. Berlińska Lewica odwróciła tę kolejność. Zamiast tłumaczyć ludziom, dlaczego powinni być lewicowi, pytała, co ich boli – i próbowała nadać temu lewicową interpretację. Dane o przepływach wyborców są pod tym względem fascynujące. Lewica odebrała dziesiątki tysięcy głosów Zielonym i SPD, ale potrafiła także zmobilizować wielu wcześniejszych niegłosujących.
Elif Eralp już zapisała się w historii Berlina. Teraz zaczyna się trudniejsza część: w mieście z pustą kasą będzie musiała udowodnić, że lewicowa polityka potrafi nie tylko mobilizować tych, którzy stracili zaufanie do polityki, lecz także odczuwalnie poprawić ich codzienne życie. Bo do historii można przejść, wygrywając wybory. Znacznie trudniej sprawić, żeby polityczna zmiana dotarła do portfela, mieszkania i codzienności tych, którzy na nią zagłosowali.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!