Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Co sprzedaje AfD i dlaczego to problem dla lewicy

Wyniki wyborów w Saksonii-Anhalt pokazują, że nie można tłumaczyć sukcesów skrajnej prawicy samą migracją.

Dziennikarz
1
Celnie!

1

Jest w tym wszystkim coś kuriozalnego: człowiek ogląda wieczór wyborczy, słucha polityków CDU, SPD, Zielonych i Lewicy w publicznej telewizji i właściwie od wszystkich dowiaduje się, dlaczego sytuacja jest trudna, czego nie można zrobić, na co nie ma pieniędzy i dlaczego AfD jest niebezpieczna. A potem przychodzi AfD – partia, która przecież sama żywi się strachem – i jako jedna z niewielu mówi wyborcy: spokojnie, da się wszystko zrobić.

Czytaj także Polska prawica cieszy się z niemieckich problemów. Niemiecka prawica zachwyca się Polską Tomasz Kurianowicz

W niedzielę w Saksonii-Anhalt ta oferta dostała 43,8 proc. głosów. CDU zdobyła 17,2 proc., Die Linke (Lewica) 8,6 proc., a prorosyjska lewica BSW Sahry Wagenknecht 5,3 proc. AfD nie tylko wygrała wybory – zbliżyła się też do wyniku, przy którym dyskusja o niej jako partii „protestu” zaczyna być absurdalna. Bo przeciwko czemu właściwie protestuje prawie połowa wyborców?

Niemcy coraz droższe, ale nie coraz lepsze 

Ludzie w Saksonii-Anhalt wiedzieli, na kogo głosują. Wiedzieli, że AfD może wygrać, wiedzieli, że partia jest klasyfikowana jako skrajnie prawicowa, wiedzieli też, że jej kandydat Ulrich Siegmund może mieć realną szansę na władzę. Mimo to – albo częściowo właśnie dlatego – postawili krzyżyk przy AfD.

Można oczywiście powiedzieć: wschodnie Niemcy, transformacja, poczucie upokorzenia po zjednoczeniu, słabsze przywiązanie do tradycyjnych partii, nieufność wobec instytucji. Wszystko to ma znaczenie. Ale po wyniku 43,8 proc. takie wyjaśnienie już nie wystarcza. Ciekawsze jest inne pytanie: dlaczego ogromne niezadowolenie społeczne, które przynajmniej częściowo ma bardzo materialne źródła, potrafi zagospodarować przede wszystkim prawica?

Najprostsza odpowiedź brzmi oczywiście: migracja. I byłoby błędem udawać, że ten temat nie jest ważny. Jest ważny, a dla wyborców AfD szczególnie. Aczkolwiek historia pod tytułem „ludzie boją się migrantów, więc głosują na AfD” jest po prostu za krótka. 

Saksonia-Anhalt jest przy tym najstarszym demograficznie landem Niemiec. Dla ogromnej części mieszkańców pytania o emerytury, ochronę zdrowia, lekarza w małym mieście czy działający autobus nie są debatą z telewizyjnego studia. To ich codzienność. Do tego dochodzi gospodarka, która od lat nie daje Niemcom szczególnie wielu powodów do optymizmu, problemy przemysłu, ceny energii i ogólne poczucie, że państwo staje się coraz droższe, ale niekoniecznie działa coraz lepiej.

Elektorat prosocjalny istnieje, ale nie wybiera lewicy 

Die Linke, niemiecka Lewica, dostała 8,6 proc. Do tego trzeba oczywiście doliczyć 5,3 proc. dla BSW, bo partia Sahry Wagenknecht jest również projektem wywodzącym się z lewicy, choć dość specyficznym i w Polsce wciąż słabo znanym. BSW próbuje być czymś w rodzaju lewicy starej daty: populistycznej, socjalnej gospodarczo, znacznie bardziej restrykcyjnej w kwestii migracji, krytycznej wobec zbrojeń i wsparcia dla Ukrainy, a przy tym dużo bardziej przychylnej Rosji. Przy wszystkich różnicach można tu znaleźć pewne skojarzenia z polską lewicą czasów Leszka Millera: mniej zainteresowaną progresywną polityką tożsamościową, bardziej kwestiami socjalnymi, ale też posiadającą własny bagaż nostalgii za poprzednim systemem.

Czytaj także AfD jest partią teflonową, bo Niemcy są przestraszonym społeczeństwem Michał Sutowski rozmawia z Łukaszem Grajewskim

W przypadku Wagenknecht ten wschodnioniemiecki element jest bardzo ważny. Urodziła się w NRD, tam dorastała i od lat potrafi przemawiać językiem, który trafia do części ludzi czujących się obco w politycznym i kulturowym świecie Berlina Zachodniego, Hamburga czy Monachium. BSW jako partia znajduje się obecnie w kryzysie, dlatego jego 5,3 proc. nie jest nawet takim złym wynikiem. Ale jeżeli zestawimy BSW i Die Linke, widać coś ważnego: elektorat dla socjalnej i jednocześnie antyestablishmentowej polityki istnieje. Tylko że AfD dostała trzy razy więcej głosów niż obie te partie razem.

Dlaczego tak jest? Być może najlepszą ilustracją problemu była scena z wieczoru wyborczego w ARD w niedziele, w telewizji publicznej. Luigi Pantisano, współprzewodniczący Die Linke, starł się z Tino Chrupallą, jednym z liderów AfD. W pewnym momencie nazwał go „Flachzange“. Dosłownie jest to rodzaj płaskich szczypiec, w języku potocznym mniej więcej: idiota, kretyn, nieudacznik. Problem polegał na tym, że Chrupalla jest akurat człowiekiem, który prawdopodobnie całkiem dobrze wie, do czego służy Flachzange. Z zawodu jest malarzem i lakiernikiem, zrobił egzamin mistrzowski, a później prowadził własny zakład rzemieślniczy. W telewizyjnym studiu odpowiedział więc mniej więcej w tym duchu: pracowałem przez 25 lat, wiem, czym jest praca, zapłaciłem więcej podatków i składek, niż pan zapłaci przez całe życie. 

Czytaj także Trudno mówić o AfD jako problemie typowym dla wschodnich Niemiec Michał Sutowski rozmawia z Philipem Manowem

Można Chrupalli zarzucić naprawdę wiele, ale w tej konkretnej scenie to on mógł wyglądać dla przeciętnego widza jak normalny facet, a polityk Lewicy jak ktoś, komu skończyły się argumenty i zostało wyzwisko. Dla AfD trudno byłoby wymyślić lepszą sytuację.

Partia od lat opowiada przecież swoim wyborcom dokładnie tę historię: elity w Berlinie patrzą na was z góry, uważają was za głupich, śmieją się z waszego języka i waszego życia, a my jesteśmy jedynymi, którzy was słuchają. Jeżeli po wyborach, w których AfD zdobywa prawie 44 proc., odpowiedzią lewicy jest przede wszystkim: faszyści, ekstremiści, idioci – to wyborca AfD może usłyszeć coś jeszcze. Że on sam też jest idiotą. Dlaczego miałby potem zagłosować na Lewicę?

Lekcja Mamdaniego 

I tu cały czas przychodzi mi do głowy Zohran Mamdani. Nie dlatego, że Magdeburg ma się nagle zamienić w Nowy Jork. Chodzi o sposób robienia polityki. Mamdani zrobił rzecz banalną, której politycy zaskakująco często nie robią. Wyszedł na ulicę, wziął mikrofon i zaczął pytać ludzi o ich życie. Co jest dla ciebie za drogie? Co najbardziej utrudnia ci życie? Co należałoby zmienić? Potem z takich rozmów robił krótkie filmy. W centrum nie zawsze był kandydat. Czasem był nim człowiek, który mówił o czynszu, kosztach opieki nad dzieckiem, transporcie albo cenie zakupów. To drobna różnica, ale politycznie bardzo duża. Nie zaczynam rozmowy od: dlaczego głosujesz źle? Zaczynam od: co mogę zrobić, żeby twoje życie było lepsze? Dopiero potem przychodzi polityka.

To również pokazuje, dlaczego nie zakładałbym, że wyborca Trumpa w Stanach albo wyborca AfD w Niemczech jest na zawsze przypisany do radykalnej prawicy. Istnieją ludzie, którzy przede wszystkim chcą zerwania z establishmentem i odpowiedzi na materialne problemy. Jeżeli dostaną wiarygodną ofertę z lewej strony, mogą zagłosować także na lewicę. I właśnie tych ludzi niemiecka lewica powinna próbować odzyskać, zamiast tłumaczyć im, dlaczego ich dotychczasowy wybór świadczy o moralnym upadku.

Do tego potrzebna byłaby jednak lewica dużo bardziej konkretna. Chciałbym usłyszeć od lewicowego kandydata: od 1 stycznia zmieni się dla ciebie pięć rzeczy. Masz problem z mieszkaniem? Budujemy mieszkania publiczne. Nie pięćset za dziesięć lat, tylko tyle i tyle mieszkań, w tych miastach, za takie pieniądze. Państwo może się w tym celu zadłużyć. Jeżeli ktoś traci mieszkanie, nie dajemy mu najpierw dwudziestu formularzy do wypełnienia i listy warunków, które musi spełnić, żeby zasłużyć na pomoc. Patrzymy na doświadczenia Finlandii i Housing First: najpierw stabilne mieszkanie, potem rozwiązujemy resztę problemów. Nie stać cię na ciepły obiad? Dlaczego w Magdeburgu, Halle czy Cottbus nie mogłyby działać tanie, publicznie wspierane stołówki trochę na wzór warszawskich barów mlecznych? Pomysł by się dobrze sprzedał. Masz dzieci? Żłobek jest bezpłatny. Wtedy wreszcie spieramy się o coś konkretnego. A wyborca wie, co ma dostać.

To samo dotyczy migracji. Lewica popełnia błąd, jeśli uważa, że samo postawienie pytania o problemy związane z migracją oznacza już przejęcie języka AfD. Ludzie chcą odpowiedzi także tutaj. Można bronić prawa do azylu. Można być za legalną migracją i przeciwko rasizmowi. A jednocześnie można powiedzieć, że państwo powinno wiedzieć, kto do niego przyjeżdża, szybciej podejmować decyzje, skuteczniej integrować tych, którzy zostają, i egzekwować prawo również wtedy, kiedy cudzoziemiec popełnia ciężkie przestępstwo. To nie musi być prawicowa odpowiedź. To może być po prostu odpowiedź lewicy, która uważa, że sprawne państwo jest czymś dobrym.

Czytaj także To się nie może dobrze skończyć. Remigracja wkracza do mainstreamu Jakub Majmurek

BSW zrozumiało ten problem wcześniej niż Die Linke. Wagenknecht czasami idzie w tej sprawie znacznie dalej, niż ja bym poszedł, ale przynajmniej zauważyła, że moralizowanie nie zastępuje polityki. Jednocześnie dane z Saksonii-Anhalt pokazują, dlaczego nie można zrobić błędu odwrotnego i tłumaczyć całego wyniku migracją. Ludzie boją się także utraty statusu, słabszej gospodarki, emerytury, kosztów życia, braku lekarza i tego, co zostanie z ich miasta za dziesięć czy dwadzieścia lat. To są klasyczne tematy lewicy. A jednak głosy zbiera AfD.

Od czego zacząć? 

Można odpowiedzieć, że program AfD nie poprawi sytuacji ekonomicznej wielu jej własnych wyborców. Można pokazywać sprzeczności jej programu gospodarczego. Trzeba to robić. Ale samo powiedzenie człowiekowi, że został oszukany, rzadko wystarcza, żeby zagłosował inaczej. Trzeba mieć własną ofertę. 

Dlatego największą lekcją Mamdaniego nie jest dla mnie to, że lewica powinna być bardziej „radykalna”. Chodzi raczej o coś prostszego: powinna znowu nauczyć się być ciekawa ludzi. Wyjść na ulicę. Zapytać. Co cię wkurza? Czego ci brakuje? Na co nie masz pieniędzy? Co państwo mogłoby zrobić, żeby za rok żyło ci się trochę lepiej? A potem – i to jest najważniejsze – naprawdę z tych odpowiedzi zrobić politykę, a nie zaczynać od wielkiego wykładu o demokracji.

**

Tomasz Kurianowicz – studiował literaturoznawstwo i muzykologię w Berlinie, gdzie w 2011 roku ukończył studia. W 2020 roku uzyskał stopień doktora literaturoznawstwa na Columbia University w Nowym Jorku. Do 2018 roku pracował jako redaktor działu kultury w ZEIT ONLINE. Od lipca 2020 roku był kierownikiem działu „Społeczeństwo i debata” w dziale kulturalnym Berliner Zeitung oraz zastępcą redaktora naczelnego działu kultury. W marcu 2021 roku objął stanowisko redaktora naczelnego wydania weekendowego Berliner Zeitung, a w lipcu 2022 roku został redaktorem naczelnym Berliner Zeitung, funkcję tę pełnił do października 2025 roku. Obecnie pracuje jako niezależny autor i dziennikarz w Berlinie.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
1
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x