Minęło wiele lat, odkąd świat potępił tajne więzienia oraz „wzmocnione techniki przesłuchań” stosowane przez CIA. Wciąż jednak pokutuje przekonanie, że zakaz tortur jest wyłącznie kwestią przyzwoitości. Przedstawiając tę fundamentalną prawnoczłowieczą zdobycz jako uzasadnioną jedynie współczesną wrażliwością na krzywdę, sprawiamy, że staje się ona łatwa do zignorowania przez osoby, które odrzucają oświeceniowe dziedzictwo humanitarystów – a takich, szczególnie ostatnimi czasy, nie brakuje.
Zwłaszcza kiedy w grę wchodzi bezpieczeństwo publiczne, jak to było w czasie „wojny z terroryzmem”. Wydawać się może, że przychodzi wówczas czas na twardą grę zamiast łagodnego postępowania z oskarżonymi, ponieważ stawki są za wysokie. W rzeczywistości za zakazem tortur nie stoi jedynie troska o dobrostan przesłuchiwanych, ale również solidna neuronauka oraz to, że w obecnym kształcie procedury karnej – inaczej, niż we wczesnej nowożytności – nie zdają one egzaminu jako środek dowodowy.
Od sądów bożych do tortur. Jak przemoc stała się środkiem dowodowym
Tortury w procesie karnym rozpowszechniły się w późnym średniowieczu. Wcześniej w procesie średniowiecznym dominowały przede wszystkim przysięga oraz ordalia, czyli sądy boże. Przysięgę składano wraz ze współprzysiężnikami i była ona raczej wyrazem klanowej solidarności i narzędziem utrzymania spoistości grupy niż środkiem mającym przybliżyć do poznania materialnej prawdy. Sądy boże przyjmowały różne formy – czasem trzeba było wziąć do ręki rozpalone żelazo, a o wyniku procesu świadczyło to, jak dobrze rana się goi. Inny test polegał na przełknięciu bez zakrztuszenia się poświęconego kawałka chleba. Chyba najsłynniejsza jest jednak próba zimnej wody, która przetrwała aż do czasów polowań na czarownice we wczesnej nowożytności. Wszystkie one miały wspólny mianownik – zostawiały osąd bogu, który miał wskazać niewinnego.
Co ciekawe, samo papiestwo na ten przejaw głębokiej religijności przez długi czas patrzyło nieprzychylnie, ponieważ ordalia często dawały odpowiedzi ostentacyjnie nieprawdziwe. Kiedy wieszano mężczyznę za zabójstwo, ponieważ nie przeszedł sądu bożego, a jego „ofiara” odnajdywała się po dwóch tygodniach cała i zdrowa, trzeba było wykonywać intensywną mentalną gimnastykę, aby uzasadnić, że bóg działa w tajemniczy sposób, a powieszony na pewno miał coś na sumieniu. Koniec ordaliów przyszedł wraz ze wzmocnieniem roli papiestwa w związku z centralizacją kościelnej władzy – zostały zakazane na IV Soborze Laterańskim.
Sądy boże pozostawiły po sobie ziejącą lukę w dostępnych środkach dowodowych. Lukę tę wypełniono torturami, które miały przynajmniej tę przewagę nad ordaliami, że w poszukiwaniu prawdy sięgały do umysłu oskarżonego, który bez wątpienia istniał. To jedna z niewielu pozytywnych rzeczy, jakie można powiedzieć o torturach.
Wskazówki dla sędziów z XVI-XVIII wieku jako metody tortur wymieniały między innymi strappado. Przesłuchiwanego podnoszono kołowrotem na linie pod sufit za związane za plecami ręce i wyrywano ramiona ze stawów. Czasem dla urozmaicenia do nóg oskarżonego przywiązywano wielokilogramowe obciążenia albo puszczano kołowrót, aby gwałtownie zatrzymać spadające ciało tuż nad ziemią, powodując dalsze przemieszczenie stawów (z tym należało uważać, ponieważ trzeciego czy czwartego spadku co do zasady podsądny nie przeżywał, a nie o to w całej procedurze chodziło). Inną znaną techniką śledczą był brodequin. Zamysł i wykonanie były bardzo proste – nogi ofiary umieszczano między trzema drewnianymi płytami, ciasno związanymi ze sobą solidnym sznurem. Następnie tam, gdzie się dało, wciskano drewniane kliny, które wbijano młotkami, co skutkowało miażdżeniem kolan. Nogi przesłuchiwanego czy przesłuchiwanej zamieniały się z czasem w pulpę z mięsa, szpiku i kości, co mogło skutkować nieodwracalną niepełnosprawnością. Inaczej niż dzisiaj, nie przejmowano się wówczas tym, czy tortury pozostawią na ciele ślady, czy nie, ponieważ były powszechnie uznawaną, opisaną w kodeksach metodą prowadzenia przesłuchań.
Ich obecność w śledztwie była poniekąd wymuszona kształtem nowożytnej procedury nazywanej inkwizycyjną. Zawędrowała ona do ustawodawstwa świeckiego z sądów kościelnych. Jej cechami charakterystycznymi były: podejmowanie przez państwowego oficjela postępowania z urzędu, tajność i pisemność, mocno ograniczone prawo do obrony i stosowanie tak zwanej legalnej teorii dowodowej. To ta ostatnia odpowiadała za popularność tortur jako środka dowodowego.
Przyznanie się jako „królowa dowodów”
Legalna teoria dowodowa jest przeciwieństwem sytuacji, w której sędzia ocenia dowody swobodnie, jak ma to miejsce dzisiaj. Niewykluczone, że za jej powstaniem stała niepewność związana z tym, że miejsce sądów bożych zająć miał omylny człowiek. Swobodę sędziego w ocenie dowodów ograniczono do minimum, nadając poszczególnym zeznaniom i poszlakom wartość liczbową. Do skazania kogoś na śmierć wymagano zebrania pełnego dowodu, który składać się mógł z zeznań dwóch naocznych świadków (każdy wart był pół dowodu). Znalezienie dwóch naocznych świadków poważnego przestępstwa jest nie lada wyzwaniem, więc na całe szczęście możliwości śledczego nie kończyły się na tym – pełnym dowodem było przyznanie się do winy, nazywane wówczas „królową dowodów”.
Biorąc pod uwagę, jak wielki nacisk kładziono na to ostatnie, łatwo zrozumieć wagę i przydatność tortur w procedurze inkwizycyjnej. Dzisiaj doskonale wiemy, że przyznanie się do winy jest dalekie od bycia „królową dowodów”, ponieważ wiele osób jest w stanie na przykład przyznać się do głośnego morderstwa dla zwrócenia na siebie uwagi. Dzięki psychologii i neuronaukom zdajemy sobie też sprawę, jak łatwo jest wpłynąć na czyjeś wspomnienia w stresowej sytuacji czy wymusić przyznanie się, które nie będzie zgodne z prawdą. Mimo że już we wczesnej nowożytności zauważano ze sceptycyzmem, że ludzie w obawie przed bólem przyznają się do rzeczy, których prawdopodobnie nie zrobili, dominacja legalnej teorii dowodowej długo nie dawała sądom pola manewru i skłaniała do używania tortur, aby wyciągnąć od oskarżonego przyznanie się do winy – mniejsza o to, czy zgodne z prawdą. Dopiero rozwój alternatywnych form kary za ciężkie przestępstwa i wypracowanie w XVII wieku sposobów na zabezpieczanie dodatkowych dowodów, aby pomimo braku przyznania się móc skazać oskarżonego na przykład na galery, skutkowały powolnym rozkładem procedury, w której tortury były de facto konieczne do skazania. Dzięki temu w oświeceniu można było występować na rzecz ich abolicji.
Nowożytni śledczy mieli wobec tego rację zakładając, że z użyciem tortur łatwiej będzie im zdobyć pełen dowód potrzebny do wydania wyroku śmierci. Nie oznacza to, że są one efektywnym środkiem do pozyskiwania przydatnych dla śledztwa, zgodnych z prawdą informacji. Jest dokładnie odwrotnie, ponieważ co do zasady poprzez wywoływanie u przesłuchiwanych nieludzkiego stresu degradują ośrodki w mózgu, które odpowiadają za pamięć, czyli dokładnie te, które przesłuchujący powinien chcieć zachować w jak najlepszej formie.
Mit skutecznych tortur w „wojnie z terroryzmem”. CIA dostawała półprawdy i fałszywe tropy
Propaganda tortur z okresu wojny z terroryzmem lała się strumieniami z amerykańskiego kina, gdzie główny bohater stawał często przed raczej niespotykanym w prawdziwym życiu scenariuszem – np. w jego rękach znajdowała się osoba mająca wiedzę o tym, gdzie za pół godziny wybuchnie bomba. W takiej sytuacji przesłuchiwany po kilku ciosach w twarz albo sesji podtapiania wyjawiał tajemnicę, dzięki czemu miasto było uratowane. Rzeczywistość przedstawia się o wiele mniej ekscytująco. Jose Rodrigues, szef Narodowych Tajnych Służb CIA, sam przyznał, że „wzmocnione techniki przesłuchań” wymagają jakichś trzydziestu albo nawet sześćdziesięciu dni, żeby zacząć „działać”. O tym, o jakim „działaniu” w ogóle mówimy, możemy się przekonać, kiedy spróbujemy wyobrazić sobie nasz stan mentalny po jedenastu dniach deprywacji snu i to, czy halucynując mielibyśmy cokolwiek koherentnego do powiedzenia.
Argumentując za torturami często podpierano się faktem, że dzięki nim poznano miejsce pobytu Osamy Bin Ladena. Miał je wyjawić Khalid Shejk Muhammad (który niedługo stanie przed sądem jako główny autor zamachów z 11 września). Był on poddawany waterboardingowi prawie 200 razy, co miało doprowadzić CIA do kluczowego kuriera Al-Kaidy. Ta opowieść to czysta propaganda służb – w rzeczywistości kryjówkę Bin Ladena odkryto dzięki przesłuchaniu innego świadka, wobec którego nie stosowano tortur. Khalid Szejk Muhammad przyznał później, że podczas „wzmocnionych przesłuchań” sypał jak z rękawa całkowicie bezużytecznymi i nieprawdziwymi informacjami tylko po, by na chwilę dano mu spokój.
Podczas przesłuchania z użyciem tortur mówienie czegokolwiek staje się odruchem, ponieważ obiecuje chwilę wytchnienia. Jako że możliwości poznawcze przesłuchiwanych w trakcie symulowanego topienia są drastycznie ograniczone – skupiają się oni głównie na tym, aby się nie utopić – rzeczy, które mówią, to często chaotyczna zbitka półprawd i mylnych tropów. Część z nich może brzmieć bardzo przekonująco i być niezwykle szczegółowa – Khalid Szejk Muhammad uraczył przesłuchujących historią o współpracowniku Al-Kaidy, który wyprowadził się do Peszawaru, wziął ślub i zaprzestał działań na rzecz organizacji (nie zaprzestał, nie wyprowadził się do Peszawaru ani nawet nie wziął ślubu).
Neuronauka obala mit skuteczności tortur. Ekstremalny stres niszczy pamięć i produkuje konfabulacje
Fakt, że tego typu informacje są produktami przesłuchań z użyciem tortur, współgra z tym, co neurolodzy mówią o działaniu mózgu pod wpływem ekstremalnego stresu. Biorąc pod uwagę, że sami przedstawiciele CIA przyznawali, że na pierwsze efekty „wzmocnionych technik przesłuchań” nierzadko trzeba czekać dwa miesiące, nie można nazwać tej taktyki nawet ekonomicznym działaniem na skróty. Jest to natomiast z pewnością satysfakcjonujące rozwiązanie dla kogoś, kto, po pierwsze jest sadystą, a po drugie lubi marnować czas i publiczne pieniądze na wysłuchiwanie bezużytecznych majaczeń i konfabulacji.
Czas ten można byłoby wykorzystać na przesłuchania, które nie prowadzą do wywołania u zatrzymanego amnezji (takie właśnie są skutki deprywacji snu), ponieważ tego rodzaju upośledzenie funkcji poznawczych nikomu nie jest na rękę. Można odnieść wrażenie, że obrona tortur ze strony części polityków była pozostałością po religijnie motywowanym przekonaniu z okresu nowożytności, które zakładało, że ludzka wola jest, mocą grzechu pierworodnego, do głębi zepsuta. Wobec tego uważano, że do prawdy najbardziej zbliżają procedury mające zmusić ciało do jej ujawnienia poprzez niekontrolowane odruchy. Przekonanie, że torturowany uczciwie wykrzyczy nam wszystko, co wie, zamiast zarzucić nas stekiem przypadkowych bzdur, rezonuje z tym liczącym setki lat zabobonem.
W 2014 roku amerykańska Komisja Senacka uznała program tortur CIA za nieefektywny, a samej agencji zarzuciła zarówno zatajanie tego, w jakim stopniu techniki były wykorzystywane, jak i bezpodstawne przekonywanie o ich skuteczności. Oczywiście nie zniknęły one z praktyki szeregu służb na całym świecie – są na porządku dziennym chociażby w Rosji czy na terenach okupowanych przez Izrael. W wielu przypadkach traktuje się je po prostu jako bezmyślny środek represji i sposób na wyżycie się na podejrzanym. Dalej pokutuje jednak obiegowa mądrość nakazująca wierzyć, że są nadzwyczaj skuteczne w zdobywaniu informacji, a niekorzystanie z nich przez aparat państwowy to ograniczenie własnych możliwości na rzecz kompromisu z narzekającymi humanitarystami, którzy nie znają prawdziwego życia.
**
Książki, z których korzystałam: H. Langbein, Torture and the Law of Proof.; L. Silverman, Tortured Subjects. Pain, Truth, and the Body in Early Modern France; S. O’Mara, Why torture doesn’t work; R. Bartlett, Trial by Fire and Water. Medieval judicial ordeal










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!