Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Rosja, MAGA, Mitteleuropa. Dlaczego wschód Niemiec chce „odzachodnienia”?

AfD przekuwa wschodnioniemieckie poczucie marginalizacji w wizję Niemiec mniej zachodnich, bardziej suwerennych i otwartych na Rosję. Skąd bierze się siła tej opowieści?

Rozmowa
Kontekst

🗳️ 6 września AfD wygrała wybory do landtagu Saksonii-Anhalt, zdobywając 43,8 proc. głosów i 39 z 83 mandatów – ponad dwukrotnie więcej niż w poprzednich wyborach. CDU, która rządziła landem od 2002 roku, uzyskała 17,2 proc.

🇷🇺 1 września niemiecki rząd oficjalnie przypisał Rosji odpowiedzialność za próbę ataku dronowego na lotnisko Lipsk/Halle z 4 sierpnia i zapowiedział działania odwetowe wobec rosyjskich instytucji i obywateli.

⚡ Przed wyborami w Saksonii-Anhalcie doszło także do serii incydentów wymierzonych w niemiecką infrastrukturę energetyczną, które wpisują się w rosnące obawy Berlina dotyczące rosyjskich działań hybrydowych.

Celnie!
Gniew

2

Michał Sutowski: Tuż przed wyborami do landtagu w Saksonii-Anhalcie doszło do serii aktów lub prób sabotażu na podstacje niemieckich elektrowni w brandenburskim Jänschwalde, Bergheim i Dormagen w Nadrenii. Czy to sprzyjało Alternatywie dla Niemiec w jej kampanii, skądinąd bardzo udanej?

Jacob Ross: Mam wątpliwości. Atmosfera w Niemczech jest dziś na tyle nerwowa, że łatwo nam wszystko połączyć ze wszystkim, krążą różne teorie na temat grup interesu, które korzystają na takich wydarzeniach i mogłyby przy ich pomocy manipulować wynikiem wyborów. Jednocześnie ataki na infrastrukturę energetyczną, a więc de facto na całe społeczeństwo, wzmacniają raczej pragnienie utrzymania stabilności. A ono jednak sprzyja rządzącym – co innego w przypadku zamachów nie kojarzonych z Rosją, a np. z islamistami, które miały już miejsce w przeszłości i które faktycznie podbijały poparcie prawicowym populistom.

Chwilę wcześniej rząd – w osobach kanclerza i szefa MSW – wypowiedział się w sprawie lipcowych ataków dronowych na lotnisku w Lipsku i sprawstwo jednoznacznie przypisał Rosji. Środki odwetowe są jednak… umiarkowane: zamknięcie rosyjskiego domu kultury w Berlinie, konsulatu Federacji Rosyjskiej w Bonn, utrudnienia przy wjeździe Rosjan do Niemiec. Czy ta ostrożność miała coś wspólnego z wyborami?

Rozumiem, jak to wygląda z perspektywy zagranicy, z Polski czy z Francji. Moi francuscy rozmówcy nijak nie mogą zrozumieć reakcji rządu Niemiec na te zamachy ani tego, że wypowiedź kanclerza Merza – że sprawcy zapłacą za to odpowiednią cenę – uważana jest w naszej debacie za stanowczą. Ja chyba też życzyłbym sobie reakcji mocniejszej, niemniej trzeba wziąć pod uwagę niemiecką kulturę strategiczną w obszarze bezpieczeństwa. W naszej logice wewnętrznej już samo wskazanie Rosji jako sprawcy zamachów przez szefa MSW Alexandra Dobrindta było aktem szczególnym, wręcz historycznym. Zarówno rząd Scholza w przeszłości, jak i rząd Merza teraz, miewały duże problemy z komunikacją tego rodzaju.

Czytaj także Co sprzedaje AfD i dlaczego to problem dla lewicy Tomasz Kurianowicz

A co do AfD, to obóz rządzący często wskazuje, że to partia zdrajców ojczyzny, którzy reprezentują interesy Rosji, przynajmniej na poziomie komunikacyjnym, a sugeruje się, że chodzi o coś więcej. Akurat przy okazji Lipska nie wskazywano na powiązania tego rodzaju. Zarówno kanclerz, jak i premier Saksonii-Anhaltu Sven Schulze uderzają w inne tony: że w czasach tak wielu kryzysów, z wojną w Ukrainie i zagrożeniem rosyjskim na czele, państwu potrzeba przede wszystkim stabilności i przywództwa partii zdolnej udźwignąć rządzenie. Czyli powtarzają właściwie tradycyjną, historyczną linię CDU.

Politycy AfD kwestionowali jednak rosyjskie sprawstwo ataków w Lipsku. W swoim przekazie akcentują jednocześnie, że priorytetem Niemiec powinno być unikanie eskalacji konfliktu z Rosją. Dlaczego ten argument jest w Niemczech, zwłaszcza na wschodzie, tak bardzo nośny – skoro nikt chyba nie boi się na serio, że rosyjskie czołgi znowu przekroczą Odrę ani że Niemców czeka rosyjska okupacja, co już u Bałtów czy u nas nie jest bynajmniej obawą absurdalną…?

Lęk wojenny czy nawet lęk przed eskalacją z Rosją jest w Niemczech, zwłaszcza w ich wschodniej części, dużo bardziej abstrakcyjny niż u was, u Szwedów, Finów czy innych państw na skraju wschodniej flanki NATO. To coś bardziej teoretycznego, wiąże się na przykład ze słabo uchwytną obawą przed wojną nuklearną, przed rosyjskimi rakietami z Królewca – i zarazem bardzo nikłym poziomem wiedzy. Trudno się z tak rozproszonym lękiem rozprawić, zwłaszcza gdy towarzyszy mu żywa na wschodzie Niemiec tradycja ruchów pokojowych i przekonanie, że rosyjska agresja na Ukrainę to tak naprawdę reakcja obronna.

Na zagrożenie ze strony „nazistowskiej“ Ukrainy??

Tak myślących w Niemczech jest bardzo niewielu, ale już całkiem dużo ludzi uważa, że to wszystko wina ekspansji NATO na wschód, amerykańskiej obecności wojskowej w Europie i „kontekstu geopolitycznego“, w którym Putin broni się jedynie przed agresją innego wielkiego mocarstwa. Dobrze to było widać po reakcjach na niemiecko-amerykańską zapowiedź z lipca 2024 roku, za kadencji Bidena, że na terenie Niemiec znów miałyby stacjonować rakiety Tomahawk, SM-6 czy broń hipersoniczna. Alternatywa dla Niemiec, podobnie jak w czasie pandemii i ruchu „koronasceptyków“, dość skutecznie podłączała się pod wschodnioniemieckie demonstracje w tej sprawie – i tu ma naprawdę spory potencjał do dalszej mobilizacji.

Organizacja landowa AfD w Saksonii-Anhalcie uchodzi za szczególnie prorosyjską: otwarcie domaga się zniesienia sankcji wobec Rosji, przywrócenia – czyli „normalizacji“ – relacji handlowych, w tym importu ropy i gazu, naprawy wysadzonej w powietrze nitki Gazociągu Północnego. Jak to się ma do realnych interesów gospodarczych samego landu?

W Saksonii-Anhalcie znajduje się tzw. trójkąt chemiczny, czyli kompleks przemysłowy Leuna – Bitterfeld-Wolfen – Schkopau, który ma obecnie głębokie problemy, charakterystyczne zresztą dla wielu części Niemiec. Jeśli zostawić na boku kwestie etyczne i polityczne, to argument o zbawiennej roli taniego gazu z Rosji dla części branż przemysłu niemieckiego jest faktycznie trudny do zbicia. Ktoś może powiedzieć, że o takich sprawach jak import gazu nie decyduje się na poziomie pojedynczego landu, ale tu sprawdza się klasyczna technika populistów: domagajmy się czegoś będąc w opozycji, nawet jeśli nie dalibyśmy rady tego wprowadzić, gdybyśmy sami rządzili. Łatwo czegoś takiego żądać, a potem tłumaczyć, że chcemy dla ludzi dobrze, ale Berlin nie pozwala.

Tak czy inaczej, ceny energii dla konsumentów i przemysłu, a ostatnio też troska o niedobory gazu na zimę – w mediach dużo się teraz mówi o pustych magazynach – to silnie mobilizujący temat i nie przypadkiem AfD nim gra. Podobnie zresztą Sojusz Sahry Wagenknecht, a nawet SPD. Niedługo czekają nas wybory w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, gdzie całkiem skuteczną kampanię prowadzi była premier landu Manuela Schwesig, mocno krytykowana za życzliwą postawę wobec Rosji w czasach budowy niemiecko-rosyjskiego gazociągu.

A czy prorosyjskość AfD i jej wyborców nie jest aby składnikiem „ideologii protestu“? Skoro Wessi i establishment są tacy proukraińscy, skoro bardziej ich obchodzi los Kijowa czy Buczy niż wyludnione wioski pod Magdeburgiem i przestępczość w Chemnitz – to my mamy gdzieś ich argumenty w sprawie zagrożenia rosyjskiego.

Wydaje mi się to prawdopodobne. Sam jestem bardzo zachodnioniemiecki, pochodzę z Zagłębia Ruhry. Od lat biorę udział w debacie na ten temat i widzę, jak różnie wypowiadają się ludzie urodzeni w Essen, Duisburgu bądź pod granicą francuską, a jak ci z Halle i Magdeburga. Współpraca z Rosją czy Chinami, te wszystkie teorie geopolityczne o wielobiegunowości albo Putinie broniącym tradycyjnych wartości nie muszą być wcale pierwszą motywacją wyborców. Ważniejsza może być reakcja na proces historyczny, w którym ludzie z jakieś części kraju traktowani są albo jako przegrani, albo ci, którzy powinni się dostosować do trendów i decyzji pochodzących skądinąd.

Znów, AfD bardzo sprawnie obsługuje te nastroje – także jej politycy z Zachodu, którzy głoszą, że najlepiej, gdybyśmy wszyscy byli „wschodnioniemcami“. Bo to wschód, według nich, pozostał najbardziej niemiecki i najmniej uzachodniony. Tutaj na realne procesy historyczne nakładają się oczywiście teorie spiskowe, jak to Amerykanie celowo łamali Niemcom kręgosłup i przekuwali na nowo ich mentalność, żeby ci wyzbyli się swego charakteru narodowego. W taką stronę idą poglądy m.in. Hansa-Thomasa Tillschneidera, który pisał program partii dla Saksonii-Anhaltu. Także z tego powodu reakcyjny pogląd na politykę międzynarodową dobrze się zakorzenia we wschodniej części Niemiec.

A wyobraża pan sobie Niemcy jako kraj dwóch zupełnie różnych kultur geopolitycznych? W którym np. w części landów wschodnich panuje zupełnie inne podejście do Rosji, do Unii Europejskiej, do istniejącego i postulowanego porządku międzynarodowego?

Sama AfD woli używać pojęcia „Niemcy środkowe“, widząc je jako część większej europejskiej przestrzeni, z Bałkanami, Austrią czy Polską. To jest rodzaj fantazji, w której „zachodniacy“, przywiązani do wizji liberalnej przestrzeni transatlantyckiej, nie bardzo mają czego szukać.

To nie tylko kwestia nastrojów czy poglądów wyborców, ale też obecności ludzi z ich sposobem myślenia w strukturach państwa. Bo przecież rząd AfD w danym landzie oznacza kontrolę nad landowym Urzędem Ochrony Konstytucji, policją i częścią wymiaru sprawiedliwości, ale także dostęp do informacji tajnych służb, zasiadanie w Konferencji Ministrów Spraw Wewnętrznych… Z pewnością znalazłoby się tam wielu ludzi motywowanych ideologicznie, za pomocą których także np. Rosjanie chcieliby uzyskać wpływ na niemieckie urzędy.

Czytaj także Polska prawica cieszy się z niemieckich problemów. Niemiecka prawica zachwyca się Polską Tomasz Kurianowicz

Wśród polskich ekspertów – w tym z poznańskiego Instytutu Zachodniego – można spotkać się z tezą, że ewentualne rządy AfD w tak centralnie położonym landzie mogą wpłynąć bezpośrednio na bezpieczeństwo wschodniej flanki NATO. Bo co, jeśli w razie poważnego kryzysu bezpieczeństwa władze zaczną utrudniać np. transport zaopatrzenia, broni czy wręcz żołnierzy na wschód?

Mimo wszystko nie uważam tego za realistyczny scenariusz, bo taki rząd landu byłby przywoływany do porządku przez własną centralę partyjną. Na zasadzie: wygraliście w Saksonii-Anhalcie, to fantastycznie, ale to jest kraj związkowy z 1,7 mln obywateli, a my walczymy o dużo, dużo więcej, bo o władzę w całych Niemczech. Podważenie w ten sposób sojuszy Niemiec odstraszyłoby mnóstwo wyborców z zachodniej części kraju, która jest jednak dużo liczniejsza.

W listopadzie 2025 roku doszło do różnicy zdań między dwójką liderów – Alice Weidel i Tino Chrupallą – w kwestii udziału kilkorga działaczy AfD w szczycie Europa-BRICS, organizowanym przez Rosjan w Soczi. Weidel ich skrytykowała, Chrupalla popierał. To była ustawka: dobry i zły policjant, spór o taktykę wizerunkową, a może stoi za tym prawdziwy spór frakcji partyjnych o kierunek polityki zagranicznej?

Główny doradca Chrupalli ds. Zagranicznych Dimitrios Kisoudis z pewnością rozumie, co udział posłów w takim spotkaniu znaczy i skoro polecił szefowi dać im zielone światło, to była to decyzja strategiczna: jeźdźcie do Soczi i pokażcie się tam wyborcom, wśród Indusów, Rosjan, Brazylijczyków… Co do Weidel nie jestem pewny, bo nie znam osobiście kręgu jej doradców, choć na pewno w drugim szeregu są tam ludzie o silnych przekonaniach. Sami politycy, Weidel i Chrupalla, to jednak ludzie przede wszystkim grający o władzę, którzy nie mają całkowicie ugruntowanego światopoglądu. Weidel wypada bardzo autentycznie ze swą wściekłością na niesprawiedliwe traktowanie i pragnieniem rzeczywistej zmiany, ale wątpię, żeby miała twardą wizję tego, gdzie mają być Niemcy za 10 lat – dogadane z Rosją i Chinami, czy raczej z USA.

Na pewno mamy w AfD różne ścierające się szkoły myślenia i nie wiadomo, która zyska przewagę. Jako analitycy czy dziennikarze często rozmawiamy z ich przedstawicielami, ale trzeba być ostrożnym – nie należy przeceniać ich wpływu na realną politykę i poglądy ludzi, którzy są częścią machiny parlamentarnej. Zwłaszcza ludzie na czele partii – jeśli ulegają wpływom, to niekoniecznie ideologów czy teoretyków, a raczej nastrojów w samym ugrupowaniu, są dosyć oportunistyczni. Niektórzy kierują się doraźnymi badaniami opinii, inni kombinują bardziej długofalowo, jaki pogląd pozwoli im pozyskać większość.

Tak czy inaczej, spór wewnętrzny – np. o stosunek do Stanów Zjednoczonych i ruchu MAGA – jest chyba autentyczny?

Jak najbardziej. Z jednej strony mamy wyraźnie prorosyjskie tzw. Skrzydło, czyli środowisko skupione wokół Björna Höcke, szefa frakcji parlamentarnej AfD w Turyngii. Oni odrzucają obecność USA w Niemczech i w ogóle w Europie z powodów ideologicznych i nie uważają Niemiec za część Zachodu, lecz za kraj, który został „uzachodniony“ i teraz trzeba go zasadniczo odzachodnić. Z drugiej strony rozmawiałem z wieloma posłami z komisji Bundestagu ds. obrony i wielu z nich to byli oficerowie Bundeswehry, doświadczeni we współpracy z NATO. Część, zwłaszcza tych z sił powietrznych, kształciła się nawet w USA i to są klasyczni Wessis, dawniej należący do konserwatywnego skrzydła chadecji, generalnie proamerykańscy i prozachodni. Te dwa obozy się ścierają, choć znów trzeba pamiętać, że wielu posłów siedzi gdzieś po środku i tylko przygląda się, czyje argumenty lepiej trafiają do wyborców.

W sprawie polityki migracyjnej CDU/CSU wyraźnie przesunęła się w prawo pod wpływem AfD i tego, jak linia tej partii rezonuje w niemieckim społeczeństwie. Czy coś podobnego możliwe jest w obszarze polityki zagranicznej?

Sądzę, że może dojść do zmian np. w obszarze stosunków z USA. Przez ostatnie dwa lata ostro spierano się w CDU na temat sieci kontaktów, jakie z elitą ruchu MAGA wyrobił sobie polityk prawego skrzydła Jens Spahn, spotykający się z Peterem Thielem i Ronem DeSantisem czy odwiedzający konferencję CPAC. Ma to oczywiście związek z faktem, że AfD próbuje podebrać chadekom ich tradycyjny wizerunek niemieckiej partii transatlantyckiej i pokazać się jako nowy, lepszy partner Amerykanów, oczywiście tych Amerykanów z MAGA. Z czasem – zależnie od tego, jak republikanom pójdą kolejne wybory i jakie wpływy zachowa J.D. Vance – coraz więcej chadeków może dojść do wniosku, że nie da się dłużej pielęgnować stosunków z USA tak, jakby to były dalej lata 60. czy 70., a między republikanami i demokratami panował liberalny, proeuropejski konsensus.

A inne sprawy?

Co do polityki wobec Izraela, to nie spodziewałbym się jakichś dużych kompromisów – proizraelska postawa to samo jądro chadeckiej tożsamości w Niemczech. Jeśli zaś chodzi o Rosję, to oczywiście są w CDU ludzie, którzy tylko czekają, by po zawarciu jakiegoś zawieszenia broni, po odczekaniu roku czy dwóch – bo oczywiście nie teraz – zacząć wracać do interesów z Rosją. Choćby z tym argumentem, że trzeba Rosję strategicznie „odzyskać“ z objęć Chin.

A jak to wygląda w kwestii wsparcia dla Ukrainy – wysyłania broni, ale też współpracy przemysłu zbrojeniowego? Niemcy wydają się na tym korzystać, pozyskują know-how prosto z frontu. Czy pod wpływem sukcesów AfD cokolwiek może się tu zmienić?

Na dzisiaj nie, bo też wyraźna większość społeczeństwa popiera obecną politykę rządu wobec Ukrainy. Co innego, jeśli sytuacja gospodarcza w ciągu dwóch-trzech lat będzie jeszcze poważniejsza niż dziś – wówczas argument, czy stać nas na to, by przekazywać Ukrainie 20-25 mld euro rocznie, nabierze zupełnie innej wagi. Teraz to wciąż jest kwestia tożsamościowa dla liderów chadecji, niekoniecznie jednak dla jej działaczy i szeregów partyjnych z landów wschodnich. Inna rzecz, że ich wpływ na centralę partyjną jest ograniczony, bo tam CDU ma zwyczajnie dużo mniej członków, no i w ogóle jest tam mniej wyborców.

Działacze Alternatywy dużo piszą i mówią o zmianie niemieckiej kultury pamięci. Zamiast ciągle tylko „przezwyciężać przeszłość” i taplać się w poczuciu winy – tak interpretują obecny dyskurs – chcą, by Niemcy lepiej pamiętali o Bismarcku niż o zbrodniach Hitlera, a zamiast architektury Bauhausu doceniali raczej gotyckie kościółki. Z polskiego punktu widzenia to jest dramat: mniej rozliczeń z II wojną światową, więcej apologii Prus. Z drugiej strony popularne tam jest hasło, że „ze wschodu świeci światło” i mowa nie tylko o landach byłej NRD, ale też Europie Środkowej, jako tej bardziej „europejskiej”, mniej zepsutej przez globalizm i liberalizm… Jakie jest w ogóle miejsce naszego kraju w wizji polityki zagranicznej AfD?

Kiedy w rozmowach z działaczami tej partii słyszałem o Polsce, to zazwyczaj w kontekście koncepcji Eurazji czy Mitteleuropy, a w tym kontekście wasz kraj to może nie tyle przeciwnik, ile konkurent z własnymi ambicjami w regionie i aspiracjami do statusu regionalnego mocarstwa przewodzącego Międzymorzu.

Czytaj także Biedni i źli Niemcy. Kryzys gospodarczy znów karmi prawicowy populizm Kaja Puto

Czyli w kontrze do tej Mitteleuropy, w której dominowaliby Niemcy.

Oczywiście, ogląd Polski jest w tej partii niejednoznaczny – mamy np. europosła polskiego pochodzenia, Tomasza Froelicha, często występującego w polskich mediach. Tacy jak on lubią podkreślać, że przecież Polacy w wielu sprawach postępują słusznie, nie godzą się na pakt migracyjny, chronią granicę, a jak się spaceruje po Warszawie czy Krakowie, to nie ma tych wszystkich problemów z „obrazem miast”, jakie występują powszechnie na Zachodzie. Pod tym względem uważają was wręcz za wzorzec.

„Najbielszy kraj Europy”.

Można to definiować etnicznie i zapewne wielu zwolenników AfD tak właśnie myśli. Część skupia się raczej na kwestii statystyk bezpieczeństwa i kłopotach z różnymi grupami ludności, których u was jest mniej. Jednocześnie żądania reparacji czy nawet przypominanie o polskich ofiarach II wojny światowej jest wyraźnie wbrew stanowisku partii w kwestii polityki historycznej.

Nie wiemy jeszcze czy – a jeśli tak, to kiedy – AfD może zdobyć władzę w kraju lub przynajmniej współrządzić na szczeblu federalnym. Nie wiadomo nawet, czy będą w stanie rządzić w Saksonii-Anhalcie, bo wcześniej zapowiadali, że nie będą tworzyć rządu, jeśli nie zdobędą większości absolutnej, by nie musieć wchodzić w zgniłe kompromisy. Na politykę państwa można jednak wpływać również będąc w opozycji – zwłaszcza przy tak dobrych sondażach. W jaki sposób AfD może kształtować politykę zagraniczną Berlina, zanim zdobędzie Urząd Kanclerski czy MSZ?

Jak już mówiłem, w partii ścierają się różne frakcje, a liderzy często kierują się doraźnymi nastrojami szeregów partyjnych i wyborców. W aparacie partii brakuje ludzi, którzy gruntownie zajmowaliby się polityką zagraniczną. Stąd też stanowiska w sprawach szczegółowych są często niedopracowane. Najważniejsze jednak, że w różnych konkretnych sprawach udaje się AfD przedstawić swoje poglądy czy stanowiska w sprawach polityki międzynarodowej jako zwrócone w przyszłość, niemal „postępowe”.

W jakim sensie?

W kontraście do konsensusu, jaki panuje w starych elitach Republiki Federalnej, w MSZ i Urzędzie Kanclerskim i za Scholza, i za Merza, a który łatwo przestawić jako przestarzały i anachroniczny. Bo tam przecież siedzą ludzie wierzący – tak przedstawia to AfD – że Amerykanie zostaną w Europie następne 100 lat, tak jak byli w XX wieku, a ONZ będzie pełnić ważną rolę w przyszłym porządku światowym. Żeby było jasne: w wielu think tankach, wcale nie prawicowych, powszechne jest przekonanie, że bardzo wiele musi się zmienić, bo stare instytucje po prostu nie pasują do świata, w którym żyjemy. I że stare partie – CDU, SPD, Zieloni, cały ten establishment – muszą zaproponować jakieś własne wizje tego, co trzeba zmienić w Unii Europejskiej, co ma być motorem integracji, w jaki sposób Europejczycy mogą zyskać większe wpływy na świecie itd.

A jak nie zaproponują?

Im dłużej to będzie trwało, tym wiarygodniej zabrzmi narracja, zgodnie z którą stary porządek nam szkodzi, jego instytucje są do niczego, wszyscy to już dawno pojęli, tylko my, Niemcy, robimy za ostatnich idiotów, którzy grają wedle starych reguł. Weźmy zresztą przykład niedawny: nie dostaliśmy miejsca niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ. Niemiecka dyplomacja nie potrafi go wywalczyć, za to dostali je Austriacy, którzy wpłacają może jedną dziesiątą naszej składki. Trudno się dziwić, że w takiej sytuacji AfD zyskuje status jedynej alternatywy ze świeżymi ideami w debacie publicznej.

Debata to jedno, ale co ze strukturami państwa? Mówiliśmy już o tym, co dałoby im rządzeniem landem, a jak to wygląda na szczeblu federalnym?

AfD faktycznie jest bardzo aktywna w obszarze kontroli parlamentarnej rządu, tzn. w komisjach i na forum Bundestagu zadaje rozmaite pytania. O integrację europejską, o stosunki z USA. Po co wydajemy pieniądze na pomoc rozwojową i co my z tego mamy? Ile kosztuje niemiecko-francuskie zgromadzenie parlamentarne i co w ogóle z niego wynika? To nie jest kształtowanie polityki wprost, ale może wpływać na nią pośrednio. Zwłaszcza jeśli to AfD będzie miała monopol na wątpliwości w sprawach, które w niemieckim, proeuropejskim i transatlantyckim establishmencie rzadko są kwestionowane czy weryfikowane.

A czy jeśli po Saksonii-Anhalcie kolejne wybory w landach – w Meklemburgii, w Berlinie, wiosną także w Nadrenii – pójdą chadekom słabo, może to doprowadzić do upadku rządu? I tym samym zmian w polityce zagranicznej Niemiec?

Tylko co takiego przyniosłaby zmiana kanclerza? Czy Henrik Wüst albo nawet Markus Söder mają jakieś cudowne rozwiązania w zanadrzu? Wątpię. Jeśli Niemcom nie uda się wyjść z recesji i naprawdę wyraźnie nie poprawi się sytuacja gospodarcza, to obecna koalicja niespecjalnie ma pole manewru – zmiana rządu tylko pogłębiłaby niestabilność. Natomiast ciekawą kwestią jest to, czy dla obozu rządzącego nie byłoby lepiej, gdyby AfD jednak objęła rządy w Saksonii-Anhalcie. Tak się bowiem składa, że rząd chadecki z udziałem Die Linke lub przez nią tolerowany oznaczałby potężne tarcia w samej CDU; z kolei każde rozwiązanie w stylu „wszyscy przeciw AfD” tylko umacniają jej narrację, że Niemcami rządzi stary kartel, który się przeciwko Alternatywie sprzysiągł.

Coraz więcej działaczy CDU ma chyba wrażenie, że nie wiedzą, co właściwie powinni zrobić – może partia po prostu dołącza do szeregu europejskich ugrupowań centroprawicowych, które trafiają do strefy zgniotu między radykałami? W polityce zagranicznej zawsze stali twardo za integracją europejską, współpracą transatlantycką, byli proizraelscy. Dziś trudno przewidzieć, czy te pryncypia zdołają się utrzymać w warunkach, gdy chadecja zrobi się dużo mniej istotna, niż jest dzisiaj.

*

Jacob Ross – analityk w Europa-Zentrum Niemieckiego Towarzystwa Polityki Zagranicznej (DGAP), w listopadzie 2025 opublikował opracowanie pt. Anatomie der Anti-Zeitenwende Konturen einer AfD-Außenpolitik poświęcone programowi oraz poglądom działaczy i zaplecza intelektualnego Alternatywy dla Niemiec na politykę zagraniczną.

**  

Materiał powstał w ramach stypendium dziennikarskiego Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x