💰 Piotr Wójcik w tekście Rząd przedstawił projekt reformy podatkowej. Zaskakująco przyzwoity z 24 sierpnia ocenił nowelizację jako „całkiem przyzwoitą”, zwracając uwagę m.in. na podniesienie drugiego progu PIT i zwiększenie obciążeń dla największych firm.
🗣️ Xavier Woliński polemizuje z tą oceną. Jego zdaniem fakt, że reforma mogła być gorsza, nie jest wystarczającym powodem, by ją chwalić – zwłaszcza że większość korzyści z obniżki PIT ma trafić do najlepiej zarabiających pracowników.
📊 Wójcik dostrzega w reformie przesunięcie części obciążeń z pracy i klasy średniej w stronę kapitału, Woliński wskazuje natomiast, że jej struktura wciąż faworyzuje zamożniejszych i nie rozwiązuje problemu nierównego opodatkowania pracy i własności.
Z zainteresowaniem przeczytałem tekst Piotra Wójcika o rządowym projekcie reformy podatkowej. Zgadzam się, że jak na ten rząd, tego premiera i tego ministra finansów nie jest on tak tragiczny, jak można było się spodziewać. Zwłaszcza na tle ostatnich pomysłów PiS i Przemysława Czarnka, którzy ulegli całkowitej konfederalizacji, o czym pisałem w innym tekście.
Jednak traktowanie Tuska i spółki nadmiernie pobłażliwie oraz poczucie ulgi, bo przecież „mogli zabić”, wydaje mi się nieuzasadnione. Reforma niewątpliwie ma swoje jasne strony – zwłaszcza jeśli chodzi o sposób, w jaki zostanie sfinansowana, ale już niekoniecznie o to, jak będą wyglądały wydatki. Nie przekonuje mnie również jej kształt strukturalny. Tu praktycznie niewiele się zmieni, a przepływ pieniędzy między kategoriami podatników nie musi oznaczać zmniejszenia nierównowagi między klasami.
Przypomnijmy, że reforma ma polegać na podniesieniu pierwszego progu PIT ze 120 do 130 tys. zł podstawy opodatkowania, wprowadzeniu stawki 24 proc. dla nadwyżki między 130 a 150 tys. zł oraz przesunięciu stawki 32 proc. na dochody powyżej 150 tys. zł. Podstawowa stawka CIT ma wzrosnąć z 19 do 22 proc. dla spółek osiągających ponad 50 mln euro rocznych przychodów, a równocześnie danina solidarnościowa od nadwyżki dochodów przekraczających milion złotych ma wzrosnąć z 4 do 5 proc. Limit uprawniający przedsiębiorców do korzystania z ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych ma zostać obniżony z 2 mln euro do 250 tys. euro. Kwota wolna od podatku pozostałaby na poziomie 30 tys. zł, co już budzi kontrowersje, ponieważ jej podniesienie do 60 tys. zł było jednym ze sztandarowych haseł wyborczych KO.
Innymi słowy, ma nastąpić pewne przesunięcie od bogatszych przedsiębiorstw do mniej więcej kilkunastu procent najlepiej wynagradzanych pracowników. Niewątpliwie jest to jakiś transfer ze strony kapitału w kierunku świata pracy, ponieważ osoba zarabiająca z własnej pracy np. 15 tysięcy brutto nie jest żadnym oligarchą. Niemniej po raz kolejny prawicowa część obecnego rządu interesuje się głównie obsługiwaniem potrzeb zamożniejszej części podatników. Ci zarabiający mniej niż ok. 12 tys. zł brutto miesięcznie nie zyskają nic.
Sami twórcy projektu wskazują w uzasadnieniu, do kogo skierowana jest zmiana: „projektowana ustawa w zakresie zmian w ustawie PIT jest skierowana właśnie do klasy średniej, a dokładnie do około 3,5 mln podatników opłacających podatek według skali podatkowej, czyli do osób uzyskujących dochody głównie z pracy zarobkowej, niezależnie od tego, jaki zawód wykonują”.
Prawdziwe średniaki, czyli np. zarabiający medianę, nijak na tym nie skorzystają. To może rodzić frustrację, zwłaszcza że reforma jest planowana niejako w zastępstwie podniesienia kwoty wolnej, co stanowiłoby ulgę dla znacznie szerszego grona podatników. Widać to zarówno po krytyce internetowej, jak i w sondażach. W badaniu CBOS dla „Dziennika Gazety Prawnej” 41 proc. osób popiera podniesienie kwoty wolnej, inne pomysły rządowe cieszą się znacznie mniejszym poparciem. Ludzie nie muszą być doradcami podatkowymi, by czuć, że coś tu nie gra i ktoś próbuje zrobić ich na szaro.
Reforma podatkowa: kto naprawdę zyska na obniżce PIT?
Obniżka PIT ma kosztować około 10 mld zł, a większość tej kwoty trafi do najwyższego decyla dochodowego. Rozumiem argumenty dotyczące konieczności waloryzacji zamrożonych progów, ale z tego nie wynika, że trzy czwarte korzyści musi trafić akurat do górnych 10 proc. podatników rozliczających się według skali PIT.
Czy faktycznie są to najbardziej potrzebujące obecnie wsparcia osoby? Czy nie należałoby przeznaczyć tych środków na ochronę zdrowia, system opieki czy budowę mieszkań komunalnych? Wzmocnienie usług publicznych wsparłoby znacznie większą liczbę osób. Przy tym rezygnacja z ulgi dla górnego decyla nie przeszkadzałaby w żadnym wypadku w realizacji części reformy w zakresie dodatkowych wpływów z wyższego CIT i ograniczenia ryczałtu. Mogłyby one dodatkowo zasilić usługi publiczne, gdzie potrzeby są, jak wszyscy wiemy, ogromne. To, jaki kształt przyjęła reforma, jest decyzją polityczną, przed której podjęciem nie odbyła się żadna poważna debata. Zamiast tego w świat poszedł lansowany przez rząd komunikat, że zostawia ludziom „więcej w portfelu”. Znowu zapomniano podkreślić, że nie chodzi o portfele wszystkich, ale przede wszystkim tych lepiej sytuowanych podatników.
O ile sam wzrost daniny solidarnościowej jest ruchem w dobrym kierunku, to nadal nie obejmuje ona dywidend, odsetek czy dochodów opodatkowanych w ramach IP Box. Jednocześnie przynosi budżetowi konkretne pieniądze. Jeszcze przed podwyżką zaledwie 36 tysięcy podatników objętych tą daniną wpłacało z jej tytułu niemal 2 mld zł. A mogłoby to być znacznie więcej. Rzecz w tym, że grono to maleje, bo bogate osoby nauczyły się ją skutecznie i legalnie omijać.
Nie ułatwiałbym też rządowi chowania się za plecami Komisji Europejskiej. Faktycznie, w 2024 roku Polska została objęta procedurą nadmiernego deficytu, ale jest to w dużej mierze papierowy tygrys. Choćby dlatego, że pozostajemy poza strefą euro. Dla krajów posiadających euro kary są, przynajmniej w teorii, surowsze. Nawet tu nie ma jednak żadnego automatyzmu, a droga do jakichkolwiek kłopotów jest daleka.
W lipcu 2026 roku procedura otwarta była w stosunku do licznych krajów, od Austrii po Francję i Włochy. W praktyce sankcje finansowe za naruszenie Paktu Stabilności nigdy dotąd nie zostały nałożone. W 2016 roku Rada stwierdziła, że Portugalia i Hiszpania nie podjęły stosownych działań, po czym ustaliła kary na… okrągłe zero euro.
Nie znaczy to, że zupełnie nie ma się czym przejmować, ale nie grozi nam żadne nagłe zaciskanie pasa. Warto przypomnieć rządowi, żeby się nie wygłupiał, bo próg 3 proc. PKB jest arbitralny i polityczny, a nie zapisany w prawach natury. Niech nie opowiada bajek, że nie możemy ulżyć mniej zarabiającym, bo „Unia grozi karami”. O arbitralności rozmaitych zapisów świadczy fakt, że zbrojenia nie są przez UE.traktowane jako nadmierne wydatki Skoro zbrojenia, to dlaczego nie, przykładowo, ochrona zdrowia? Innymi słowy, stosowanie zasad to zawsze jest przede wszystkim decyzja polityczna.
Podatki w Polsce utrwalają nierówności klasowe
Jeśli brakuje środków, to można je znaleźć, zalepiając rozmaite dziury i zamykając furtki, przez które uciekają bogaci – jak to wygląda w przypadku wspomnianych dywidend czy rozmaitych fundacji rodzinnych. Niestety, niezamożni nie mają takich pól manewru, choćby dlatego, że państwo i tak znajdzie drogę do ich kieszeni poprzez wszechobecny podatek VAT.
Tutaj dochodzimy do sedna, jakim jest strukturalny i klasowy problem budżetu państwa. Nie ma tu niczego neutralnego czy „wynikającego z natury”. Nie ma też równego traktowania dochodów z pracy i dochodów z własności. Ktoś zarabiający dużo, ale utrzymujący się z własnej pracy, zapłaci podatek solidarnościowy, a ktoś, kto utrzymuje się z kapitału, choćby były to miliony z dywidendy, nie. Tak samo jest, jeśli porównamy nawet bardzo dobrze zarabiającego pracownika z właścicielem mieszkań. Ten pierwszy płaci wyższy podatek, a także składki na ubezpieczenie społeczne, właściciel wielu mieszkań zaś znacznie niższy procentowo podatek i nie płaci składek od dochodu z najmu. W dodatku właściciel może przekazać własność w spadku, np. dzieciom, bez podatku od spadków, co przenosi tę strukturalną nierówność na kolejne pokolenia.
Nawet na tym poziomie widać nierównowagę, a co dopiero w przypadku niższych szczebli zarobkowych. Ktoś, kto zarabia mało i nie ma własności, którą mógłby przekazać potomstwu, ma podstawy, by uznać, że ten system, także podatkowy, nie został skrojony pod niego.
Najczęściej jednak słyszymy o „prześladowaniach przedsiębiorców” – przy czym mam tu na myśli osoby utrzymujące się z kapitału, a nie wszystkich formalnie zatrudnionych za pośrednictwem JDG – podczas gdy w rzeczywistości prześladowane jest utrzymywanie się z własnej pracy. Tymczasem głos świata pracy i jego bolączki nie są traktowane poważnie. Wciąż krążą opowieści o rzekomej „roszczeniowości” czy przesadnych żądaniach stanowiących „zagrożenie dla gospodarki”. W rzeczywistości to kapitaliści i rentierzy są najbardziej roszczeniowymi grupami społecznymi w Polsce – a przy tym niesamowicie skutecznymi w przekonywaniu większości, że ich wąski interes jest interesem powszechnym.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!