Gdy 13 listopada 1845 roku mieszkaniec Berlina brał do ręki najnowszy numer „Powszechnej Gazety Pruskiej”, już na pierwszej stronie rzucał mu się w oczy sensacyjnie brzmiący akapit: „Według wiarygodnych wiadomości z Poznania, 8 listopada aresztowano tam 25 osób pod zarzutem udziału w niebezpiecznym spisku komunistycznym. Za wyjątkiem jednego księgarza, wszyscy oskarżeni należą do stanów niższych. Większość z nich to czeladnicy rzemieślniczy i bezrobotna służba”.
Wymieniony w komunikacie księgarz nazywał się Walenty Stefański, a kierowana przez niego konspiracja została potem przez historyków ochrzczona mianem Związku Plebejuszy.
Stefański, urodzony w 1813 roku syn rybaka z poznańskiej Śródki, jako nastolatek wziął udział w powstaniu listopadowym, co po powrocie do Wielkopolski przypłacił wyrokiem sześciu miesięcy więzienia. Skorzystał jednak z przysługującej nieletnim amnestii, a po odbyciu służby wojskowej w pruskiej armii założył w Poznaniu własną drukarnię i księgarnię. Cytując pruskiego prokuratora, pragnął, aby „Polska jako samobytne państwo przywróconą została”, wykorzystał więc prowadzoną działalność do kolportowania wywrotowej literatury przemycanej z zagranicy i do szerzenia niepodległościowej agitacji, szczególnie wśród miejscowych rzemieślników.
Stefański przeciwko umiarkowanej polityce Komitetu Poznańskiego
Już od 1839 roku organizacją działań konspiracyjnych w Wielkopolsce zajmował się tzw. Komitet Poznański, kierowany przez filozofa Karola Libelta i związany z Towarzystwem Demokratycznym Polskim, lewicowym ugrupowaniem założonym na emigracji po upadku powstania listopadowego. Komitet, choć oddany zasadom demokracji, obrał umiarkowany kurs polityczny i stawiał na ugodę ze szlachtą.
Z perspektywy wielkopolskiej szlachty program TDP, stawiający na pierwszym miejscu kwestię uwłaszczenia chłopów, czyli nadania im ziemi na własność, nie budził wcale wielkiego przerażenia. W zaborze pruskim reforma ta została już bowiem w dużej części zrealizowana, na dodatek na bardzo korzystnych dla ziemiaństwa warunkach.
Komitet Libelta nie palił się do szybkiej akcji powstańczej, stawiając raczej na działalność propagandową i na stopniową budowę sieci spiskowej. To także ułatwiało porozumienie ze szlachtą, niezbyt chętną pochopnie ryzykować majątkiem i pozycją społeczną.
Walentemu Stefańskiemu tak zachowawcza polityka w ogóle nie odpowiadała. Żalił się innym spiskowcom, że „Komitet Poznański zupełnie jest nieczynny”. Według relacji ziemianina Franciszka Wiesiołowskiego, organizatora TDP-owskiej konspiracji w Galicji, uważał on dotychczasowych liderów ruchu niepodległościowego za „ludzi nierewolucyjnych, doktrynerów i teoretyków, mogących wprawdzie krajowi być wielce pożytecznymi, ale nie podczas rewolucji”. Stefański był przekonany, że do powstania rwać się będą przedstawiciele niższych warstw społecznych. Miał na myśli rzemieślników, a także chłopów, urzędników i żołnierzy armii pruskiej.
Komunista, czyli kto? Początki Związku Plebejuszy
W 1842 roku Stefański zdecydował się utworzyć własną organizację spiskową, niezależną od Komitetu Poznańskiego. Jej członków werbował przede wszystkim wśród pracowników najemnych, a jego najbliższymi współpracownikami zostali młynarz Józef Essman i ślusarz Józef Lipiński.
Nie tylko pruskie służby, ale i inni uczestnicy niepodległościowej konspiracji uznali Stefańskiego za „komunistę”. Było to wówczas pojęcie dość mgliste, odnoszące się do różnego rodzaju radykałów próbujących obalić istniejący ustrój społeczny, zastępując go utopijną wizją powszechnej wolności i równości. „Mara komunizmu w nowszych czasach ukazuje się pod różną postacią”, jak pisała w 1844 roku „Gazeta Wielkiego Księstwa Poznańskiego”.
Określenie „komunista” było czasami używane zamiennie z równie mglistym określeniem „socjalista”. Władysław Kosiński, działacz Komitetu Poznańskiego, opisując ówczesną konspirację niepodległościową, stwierdzał, że w jej szeregach znaleźli się „pojedynczy socjaliści, ale z teoriami niewyrobionymi. Każdy inaczej, ale żaden jasno nie pojmował kwestii socjalnej”.
Stefański również nie obmyślił kompleksowej wizji przyszłego ustroju, zaproponował za to szereg rozwiązań, które w jego mniemaniu miały umożliwić zwycięstwo w walce z zaborcą. Uznał na przykład, że na czas powstania zawiesić należy wszelką własność prywatną, a majątki obywateli oddać pod zarząd gmin.
Jako że swojego programu nie ubrał w formę dokumentu, z czasem zaczął posiłkować się w propagandzie publikacjami innych działaczy ruchu niepodległościowego, w szczególności O prawdach żywotnych narodu polskiego Henryka Kamieńskiego i Partyzantką Karola Stolzmana.
Kamieński pisał, że rewolucja społeczna i wystąpienie przeciwko zaborcom muszą mieć miejsce jednocześnie. Uważał, że „lud polski cierpi nade wszystko na ucisk uprzywilejowanej klasy właścicieli ziemi i na nędzę”. Pierwszego dnia powstania należało więc ogłosić zniesienie wszystkich niesprawiedliwych stosunków społecznych, tak aby każdy gnębiony dotąd mieszkaniec Polski uwierzył, że poprawa jego bytu zależna jest od odzyskania niepodległości.
Stolzman, powołując się na przykłady historyczne, głosił konieczność podjęcia przeciwko zaborcom wojny o charakterze partyzanckim, tej „prawdziwej wojny ludu”, która może przynieść zwycięstwo, nawet jeżeli „bogacze, szlachta i duchowieństwo” w niczym powstańczemu ruchowi nie pomagają. Pisał, że „przyszła rewolucja Polski musi być rewolucją ludu, a nie uprzywilejowanych”, ale żeby to się stało, ten lud należy najpierw „usamowolnić”. Trzeba „powierzyć mu losy Ojczyzny, obeznać go z własną jego potęgą, i wlać w niego to przekonanie, że tej potęgi, jeśli sam zechce, żadna w świecie siła przełamać nie potrafi”.
Już przy werbowaniu w szeregi Związku Plebejuszy roztaczano przed rekrutami potrzebę radykalnej przebudowy stosunków społecznych. Gdy poznański robotnik nazwiskiem Kasner trafił do mieszkania Franciszka Trojanowskiego, uczestnika konspiracji i urzędnika magistratu, nakazano mu tam złożenie przysięgi na pistolet i dopytywano, czy uważa za sprawiedliwe, że są „panowie bogaci”, przed którymi biedni „muszą kapelusze zdejmować”. Trojanowski przekonywał Kasnera, że spiskowcom chodzi o to, by każdy mógł żyć w dostatku, dostępnym dotąd tylko dla nielicznych. Jak stwierdził, to właśnie „w tym celu ma być zrobiona rewolucja”.
Dialog ze szlachtą lub komunizowanie niepodległościowej konspiracji
Retoryka spiskowców przybierała czasem dużo ostrzejsze formy. Na przykład Józef Kłodowski, uchodźca z zaboru rosyjskiego, podczas jednego z agitacyjnych spotkań w Odolanowie oświadczył wprost, że „szlachta, duchowni i żydzi powinni być pozabijani”, jeżeli ośmieliliby się wystąpić przeciwko planom rewolucji społecznej.
Raporty pruskiej policji przekonywały, że Związek Plebejuszy opierał się na „religijnym fanatyzmie”, ale w rzeczywistości religia często traktowana była w sposób utylitarny, jako najwygodniejsze narzędzie werbunku nowych członków. Józef Lipiński mówił, że „lud prosty, mający się dobrze pod teraźniejszym rządem, przez to tylko do powstania staje się skłonnym, kiedy o zgwałceniu religii mowa”. A wspomniany wyżej Józef Kłodowski twierdził, że koncept walki na tle religijnym to „głupstwo”, bo tak naprawdę „potrzeba równości i wolności ludzi, aby ich z ciemności wyzwolić”.
Tropiąc tę konspirację, pruskie służby alarmowały, że to idea „komunizmu” wykorzystywana była jako najodpowiedniejszy środek do wzniecania społecznych niepokojów. W raporcie spisanym w październiku 1845 roku, czyli tuż przed aresztowaniem Stefańskiego, określono Związek Plebejuszy jako „bractwo osób związanych przysięgą wierności, należących do niższej klasy średniej oraz klasy pracującej i służby, których celem jest osiągnięcie równego podziału bogactwa, pracy i zarobków, co ma być egzekwowane siłą”.
Ten nurt konspiracji, który trzymał się linii Komitetu Poznańskiego, krytycznie oceniał ideę Związku Plebejuszy. Aleksander Guttry narzekał, że „działanie Stefańskiego było lekkomyślne i pod każdym względem karygodne”. Według niego Stefański, „podkopując powagę władzy istniejącej, nie mógł na jej miejsce postawić innej, lepszej, ogólne zaufanie posiadającej, przez co wprowadził anarchię i skazywał tak związek demokratyczny, jak i swój spisek na bezwładność i rozprzężenie”.
Guttry upierał się, że sukces planowanego powstania zależy od postawy szlachty. To ją więc należało w pierwszej kolejności przekonać do konieczności naprawy ustroju społecznego, a sukces tego przedsięwzięcia pozwoliłby spiskowcom zbudować ponadklasowe poczucie jedności narodowej. Sam Guttry przyznawał jednak, że wszystko to wymagać będzie „nie tylko wielkich ofiar materialnych ze strony dziedziców, ale i zaniechania dawnych przesądów względem ludu”.
Stefański uznał, że nie warto marnować czasu i wyczekiwać, aż szlachta zmieni swe postępowanie. Guttry zarzucał mu wtedy, że wybierając agitację wśród niższych warstw społeczeństwa „sięgał do żywiołu bardzo patriotycznego wprawdzie, ale zbyt gorącego i niecierpliwego, a z drugiej strony mniej ostrożnego wobec czujności policji pruskiej”.
Franciszek Wiesiołowski nazwał plany Stefańskiego „niepraktycznymi”. Przeraził się pomysłu przekazania majątków w ręce gmin, bo według niego społeczeństwo nie było gotowe, by przyjąć idee socjalistyczne, poza tym rozwiązanie to niosło ryzyko, że nieuczciwi ludzie spróbują dorobić się kosztem cudzej własności. Cały zaproponowany przez Stefańskiego model wydał mu się zresztą nazbyt rozrośniętą machiną biurokratyczną, która zamiast prowadzeniem walki zbrojnej musiałaby się zajmować organizacją najdrobniejszych szczegółów życia społecznego.
Zdrada, aresztowania i upadek Związku Plebejuszy
Krytyka nie zraziła Stefańskiego. Kontynuował budowę swojej sieci spiskowej, a jej nici zdążyły wyjść poza Wielkopolskę, docierając m.in. do Torunia i Chełmna. Jak donosiły raporty pruskich służb, porozsyłał też emisariuszy po wsiach, „aby chłopów podburzać”. Szef poznańskiej policji Julius von Minutoli oceniał, że organizacja osiągnęła rozmiar kilku tysięcy osób.
Jesienią 1845 roku Stefański uznał, że jest już na tyle silna, by spróbować przejąć ogólnopolskie kierownictwo konspiracji i zaplanować termin wybuchu powstania. W tym celu skontaktował się z przedstawicielami lewicy ruchu niepodległościowego ze wszystkich zaborów i zaprosił ich na tajny zjazd do Torunia na dzień 15 listopada.
Działacze Komitetu Poznańskiego obawiali się, że to brak rozwagi członków Związku Plebejuszy doprowadzi do zdemaskowania spisku, tymczasem zdrada nastąpiła w ich własnych szeregach. Hrabia Seweryn Mielżyński po prostu przekazał pruskim władzom informacje na temat organizacji Stefańskiego, tłumacząc, że rzekomo robi to, „aby uniknąć niepotrzebnego krwi przelewu”.
8 listopada 1845 roku zaczęły się aresztowania. Najpierw za kraty trafili Stefański i Lipiński. W kwietniu 1846 roku dołączył do nich Józef Essman. Pozbawiony kierownictwa Związek Plebejuszy przestał funkcjonować.
W międzyczasie pruska policja zatrzymała też członków Komitetu Poznańskiego. Stało się to ledwie kilka dni przed terminem wybuchu powstania, w pośpiechu wyznaczonym przez nich na noc z 21 na 22 lutego 1846 roku.
Rok później w Berlinie miał miejsce wielki proces polskich działaczy niepodległościowych. Na ławie oskarżonych zasiadły 254 osoby, wśród nich Walenty Stefański, Józef Essman, Józef Lipiński, Franciszek Trojanowski, Józef Kłodowski, Karol Libelt, Aleksander Guttry, Władysław Kosiński, Seweryn Mielżyński, a także niedoszły dowódca powstania Ludwik Mierosławski.
Wyroki zapadły w grudniu 1847 roku. Osiem osób skazano na śmierć, 109 kolejnych na karę więzienia, a na liście uniewinnionych obok hrabiego Mielżyńskiego niespodziewanie znaleźć można było nazwisko Walentego Stefańskiego.
Podczas procesu lider Związku Plebejuszy konsekwentnie odrzucał kierowane przeciwko niemu oskarżenia. Zaprzeczył, jakoby stał na czele stronnictwa rewolucyjnego, i zapewnił, że z zasadami zwanymi komunizmem w ogóle się nie zgadza, bo osobiście uważa, że wszelka własność należy do Boga. Pomogła mu lojalna i zdeterminowana postawa innych uczestników spisku. Do milczenia namawiał ich m.in. Józef Essman. Przebywając w więzieniu, przekazywał innym osadzonym łyżkę z wydrapaną na niej instrukcją postępowania podczas przesłuchań: „Nie znam nikogo, o niczym nie wiem i nie byłem nigdzie”.
Stefański wyszedł na wolność, podobnie jak Franciszek Trojanowski i Józef Kłodowski, ale niektórzy z ich towarzyszy mieli mniej szczęścia. Essman skazany został na 20 lat więzienia, a Józef Lipiński na osiem. Ostatecznie wszystkich i tak uwolniła rewolucja, która wybuchła w Berlinie w marcu 1848 roku.
Związek Plebejuszy już się nie odrodził, choć sam Stefański wziął jeszcze udział w wydarzeniach Wiosny Ludów na terenie Wielkopolski. Znów trafił do pruskiego więzienia, następnie utracił skonfiskowane przez władze drukarnię i księgarnię, po czym przeprowadził się na Pomorze. Zmarł w Pelplinie w roku 1877.
W swych wspomnieniach narzekał, że po fiasku prób powstańczych spotkał go społeczny ostracyzm, inspirowany niechęcią środowiska szlacheckiego: „Najpierw jeden z nich doniósł na mnie pruskiej policji, potem gdy się powstanie nie udało, zwalono na mnie całą winę i tak zohydzono w całym narodzie, że nie tylko najlepszych moich przyjaciół, ale nawet serce własnego ojca ode mnie odwrócili”. Stefański twierdził, że jego jedyną winą była „własna samodzielność i opieranie zbawienia narodu nie pod przewodnictwem, lecz mimo szlachty”.
Związek Plebejuszy, zapomniany dziś i ukryty gdzieś w mrokach historii, stanowił jedną z pionierskich prób połączenia walki o niepodległość z ideą rewolucji społecznej, która zapewnić miała prawdziwą wolność nie tylko narodowi, ale i wszystkim jego obywatelom. Jak pisał Stefański w roku 1869 roku: „Czasy szlachetczyzny, czasy średniowieczne różnicy stanów już minęły, a czasy równości obywatelskiej, sprawiedliwości społecznej, wolności chrześcijańskiej, nadchodzą i nadeszły”.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!