Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Rząd przedstawił projekt reformy podatkowej. Zaskakująco przyzwoity

W obszarze podatków od Koalicji Obywatelskiej można oczekiwać wszystkiego, co najgorsze. Tymczasem dostaliśmy ustawę, która znów przybliży nas nieco do standardów Europy Zachodniej.

ObserwujObserwujesz
Two men in suits at a press conference, with a background collage of banknotes and a microphone nearby.
1
Walka
Celnie!
Cyrk

3

Nie sądziłem, że dożyję dnia, w którym pozytywnie ocenię projekt reformy podatkowej autorstwa Koalicji Obywatelskiej. A jednak. Najnowsza propozycja zmian fiskalnych przedstawiona przez premiera Donalda Tuska i ministra finansów Andrzeja Domańskiego nie jest idealna – nie jest nawet bardzo dobra – ale jak na środowisko polskich liberałów zaskakująco przyzwoita. Najwyraźniej nigdy nie jest za późno, by przeprosić się ze standardami cywilizacji rozwiniętej.

Podatkowe przepychanki

Na kształt projektu najpewniej duży wpływ miały okoliczności finansowe i polityczne, w których powstawał. Z jednej strony rząd znajduje się pod presją Komisji Europejskiej, która nałożyła na Polskę procedurę nadmiernego deficytu. Miało to miejsce w 2024 roku, gdy polski deficyt budżetowy przekraczał 5 proc. PKB. Bruksela łaskawie się zgodziła, aby proces dochodzenia poniżej maksymalnego progu dopuszczalnego w UE (3 proc. PKB) rozpoczął się dopiero od 2026 roku, tak żeby rok wcześniej koalicja rządowa mogła spokojnie wygrać wybory. Jak już wiadomo, plan nie wypalił – podobnie jak obniżanie deficytu.

Czytaj także Krokodyle łzy nad smartfonami: awantura o opłatę reprograficzną Mikołaj Iwański

Teoretycznie Polska powinna zakończyć stabilizację budżetu do końca 2028 roku. Problem w tym, że deficyt zamiast spadać, dynamicznie rośnie. Według ustawy budżetowej w 2026 roku sięgnie 6,5 proc., więc w ciągu następnych dwóch lat powinien zostać ograniczony o przynajmniej 3,5 punktu procentowego. Oznaczałoby to gwałtowne zaciskanie pasa, na które nie ma miejsca ani czasu. Polska nie tylko prowadzi intensywne zbrojenia, na które wydaje już ok. 200 mld zł rocznie, ale musi też naprawić system ochrony zdrowia, na który od 2024 roku spada kryzys za kryzysem. A także zbudować zręby obrony cywilnej, o czym przypominają co jakiś czas spadające na terytorium kraju rosyjskie drony.

Równocześnie wielkimi krokami zbliżają się kolejne wybory – tym razem parlamentarne. Koalicja Obywatelska jest rozliczana ze swoich lekkomyślnych obietnic zawartych w „stu konkretach”. Mowa szczególnie o dwukrotnym podniesieniu kwoty wolnej od podatku do 60 tys. zł, co kosztowałoby dziesiątki miliardów złotych rocznie. Niespełnienie tej zapowiedzi będzie dla KO sporym kłopotem w wyborczym 2027 roku. Na szczęście nie wypalił też pomysł wyciągnięcia z NFZ 5 mld zł dla krezusów na samozatrudnieniu, co obiecywały wszystkie partie koalicyjne poza Lewicą. Obniżenie składki zdrowotnej dla jednoosobowych firm zostało zawetowane przez prezydenta Dudę, więc w tym wypadku KO i spółka mają usprawiedliwienie. Podobnie jak partia Czarzastego, która za tymi haniebnymi zmianami nie zagłosowała.

Przy boku KO wierzgają też resztki po Polsce 2050. Ministra Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz głośno apelowała o podniesienie progu drugiej stawki PIT do 140 tys. zł, gdyż rzekomo zaczęła ona obejmować nawet osoby niespecjalnie zamożne. W drugą stawkę wpada obecnie ok. 10 proc. najlepiej zarabiających etatowców, więc jak widać ministra ma specyficzny pogląd na kwestię rozkładu wynagrodzeń. Nie zmienia to faktu, że postulaty Polski 2050 stały się dla KO bardzo niewygodne, gdyż reprezentują interesy ważnej dla partii Tuska grupy wyborców.

Raczkująca progresja

W ostatnich trzech latach rząd nie przyzwyczaił nas do podejmowania dobrych decyzji, ale skomplikowane okoliczności sprawiły, że postanowił przetestować ten niezbadany dotąd grunt. A co, gdybyśmy dla odmiany zaproponowali coś przemyślanego? To ryzykowne, ale spróbujmy. Tak mogła brzmieć wymiana zdań między Domańskim i Tuskiem, w wyniku której wykluł się całkiem niezły projekt zmian fiskalnych.

Rządzący postanowili zwiększyć progresję systemu podatkowego, wprowadzając do niego stawkę pośrednią wynoszącą 24 proc., która obejmie dochody w przedziale 130-150 tys. zł rocznie. Dopiero od nadwyżki ponad 150 tys. zł obowiązywać będzie stawka 32 proc. W ten sposób skala podatkowa będzie trzystopniowa: 12, 24 i 32. Używając terminologii mediów ekonomicznych, w kieszeni podatników zostanie 10 mld zł. Trafią one oczywiście do lepiej sytuowanej grupy ok. 3 mln podatników. Najwięcej, bo ok. 300 zł miesięcznie, trafi do osób z dochodem nieco poniżej 15 tys. zł. Najmniej zarabiający tym razem obejdą się smakiem, gdyż KO dopieszcza głównie swoich, ale warto docenić, że przynajmniej nie stracą.

To jednak nie jedyny element progresji, którą zamierza wprowadzić większość rządząca. Koszty podniesienia progów PIT trzeba czymś zasypać. W związku z tym o jeden punkt procentowy podniesiona zostanie danina solidarnościowa, którą płacą wszystkie osoby fizyczne osiągające dochód powyżej miliona złotych rocznie. Od tej nadwyżki płacą obecnie 4 proc., od 2027 roku będzie to 5 proc. Danina solidarnościowa obejmuje wszystkie dochody, także kapitałowe (np. dywidendy) i z działalności gospodarczej opodatkowanej liniowym PIT 19 proc. Dzięki temu podatnik z dochodem 1,5 mln odda do budżetu dodatkowe 5 tys. zł.

Czytaj także Koniec oligopolu? UE chce walczyć z Visą i Mastercard, by uwolnić USA od ciężaru naszych pieniędzy Piotr Wójcik

Rząd zamierza sięgnąć do kieszeni najbogatszych także ograniczając możliwość rozliczania się ryczałtem od przychodów ewidencjonowanych. To bardzo preferencyjna forma opodatkowania, z której korzystają jednoosobowi przedsiębiorcy mający wysokie przychody przy niskich kosztach. Stawki ryczałtu są niskie i liniowe. Przykładowo, lekarze obciążeni są ryczałtem wysokości 14 proc. obrotów, informatycy 12 proc., a handlarze nieruchomościami 10 proc. Dodatkowo, na ryczałcie obowiązuje kwotowa składka na NFZ w przedziale 500-1500 zł.

Projekt zawiera ograniczenie możliwości stosowania ryczałtu tylko do dochodów poniżej 250 tys. euro rocznie. Aktualnie obowiązuje próg 2 mln euro, więc zmiana jest bardzo istotna. Oznacza ona, że ponad 50 tys. najlepiej zarabiających ryczałtowców utraci możliwość rozliczania się w ten sposób. Według danych z założeń do ustawy, łączne przychody tej grupy w 2024 roku przebiły granicę stu miliardów złotych, a zdarzali się też krezusi z obrotem 100 mln zł rocznie.

Czosnek dla Nawrockiego

Bardzo kontrowersyjna jest za to forma podwyższenia CIT. Sama idea zwiększenia opodatkowania zysków największych spółek jest godna poklasku. Problem w tym, że rząd zamierza to zrobić w sposób mało sprawiedliwy i ryzykowny. Otóż osoby prawne osiągające przychody powyżej 50 mln euro (czyli powyżej 215 mln zł) zostaną obciążone CIT o stawce 22 proc. Aktualnie obowiązuje podstawowa stawka w wysokości 19 proc. oraz preferencyjna 9 proc. dla podmiotów z obrotem poniżej 2 mln euro.

Taki sposób opodatkowania ma dwie zasadnicze wady. Po pierwsze, uzależnia wysokość podatku dochodowego od przychodów, tymczasem przedsiębiorstwa działają na różnej marży – od kilku do kilkudziesięciu procent. Wkładanie ich do jednego worka jest nieuczciwe i uprzywilejowuje niskokosztową działalność, premiując usługi kosztem produkcji przemysłowej.

Poza tym w niektórych przypadkach może to zachęcać do ograniczenia sprzedaży pod koniec roku podatkowego, by nie przekroczyć granicy 50 mln euro i nie wpaść w kolejnym okresie rozliczeniowym w wyższą stawkę CIT. Taki mechanizm jest wręcz antyrozwojowy. Znacznie korzystniejsze dla gospodarki i budżetu byłoby zastosowanie tradycyjnej progresji, w której płynnie przechodzi się do wyższych stawek wraz ze wzrostem dochodów, płacąc więcej tylko od nadwyżki, a nie całości – czyli tak, jak jest w PIT.

Mimo to projekt jako całość i tak jest nie lada zaskoczeniem. Wszak mówimy o reformie podatkowej, która wyłoniła się ze środowiska jeszcze niedawno próbującego przesunąć 5 mld zł z NFZ do kieszeni najbogatszych. W obszarze podatków od Koalicji Obywatelskiej można oczekiwać wszystkiego, co najgorsze, tymczasem dostaliśmy ustawę, która znów przybliży nas nieco do standardów Europy Zachodniej. Nowelizacja będzie przy tym neutralna dla budżetu, gdyż koszty podniesienia progów w PIT zostaną skompensowane sięgnięciem do tak zwanych głębokich kieszeni korporacji i bogatych ryczałtowców. Oczywiście pominięto w niej kluczową kwestię, jaką są przywileje najzamożniejszych samozatrudnionych, ale podniesienie daniny solidarnościowej można uznać za skromną nagrodę pocieszenia. Nie wymagajmy od KO zbyt wiele – Tusk i tak płakał, gdy to czytał. Pozostaje pytanie, czy nowelizację podpisze prezydent Karol Nawrocki, na którego europejskie standardy działają jak czosnek na wampira.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
1
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x