Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Lekarze między troską o pacjentów a kultem wolnego rynku

Zawód zaufania publicznego czy branża zwyczajnie opłacalna? Lekarze od lat bronią się przed zarzutem, że traktują zdrowie jak biznes. Problem w tym, że część środowiska coraz częściej sama dostarcza argumentów swoim krytykom.

Lekarz w białym kitlu na tle stosów banknotów stuzłotowych
1
Celnie!

1

Solidaryzm społeczny sam w sobie jest wartością, ale gdyby dziś ktoś chciał okazać solidarność z jedną konkretną grupą zawodową, mogłoby się to okazać wyjątkowo trudne. Niemal za każdym razem, gdy trafiam na internetowe wypowiedzi części lekarzy, mam wrażenie, że robią oni wszystko, by skutecznie zniechęcić nas do swojej branży.

Słowo „branża” jest tu adekwatne, bo sami lekarze często porównują się do innych grup zawodowych, szczególnie tych związanych z drogimi dobrami i usługami. Wystarczy pozwolić im mówić. Dzięki mediom społecznościowym nie trzeba już nawet podstawiać mikrofonu ani włączać kamery. Część z nich sama, dobrowolnie, zabiera publicznie głos i robi to pod własnym nazwiskiem.

Dobrym przykładem jest dr Aleksandra Krasowska, psychiatrka i seksuolożka, która odpowiadając na komentarz wypominający jej, że pobiera 300 zł za 30 minut konsultacji, napisała: „Jasne zasady, wszystko legalnie… a że rynek prywatnej opieki zdrowotnej jest drogi? Cóż. Jest. Podobnie jak wiele innych usług, na które stać jedynie część społeczeństwa”.

Czytaj także Afera lekarska – małe radości, duże straty Wojtek Żubr Boliński

Dr Bartosz Fiałek, reumatolog, który niedawno informował o otwarciu prywatnej praktyki, komentując rządowe pomysły dotyczące naprawy publicznej ochrony zdrowia, przedstawiał wyliczenia: „Przy przyjmowaniu 3 pacjentów na godzinę w placówce za 240 zł/h, wychodzi 80 zł/pacjent, gdzie w prywacie zarabia się ok. 200-300 zł/pacjent, a w kraju za Odrą 100 euro/pacjent”.

Z kolei dr Paweł Basiukiewicz stwierdził niedawno: „Bardzo trudno niektórym politykom, publicystom i ekspertom to przyjąć do wiadomości. Ale jedynym normalizatorem opieki medycznej, finansów oraz relacji lekarz-pacjent jest wolny rynek. Niestety, ludzie zachowują się racjonalnie dopiero, gdy wszystkie inne możliwości zostaną wykorzystane”. Chwilę później pytał retorycznie: „Dlaczego zdrowie ma być usługą publiczną?”.

Potem czytam tu i ówdzie wypowiedzi lekarzy, choć oczywiście nie tylko lekarzy, że nie można wszystkich wrzucać do jednego worka, że nie wszyscy przedstawiciele tego zawodu zarabiają bajońskie kwoty, a „nagonka” jest przede wszystkim sukcesem polityków, którym udało się odwrócić uwagę od rzeczywistych problemów systemu ochrony zdrowia.

Patologie w zarobkach lekarzy to problem systemowy

Moim zdaniem do tych systemowych problemów należy jednak zaliczyć fakt, że w Szpitalu Specjalistycznym w Pile mediana zarobków lekarzy zatrudnionych na kontraktach wyniosła w maju 154 tys. zł, a najlepiej zarabiający lekarz otrzymał w tym samym okresie ponad 307 tys. zł. Paradoks polega na tym, że medialny przypadek Dawida Kacprzyka ze Szpitala Południowego może sprawiać wrażenie wyjątku właśnie dlatego, że został nagłośniony i miał wymiar polityczny. W rzeczywistości nie jest to sytuacja odosobniona. Wysokie wynagrodzenia lekarzy pochłaniają znaczną część środków NFZ.

Oczywiście również w tej grupie zawodowej występuje rozwarstwienie. Tym uczciwszym, gorzej zarabiającym lekarzom można jednak powiedzieć to samo, co większości społeczeństwa: czas wkurwić się wreszcie na tych bogatszych, w nieetyczny sposób korzystających ze swoich przywilejów.

Przedstawienie wysokich zarobków lekarzy jako problemu systemowego wzmacnia również stanowisko Naczelnej Izby Lekarskiej. Po przedstawieniu przez ministrę zdrowia Jolantę Grendę rządowych propozycji zmian prezes NIL Łukasz Jankowski udzielił wywiadu Wirtualnej Polsce. Słusznie wskazywał w nim, że konieczna jest zmiana wyceny świadczeń przez NFZ. Jednocześnie przekonywał jednak, że wysokie zarobki lekarzy nie stanowią problemu, ponieważ dotyczą jedynie pojedynczych przypadków. Sprzeciwiał się również wprowadzaniu limitów płac, a przede wszystkim bronił systemu, w którym publiczne i prywatne szpitale konkurują ze sobą o specjalistów. Konkurować mają oczywiście wysokością wynagrodzeń.

Czytaj także Media odkryły aferalne złoto i nie odpuszczą samorządom KO Galopujący Major

Warto przytoczyć fragment tej rozmowy.

Wirtualna Polska: „Zgadza się pan z opinią, którą wyłowiliśmy na platformie X: «Wszystko się wyłoży, gdy ludzie zaczną umierać, bo specjalistom wysokiej klasy w precyzyjnych zabiegach nie będzie się opłacało jeździć do udarów czy stabilizacji. Koronarografie tylko u zawałowców. Niektóre szpitale stracą kontrakty z NFZ, bo lekarzom bardziej opłaci się prywata?»”

Łukasz Jankowski: „Myślę, że do tak tragicznego rozkładu systemu nie dojdzie, choć oczywiście można sobie wyobrazić i tak dramatyczny, skrajny scenariusz. Dziś wysokiej klasy specjaliści są dobrze wynagradzani i szpitale rywalizują o nich stawką. Jeśli ta rywalizacja zostanie przycięta, a rząd tylko utnie możliwość konkurowania o specjalistów, ci ludzie zachowają się racjonalnie. Jeśli komuś nie będzie się opłacało dojeżdżać 100 km do odległego szpitala, żeby tam wykonywać procedury bez satysfakcjonującego wynagrodzenia, po prostu nie będzie dojeżdżał, tak samo przecież zachowałby się pracownik każdej innej branży. Na takim przestawieniu w systemie ucierpią pacjenci, często zmuszeni do szukania pomocy daleko od miejsca zamieszkania, a czasem, jeśli dostępność drastycznie spadnie, poza systemem publicznym”.

Jeśli to nie brzmi jak szantaż, to trudno mi znaleźć lepsze określenie. Uderza przede wszystkim powtarzające się utożsamianie dążenia do maksymalizacji zarobków z racjonalnością. Jak to szło w tej całej przysiędze lekarskiej? Po pierwsze wolny rynek? Po pierwsze hajs? Chyba jakoś tak.

W wypowiedzi Jankowskiego ujawnia się zasadniczy problem tego sposobu myślenia. Zdrowie nie jest zwykłą usługą, a lekarz nie jest typowym pracownikiem sektora usługowego. Mechanizm rynkowej konkurencji, który może działać w wielu innych branżach, w ochronie zdrowia prowadzi do napięcia między interesem zawodowym a interesem publicznym. Jeżeli dostęp do specjalistów zależy od tego, który szpital zaoferuje najwyższe wynagrodzenie, ostatecznie płaci za to cały system, a więc przede wszystkim pacjenci.

Lekarze niczym zwykli obywatele? Niedoczekanie!

Wygląda jednak na to, że problem nie pojawił się nagle. Nie jest też tak, że lekarze dopiero niedawno zmienili się w stereotypowych „konowałów”, ludzi traktujących podstawową ludzką potrzebę bycia zdrowym wyłącznie jako okazję do zarobku, którzy na pustyni targowaliby się z człowiekiem o trzy krople wody.

Na stronie Okręgowej Izby Lekarskiej w Gdańsku można znaleźć felieton sprzed dokładnie dziesięciu lat autorstwa Małgorzaty Soleckiej, zatytułowany Czy leci z nami lekarz? O wyższości paragonu nad fakturą. Autorka opisuje sytuację, w której podczas lotu samolotem ktoś nagle potrzebuje pomocy. Załoga pyta, czy na pokładzie znajduje się lekarz. Na szczęście tak – bada on pasażera i udziela mu pomocy. Kilka dni później wystawia fakturę, na szczęście nie pacjentowi, lecz liniom lotniczym LOT.

Co ciekawe, sam fakt rozliczenia pomocy nie jest głównym tematem tekstu. Autorka nie zastanawia się, czy pobieranie wynagrodzenia za przypadkową pomoc w nagłej sytuacji jest etyczne. Jej uwaga skupia się na kwestii paragonów oraz na tym, że rozliczanie prywatnie przyjmujących lekarzy z ich obowiązku wystawiania dokumentów sprzedaży jest działaniem niegodnym.

„Lekarze znaleźli się gdzieś między fryzjerami a restauratorami” – pisze Solecka.

Czytaj także Władza mówi: „Morda w kubeł”. A powinna chronić sygnalistów Piotr Ikonowicz

W domyśle problemem jest więc sama możliwość traktowania lekarzy jak innych obywateli. Jakby podleganie tym samym obowiązkom podatkowym i kontrolnym, co przedstawiciele innych zawodów, było czymś uwłaczającym szczególnemu statusowi tej profesji.

Pojawia się też kilka innych charakterystycznych fragmentów, jak choćby: „Jestem za płaceniem podatków. Jestem za czujnością obywatelską. Ale jednak mnie uwiera stawianie ostrych tez, na przykład: «lekarze unikają płacenia podatków», jeśli brakuje danych. Twardych danych”.

Autorka deklaruje więc poparcie dla płacenia podatków. To dobrze, ale nikt nie twierdził, iż wszyscy lekarze są oszustami podatkowymi. Przedmiotem krytyki był jedynie pomysł loterii paragonowej, która miała zachęcać pacjentów do domagania się dokumentowania płatności. Sama idea wywołuje jednak reakcję, jakby była atakiem na całą grupę zawodową.

Trudno się więc dziwić, że przeciętny człowiek ma problem z utrzymaniem pozytywnego obrazu lekarzy jako ogółu, jeśli częściej trafia na tego rodzaju argumentacyjne ekwilibrystyki niż na przekaz, w którym zdrowie pacjentów i dobro wspólne rzeczywiście stawiane są na pierwszym miejscu.

Czy lekarze wciąż zasługują na status zawodu zaufania publicznego?

Nie pomaga również działalność samych instytucji związanych ze środowiskiem lekarskim. Okręgowa Izba Lekarska w Łodzi, która masowo wykupywała mieszkania, tłumacząc ustami swojego przedstawiciela, że jest to inwestycja, nie buduje szczególnie dobrego wizerunku zawodu zaufania publicznego. Podobnie jak sprawa neurochirurgów z Mogilna, którzy założyli spółkę SPINE, wykorzystywaną do wyłudzania ogromnych środków z NFZ poprzez wykazywanie procedur jako znacznie droższych niż były w rzeczywistości.

Chciałbym po prostu usłyszeć od choć jednego przedstawiciela środowiska lekarskiego próbę przekonania opinii publicznej, że lekarze nadal zasługują na szczególny status zawodu zaufania publicznego. Tylko tyle. Nie oczekuję cudów ani deklaracji o całkowitym podporządkowaniu interesów zawodowych interesowi społecznemu. Niestety, nawet tak podstawowe oczekiwanie okazuje się trudne do spełnienia.

Są jednak również dobre wiadomości, przynajmniej z perspektywy rządzących. Fakt, że lekarze w ostatnich tygodniach coraz częściej dołączają do polityków i prawników jako grupa zawodowa, wobec której część społeczeństwa pozwala sobie na otwartą niechęć, może okazać się dla obecnej koalicji wygodny.

Jest to bowiem wyjątkowa okazja, by wreszcie przeprowadzić rzeczywistą reformę ochrony zdrowia i w końcu skutecznie „odsunąć PiS od władzy”, wygrywając wybory w 2027 roku. Klimat społeczny jest obecnie taki, że naprawdę ambitna reforma mogłaby dla Koalicji Obywatelskiej i jej partnerów stać się ogromnym politycznym atutem. Taka reforma, która ograniczyłaby konflikt między sektorem publicznym i prywatnym, ukróciła najbardziej patologiczne mechanizmy finansowania oraz zakończyła sytuacje, w których pojedynczy lekarze osiągają dochody niewspółmierne do realiów funkcjonowania publicznej ochrony zdrowia.

Byłaby to reforma rozwiązująca rzeczywisty problem społeczny, a jednocześnie dająca politykom wyraźny konflikt do wykorzystania. Bo nie dość, że adresowałaby palący i realny problem, to jeszcze przy okazji dawałaby na tacy całą grupę społeczną do antagonizowania (hot take: jak już Polacy muszą kimś gardzić, to lepiej lekarzami niż migrantami) i dowalania jej w publicznych wystąpieniach bez większych obaw, że skończy się pogromem.

To tyle z dobrych wiadomości, ponieważ najprawdopodobniej żadna poważna reforma nie nastąpi, bo natychmiast pojawiłoby się ryzyko politycznego ataku ze strony PiS i Konfederacji, które mogłyby przedstawiać ją jako „okradanie NFZ”. Taki zarzut byłby oczywiście możliwy do odparcia, ale wymagałby politycznej odwagi i gotowości do wejścia w konflikt.

Czytaj także Porozmawiajmy o jawności wynagrodzeń Jakub Majmurek

Nie wydarzy się również dlatego, że ochrona zdrowia jest tematem trudnym i ryzykownym, a rządy Platformy Obywatelskiej i Koalicji Obywatelskiej od lat charakteryzuje ostrożność granicząca z kunktatorstwem godnym polskiej kadry piłkarskiej za Czesława Michniewicza. Nie wydarzy się też dlatego, że NFZ nie jest traktowany jako instytucja wymagająca tak zdecydowanej przebudowy, jak choćby media publiczne. Są przecież sprawy ważne i ważniejsze.

Przede wszystkim jednak nie wydarzy się dlatego, że taka reforma wymagałaby ciężkiej, długotrwałej i politycznie ryzykownej pracy. A to, jak pokazuje praktyka, bywa dla rządzących najtrudniejsze.

W efekcie jedynym, co możemy obecnie dostać od KO w odpowiedzi na kryzys ochrony zdrowia, są półśrodki i zapowiedzi w rodzaju propozycji ministry Grendy, a także polityczne plotki o rozwiązaniu warszawskich struktur partii albo o Giertychu w rządzie.

Bo może i dla was to jest kryzys związany ze zdrowiem, ale dla polityków – co najwyżej wizerunkowy. A takie w polityce bierze się na przeczekanie, gdyż:

Ilu ludzi czas wyleczył z ran,
Zamienił w spokój burze krwi.
Pewnie kiedyś tam, pod jesień tak,
Też czoło wypogodzi i wygładzi brwi
.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
1
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x