Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Porozmawiajmy o jawności wynagrodzeń

Przy okazji afery szpitalnej pojawiają się głosy o konieczności ujawnienia zarobków lekarzy. Czy w Polsce w ogóle możemy myśleć o rozwiązaniach, które sprawdzają się w krajach skandynawskich? I czemu one służą?

ObserwujObserwujesz
Celnie!

2

Nie byłoby największej politycznej afery tego lata, gdyby radny dzielnicy Ursus lekarz Dawid Kacprzyk nie miał obowiązku złożenia oświadczenia majątkowego. To dzięki temu dowiedzieliśmy się, ile zarobił w warszawskich szpitalach, a do opinii publicznej zaczęło docierać, że zarobki przynajmniej niektórych lekarzy w państwowym systemie wymknęły się spod kontroli.

Czytaj także Koszmar pracodawcy: dzięki UE dowiesz się, ile zarabiają osoby na twoim stanowisku Piotr Wójcik

Gdy wprowadzano obowiązek składania oświadczeń majątkowych przez polityków, słyszeliśmy, że to populistyczne rozwiązanie, bo kto będzie chciał, i tak ukryje majątek i dochody. Pojawiał się nawet argument, że przepis naraża polityków i ich bliskich na niebezpieczeństwo – kradzieże z włamaniem, rozboje, porwania dla okupu. Dziś uważamy to rozwiązanie za oczywiste, choć system jest dziurawy i majątek można ukryć np. w fundacji rodzinnej, a posłowie mogą też wpisywać bez konsekwencji zupełnie oderwane od realnych rynkowych ceny mieszkań itd.

Przy okazji afery szpitalnej pojawiają się głosy o konieczności ujawnienia zarobków lekarzy. I choć „wyróżnienie” w ten sposób tylko tej jednej grupy zawodowej byłoby wątpliwe, to warto wykorzystać okoliczności, by porozmawiać o jawności wynagrodzeń w Polsce. Być może nawet o rozwiązaniach znanych z krajów skandynawskich, takich jak Norwegia czy Szwecja, gdzie dane o zarobkach każdej osoby są po prostu do sprawdzenia w urzędzie. Czy w Polsce taki system byłbym pożądany i możliwy do wprowadzenia?

Co daje nam jawność?

Zacznijmy od próby odpowiedzi na to pierwsze pytanie. Co daje nam jawność płac, poza zaspokojeniem ciekawości, ile zarabia sąsiad? Jak widzimy w przypadku afery szpitalnej, jawność dostarcza społeczeństwu wiedzy koniecznej do tego, by wdrażać mechanizmy społecznej kontroli przed najbardziej przestrzelonymi zarobkami i towarzyszącymi im nierównościami dochodowymi. W kulturze jawności bardzo wysokie zarobki – zwłaszcza w sektorze publicznym – muszą obronić się przed trybunałem opinii publicznej. Co jest czynnikiem hamującym inflację wynagrodzeń, zwłaszcza w społeczeństwie, gdzie egalitarne impulsy – a przynajmniej resentyment wobec kominów płacowych – są ciągle silne.

Tam, gdzie wynagrodzenia są jawne, początkujący pracownik łatwo może się też dowiedzieć, ile jego praca jest realnie warta na rynku, co chroni go przed scenariuszem, w którym pracodawca wykorzystuje asymetrię informacji i płaci mniej niż rynkowa cena. W przedsiębiorstwie, gdzie każdy wie, ile zarabia koleżanka siedząca przy biurku obok, trudniej jest uzasadnić wyższe płace dla kogoś, kto jest rodziną szefa albo utrzymuje z nim dobre relacje towarzyskie.

Czytaj także Związkowcy dla pracowników, a nie do zarządów [polemika z „Nierównościami po polsku”] Piotr Szumlewicz

Inaczej mówiąc, jawność jest środkiem, który niesie zarówno równościowy, jak i merytokratyczny potencjał. Oczywiście w społeczeństwie, gdzie silne są emocje zazdrości i resentymentu, jawność może stworzyć klimat, w którym niemożliwe jest płacenie specjalistom stawek, jakie są konieczne, by zatrzymać ich w kraju, bez silnego społecznego oporu. Jest to niestety realne ryzyko, o którym trzeba uczciwie rozmawiać. Ale widzimy, że przynajmniej w ochronie zdrowia mamy dziś w Polsce do czynienia z problemem odwrotnym.

„Co komu do tego, co dzieje się w prywatnej firmie”?

W Polsce na razie wielki opór środowiska lekarskiego budzi to, by rząd po numerach PESEL zbierał informacje o zarobkach konkretnych lekarzy. W odpowiedzi na propozycje jawności często pojawiają się te same argumenty, które słyszeliśmy przy okazji debaty nad oświadczeniami majątkowymi polityków: że to prezent dla przestępców, zagrożenie dla zamożnych osób i ich rodzin, naruszenie prawa do prywatności, gwarantowanego przecież w konstytucji.

Czytaj także Jawność płac: piękna, dobra i uzdrowicielska Piotr Wójcik

Często pojawia się też argument, że nawet jeśli sensowne byłoby wprowadzenie jawności wynagrodzeń w sektorze publicznym – albo tam, gdzie wydawane są publiczne pieniądze – to „nic nikomu do tego, co dzieje się w prywatnej firmie”. Argument ten wydaje się zdroworozsądkowy, jednak jak to często bywa w przypadku takich poglądów – gdy bliżej się im przyjrzeć, okazują się co najmniej problematyczne.

Wiele prywatnych przedsiębiorstw zarabia na kontraktach z udziałem publicznych pieniędzy i jest w interesie opinii publicznej, by wiedzieć, czy te środki nie trafiają do firmy, która ma np. głęboko niesprawiedliwą strukturę wynagrodzeń, płaci zbyt mało pracownikom wykonującym kluczową pracę, a zbyt wiele np. swojemu prezesowi. Na gruncie lewicowym można nawet wysunąć argument, że struktura płac w przedsiębiorstwie albo nienadużywanie przez nie umów cywilnoprawnych powinny być wręcz istotnymi kryteriami przy przetargach publicznych.

Jawność tylko w sektorze publicznym może też okazać się kolejnym elementem, który utrudnia mu przyciąganie wysoko wykwalifikowanych specjalistów. Sektor publiczny płaci na ogół mniej niż prywatny, jeśli do tego dojdzie nieistniejąca w prywatnym jawność wynagrodzeń, to dla części osób będzie to kolejny element obniżający atrakcyjność pracy w sektorze publicznym.

Wreszcie w interesie publicznym może być wiedza na temat tego, ile zarabiają silnie widoczne osoby publiczne, nawet jeśli nie osiągają żadnych dochodów ze środków publicznych. Pożyteczna byłaby np. wiedza, ile zarabiają medialni arcykapłani chłopskiego rozumu z jak najbardziej prywatnych telewizji i portali, jak ich materialne realia mają się do tych zwykłych Polaków, w których imieniu twierdzą, że mówią.

Kropla drąży skałę

Oczywiście, jawność w stylu skandynawskim jest produktem zupełnie innego społeczeństwa niż polskie. Próby wprowadzenia podobnych rozwiązań w Polsce – nawet w odniesieniu do kolejnej grupy zaufania społecznego – będą generować potężny opór samych zainteresowanych. A choć wielu Polaków i Polek chciałoby się dowiedzieć, ile właściwie zarabia ich lekarz albo zamożniejszy sąsiad, to argumenty odwołujące się do prawa do prywatności czy wolności gospodarczej – przedsiębiorcy na pewno podniosą argument, że jawność ją narusza i uniemożliwia im prowadzenie działalności i zgodne z potrzebami rynku kształtowanie siatki płac – trafią także na podatny grunt.

Niewykluczone, że jawność w stylu norweskim jest możliwa tylko w Norwegii. Jak jednak wiemy, kropla drąży skałę i także w Polsce w kwestii jak największej jawności – na początek choćby i w sektorze publicznym – warto ją drążyć. Nie chodzi o ciekawość, nie chodzi o zazdrość, ale o demokratyczną kontrolę nad płacowymi nierównościami. Nikt rozsądny nie chce, by wszyscy zarabiali tyle samo, nierówności płacowe są nieodzowną częścią rozwiniętej gospodarki, ale warto byśmy mieli pojęcie, jak realnie się kształtują.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x