W latach 80. najbardziej wyraźne ślady przemocy utrwaliły się w relacjach między młodzieżą a instytucjonalnymi „ramionami” władzy politycznej – zwłaszcza milicją i aparatem bezpieczeństwa PRL. Ta pierwsza, realizując wizję kultury promowanej przez PZPR, kontrolowała nie tylko zachowania społeczne, lecz także wygląd młodych ludzi. Sytuacja metalowców nie była jednak pod tym względem identyczna z wcześniejszymi subkulturami, zwłaszcza hippisami i punkowcami, którzy znacznie częściej doświadczali represji.
Metalowcy sporadycznie angażowali się w polityczny bunt, co sprawiało, że nawet jeśli władza reagowała na odmienność ich wyglądu czy zachowania, to przez dłuższy czas wykazywała się też pewną pobłażliwością. Interwencje nasilały się głównie wtedy, gdy metalowcy przebywali w towarzystwie punków lub w przestrzeniach uznawanych za „problematyczne”.
O podobnych doświadczeniach wspomina jeden z uczestników środowiska subkulturowego z dużego miasta zachodniej Polski. Jeszcze przed stanem wojennym został zatrzymany przez milicję wraz z grupą punków, z którymi wówczas przebywał w centrum miasta. Na komisariacie uświadomiono mu, że funkcjonariusze od pewnego czasu obserwowali młodzież subkulturową: dysponowali zdjęciami, znali nazwiska zatrzymanych, wiedzieli, do których uczęszczają szkół. Rozmowa miała charakter ostrzegawczy – wskazywano mu osoby, z którymi nie powinien utrzymywać kontaktów, sugerując ich związki ze środowiskiem przestępczym. Relacja ta pokazuje, że jeszcze przed okresem wzmożonego zainteresowania metalowcami aparat państwowy monitorował przede wszystkim środowiska punkowe, traktując je jako potencjalnie problematyczne politycznie, obyczajowo lub kryminalnie.
O krakowskich perypetiach opowiada Leszek Wojnicz-Sianożęcki:
„Społeczeństwo subkulturowe – punki i metalowcy – bardzo często spotykało się na Rynku pod »Adasiem«. Tam przesiadywali i tam policja inwigilowała ich, robiąc zdjęcia. Było to środowisko dość barwne. Ludzie zjeżdżali się tam z różnych części Polski: trochę hippisów i narkomanów, generalnie mieszane środowisko”.
Zdaniem innych rozmówców milicja nie interesowała się metalowcami jako grupą ideologicznie groźną, w metalowym przekazie brak bowiem elementów politycznych, które mogłyby wzbudzić szczególną czujność władzy.
– Nie chodziło o samą muzykę – przekonuje Krzysztof Oset. – Z muzyką nikt nie miał specjalnych problemów, najczęściej czepiano się tylko, że jest za głośno, dopóki nie wszedłeś z autorskim programem i do tego po polsku. Niebezpieczne były teksty, to one wkurwiały władzę… W latach 80. nie odbierano tekstów kapel metalowych jako buntowniczych, jak to było w przypadku punka. Wtedy jeszcze nikt nie mówił o przekazie metalowym. Może gdybyśmy śpiewali pochlebnie o Kościele, to mielibyśmy problemy, ale nas też wkurwiał. Kłopoty zaczęły się dopiero w latach 90., kiedy wytworzyła się taka bańka wokoło metalu.
W początkach lat 80. zdarzały się również sytuacje wynikające nie tyle z chęci represjonowania subkultury, ile z ogólnych warunków stanu wojennego i zwiększonej kontroli społecznej. Irena i Jan Bolowie wspominają: „W stanie wojennym mieliśmy do czynienia z ZOMO [Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej – M.L.]. Kiedyś wpadli do piwnicy, gdzie mieliśmy próby, i nas wygonili. Zakazali takich spotkań”. Potwierdza to, że milicja posiadała dobrą orientację w lokalnym życiu młodzieży i dokładnie wiedziała, gdzie odbywają się próby. Nieco inną perspektywę przedstawia Janusz Niekrasz z TSA, przypominając, że mimo trudności muzyka rockowa rozwijała się i gromadziła coraz większe rzesze fanów.
– W Opolu były podejrzenia, że ktoś donosi na ludzi, którzy tam pracowali, jakoby mieli kontakty z bezpieką. Nie odczuwaliśmy tego bezpośrednio, ale po sukcesie jarocińskim – kiedy to zaczęliśmy grać jako pełny, profesjonalny zespół – zaczęły się problemy z cenzorami, nawet jeśli nie były to poważne naciski. Myślę, że byliśmy wentylem bezpieczeństwa i niektórym ludziom to pasowało, że te emocje znajdują ujście w muzyce – ludzie garnęli się na koncerty zamiast na ulice.
Na tle represji wobec punków sytuacja metalowców była łagodniejsza. Dopiero pod koniec lat 80. pojawiło się większe zainteresowanie subkulturą – głównie w kontekście paniki moralnej wokół satanizmu i „czarnych mszy”. W praktyce wystarczało jednak nie tłumaczyć na polski zinów i tekstów po angielsku, by całkowicie dezorientować lokalne instytucje kontrolne.
– Pod koniec lat 80. – wspomina Grzegorz Szturo z Ciechanowa – pierwszy w naszym mieście fanzin, „Lightning”, był kserowany w jednym punkcie w Ciechanowie. Zanim do tego doszło, jego treść była sprawdzana przez faceta, który zajmował się kopiarką. Bywało, że wywiady z zagranicznymi zespołami kończyły się tekstami o jednoznacznie antykomunistycznym wydźwięku. Te fragmenty nie były oczywiście tłumaczone na polski, tylko zamieszczane w oryginale, czego ten facet nie wyłapywał.
Nie oznacza to jednak, że metalowcy nie spotykali się z szykanami. W wielu miejscach dochodziło do przemocy słownej i fizycznej wynikającej z niechęci wobec odmiennego wyglądu, fryzur czy czarnych ubrań. Piotr Wącisz podkreśla, że „milicja po prostu nie lubiła tej subkultury – długich włosów, podartych spodni. Zwyczajnie mieli taki prikaz, żeby od razu wszystkich traktować na nie, pokazać swoją siłę i wyższość, nawet nie tyle w sensie politycznym, po prostu ot tak”.
Z kolei Marek Łoza wspomina: „Bolało nas to, że milicja gania albo pałuje za długie włosy. Kiedy już miałem skórzaną kurtkę, to kolega mi doradził, żebym dla stylówy kupił sobie w wojskowym sklepie »gapy«, czyli orły, które nosili lotnicy. To fajnie wyglądało no skórze, bo nie miałem wtedy plakietek zespołów. Na ten widok milicjanci kazali mi je wyrywać zębami, bo jak nie, to wpierdol za profanację”.
W latach 80. młodzi fani metalu znacznie częściej niż milicję „spotykali” władze szkolne. To właśnie w placówkach oświaty najszerzej komentowano ich fryzury, wygląd i symbolikę powiązaną z kulturą muzyczną. Pojawiały się zakazy, upomnienia i szykany, które z perspektywy dzisiejszych standardów można odczytać jako przemoc. Oto jak swoje doświadczenia wspomina Piotr Tomczyk:
– Dyrektorką mojego liceum była nauczycielka języka rosyjskiego, zagorzała rusycystka i miłośniczka panującego wówczas systemu. Tępiła mnie, tak samo pani od polskiego, która zapowiadała: „Spotkamy się na maturze”. No i się spotkaliśmy… Dostawiła mi w pracy przecinki (trzy brakujące przecinki lub źle umiejscowione to jeden błąd ortograficzny, a trzy ortograficzne to dyskwalifikacja całej pisemnej matury) tak, że na około sto osób jako jedyny nie zdałem pisemnej matury z polskiego, mimo że byłem dobrym uczniem. Ujebała mnie… Oczywiście za rok zdałem, ale wtedy, w 1987, to był dla mnie dramat.
Do trudności systemowych dochodziły też ograniczenia w wyjazdach zagranicznych. „Dostaliśmy w dupę od tamtego systemu – podsumowuje Tomczyk. – Nie mogliśmy wyjeżdżać za granicę. Gdyby nie ten zakaz nasza kariera potoczyłaby się może inaczej. Na przykład dostaliśmy jako Imperator zaproszenie na nagranie płyty od Peaceville Records [brytyjska wytwórnia płytowa – M.L.] i nie mogliśmy z niego skorzystać”.
– Najbardziej brutalne starcia metalowców z milicją miały jednak miejsce podczas wyjazdów na duże koncerty, zwłaszcza do Katowic, gdzie organizowano Metalmanię. Dworzec w Katowicach oraz okolice „Spodka” były regularnie obstawiane przez patrole milicyjne, a zatrzymania i rewizje miały charakter masowy.
Na dworcu w Katowicach czekali na nas na peronie ZOMO-wcy i wszystkich od razu brali na dołek. Nie wiem za co… Ot tak, po prostu – opisuje Wącisz. – Kazali nam wszystko wyciągać z kieszeni, wszystkie metalowe rzeczy. Mojej koleżance kazali nawet ściągać łańcuszki, które miała jako ozdobę na kozakach. Chłopcy mieli ze sobą karty do gry, więc straszyli, że za każdą będzie pała. Pytali, skąd mamy pasy, spodnie i buty wojskowe, przecież nie można było tego mieć, a oni musieli się czymś wykazać… Pełna inwigilacja.
Oprócz tego milicjanci ukrywali się w bramach kamienic na drodze do „Spodka”, spisywali młodych ludzi, stosowali przemoc fizyczną i psychiczną. Jarosław Gronowski uważa, że „milicja często prowokowała wiele takich sytuacji, podobnie jak firmy ochroniarskie, które nie rozumiały, jak wygląda koncert metalowy i że ma swoje prawa – ludzie skaczą ze sceny, są przenoszeni na rękach do przodu i wpadają do fosy. To wyzwalało w nich agresję”. Nie oznacza to, że wszystkie dramatyczne sytuacje były wyłącznie winą służb. Część z nich wynikała z zachowania samych fanów.
– Policja często nas pacyfikowała – wspomina Wącisz. – Metalowcy z Sandomierza wsiadali w Tarnobrzegu, bo stamtąd odjeżdżał pociąg „Hetman” z Zamościa do Katowic. Zawsze zajmowaliśmy ostatnie wagony i wiadomo było, że wszystkie metaluchy będą się tam po drodze zbierać. Tak było mniej więcej od 1987 roku.
Jechaliśmy kiedyś ze stacji Tarnobrzeg. Moi koledzy tak się wtedy spili, że zaczęli się w tym pociągu awanturować, zrywać zasłony… Byłem z tych spokojniejszych i też dużo od nich młodszy, więc chciałem tylko dojechać, zobaczyć koncert i przeżyć. Okazało się, że SOK-iści [Straż Ochrony Kolei – M.L.] wezwali milicję. Wyprowadzili nas wszystkich z pociągu, zabrali na Komendę Wojewódzką w Tarnobrzegu i zamknęli w jednym pomieszczeniu, a później po kolei wzywali na górę i spisywali. Pamiętam, że mojego kolegę, dość pijanego, posadzili na krześle i jakiś gość bez munduru – może śledczy – tak mu przywalił w twarz, że ten aż spadł na podłogę.
Po raz pierwszy zetknąłem się z czymś takim i nie mogłem uwierzyć, że milicja stosuje taką przemoc fizyczną wobec gościa, który jest w zasadzie nieprzytomny, nic nie kuma… Byliśmy totalnie wkurwieni, zszokowało nas to, co się tam wydarzyło – że uderzyli naszego kumpla, a innemu, zdaje się, obcięli z jednej strony włosy. Później kazali nam wypierdalać do domu, ale my oczywiście biegiem na PKS i do Katowic na koncert.
Podobną historię opisuje Leszek Wojnicz-Sianożęcki.
– W 1986 roku miałem niemiłą przygodę z milicją, trochę z własnej winy, ale na szczęście byłem nieletni. Kupiłem od żołnierza ślepe naboje, nie wiedząc o tym, że tak naprawdę to ostra amunicja. Chodziłem wtedy z bullet beltemi z granatem na łańcuchu, oczywiście atrapą. Chciałem wyglądać jakbym grał w Destruction na okładce Sentence of Death (1985). Nie zdawałem sobie sprawy, że to może się dla mnie źle skończyć. Milicja zatrzymała mnie pod „Spodkiem”, zgarnęli do „suki”. Niezła afera…
Matka miała o piątej rano wjazd milicji do domu. Szukali, czy nie mam przypadkiem kałasza. Gdybym był wtedy pełnoletni, to podejrzewam, że skończyłoby się więzieniem. Musiałem jeszcze kilka razy jechać do Katowic. Woziłem ze sobą płyty i pokazywałam na komendzie, że tak chciałem wyglądać, że to było związane tylko z muzyką, spodobała mi się taśma i tyle, a gościu mnie nie uprzedził, że naboje są ostre.
W trakcie tego zatrzymania widziałem, jak milicja traktowała ludzi z Wrocławia, zwłaszcza tych, którzy mieli ćwieki i jakieś pasy. Nie dość, że tymi pasami dostali po dupie, to musieli jeszcze wyciągać ćwieki zębami. Nie raz przed koncertem pały profilaktycznie plątały się po plecach. Subkulturowi ludzie, którzy wyróżniali się z szarego tłumu, nie byli wtedy specjalnie dobrze tolerowani. Ta barwność po prostu drażniła i prowokowała milicję.
Tak wyglądał „ciemny” wymiar wczesnej sceny metalowej – ściśle splątany z polityką, brakiem akceptacji społecznej, subkulturowym napięciem i realiami życia pod koniec PRL.
**
Fragment książki Wznieciliśmy mrok. Historia mówiona polskiej sceny metalowej w latach 80. i 90., która ukazała się w Wydawnictwie Krytyki Politycznej.








!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)


Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!