Scenariusz donbaski nie zaczyna się od czołgów. Zaczyna się od pierwszego kłamstwa, które zaczyna brzmieć wiarygodnie. Od pierwszego polityka, który uznaje nienawiść za dobry kapitał wyborczy. Od pierwszej kropli krwi, którą wszyscy uznają za przypadek. Reszta przychodzi zaskakująco szybko.
Wiosną 2014 roku obserwowałem to w Doniecku z bliska. Dziś coraz częściej mam wrażenie, że słyszę ten sam dźwięk w Polsce.
Donieck przed końcem świata
„Uczynku swego nie żałuj już dłużej. Donbas! Kolce ma róża, błoto potok srebrny. Donbas! Słońce się zaćmi, księżyc się zachmurzy. Donbas! W najsłodszym pąku żyje robak wstrętny. Fantastisch Donbas!”.
To fragment utworu Róży ukraińskiego zespołu Dakh Daughters. Powstał w 2012 roku. Po rozpoczęciu rosyjskiej agresji hybrydowej w Donbasie z wielu powodów zaczął być odbierany jak proroctwo. Ta piosenka jest zrobiona na nerwie. Niepokoi, chwilami wręcz straszy, jakby spod spodu przebijał w niej jakiś apokaliptyczny ton.
W tym fragmencie wykorzystano 35. sonet Szekspira, w oryginale po angielsku. Szekspir i Donbas? Na pierwszy rzut oka brzmi to dziwnie. A jednak angielski jest tam poniekąd językiem „ojczystym”. Stolicę Donbasu, Donieck, założył bowiem brytyjski przedsiębiorca John Hughes.
Donbas końca XIX wieku był jednym z najbardziej zglobalizowanych regionów przemysłowych Europy. I chyba najbardziej kosmopolitycznym regionem całej Europy Wschodniej. Ze względu na skalę obecności belgijskiego kapitału żartobliwie nazywano go nawet „dziesiątą prowincją Belgii”. Byli tam Grecy, Walijczycy, Szkoci, Francuzi, Niemcy. Był też własny Nowy Jork – osada założona pod koniec XVIII wieku przez menonitów niemieckiego pochodzenia.
Moskwa, która później będzie opowiadać, że wszystko tu stworzyła, nie stworzyła prawie nic. Nie miała ani odpowiednich ludzi, ani technologii. Ojcami przemysłowego Donbasu byli europejscy przedsiębiorcy. Jedno z największych przemysłowych imperiów regionu zbudował z kolei ukraiński przedsiębiorca z Charkowa, Ołeksij Ałczewski. Zginął później w bardzo podejrzanych okolicznościach. W Rosji to dość znajomy scenariusz.
Miasto, które nie czekało na czołgi
Do Doniecka przyjechałem na początku marca 2014 roku, żeby zobaczyć, co naprawdę się tam dzieje. Tydzień przed pierwszym rozlewem krwi, zabójstwem uczestnika proukraińskiego wiecu. W Donbasie spędziłem prawie pół roku. Przejechałem cały region, rozmawiałem z setkami ludzi. Dwa razy trafiłem do rosyjskiej niewoli. Śmierć była naprawdę blisko.
Ale na początku marca śmiercią tam jeszcze nie pachniało. Co więcej, zamiast zaniedbanej, depresyjnej prowincji robotniczej pełnej agresywnych chłopaków w dresach, jaką podsuwała mi wyobraźnia, zobaczyłem jedno z najnowocześniejszych miast Ukrainy. Designerskie food courty, współczesne rzeźby, studenci z całego świata, Wi-Fi w trolejbusach, które wydawało mi się wtedy czymś niemal futurystycznym.
W restauracji Beatles grali Beatlesi. Na deptaku chłopaki grali Smoke on the Water. Nie Świętą wojnę, nie Ja russkij. Deep Purple. Wyobrażacie sobie? Donieck, który dziś kojarzy się światu z czarną dziurą „ruskiego miru”, mnie kojarzył się wtedy z riffem Ritchiego Blackmore’a.
Donieck nie był żadnym piekłem. To było milionowe miasto. Głośne, bogate, pełne kawiarni, stadionów, koncertów, studentów i rodzin z dziećmi. Pamiętam miasto róż. Pamiętam zupełnie nowe lotnisko, z którego ludzie latali na wakacje. Później stanie się ono pierwszym symbolem zaciekłego ukraińskiego oporu przeciw rosyjskiej agresji. Po wielu miesiącach walk nie zostanie z niego prawie nic.
Pamiętam stadion, którego mogło pozazdrościć pół Europy. To właśnie tam rozgrywano mecze Euro 2012. Dziś trybuny wyblakły, boisko zamieniło się w hałdy gruzu i ziemi, wyrastają tam drzewa. Pamiętam Centrum Sztuki Współczesnej Izolyatsia, kreatywny hub i jeden z najciekawszych ośrodków kultury w Europie Wschodniej, powstały na terenie opuszczonego zakładu przemysłowego. Pracowali tam artyści światowej klasy. Później zamieniono je w jedną z największych katowni tej wojny. Torturowano tam także moich znajomych.
Nie trzeba większości, żeby podpalić miasto
Na początku marca 2014 roku nie dało się tego wszystkiego nawet sobie wyobrazić. Pierwszy tekst, który wysłałem wtedy do redakcji w Mińsku, nosił tytuł: Donbas nie czeka z nadzieją na rosyjskie czołgi. Bo naprawdę nie czekał.
Napisałem to nie po rozmowach z proukraińskimi aktywistami ani z miejscową inteligencją, lecz po wielu godzinach spędzonych w tłumie prorosyjskich demonstracji. A właściwie demonstracji, które z zewnątrz wyglądały na prorosyjskie. Od środka były zjawiskiem znacznie bardziej skomplikowanym. Nazwałem je wtedy regionalną kontynuacją kijowskiego Majdanu.
Pierwszemu zerwaniu ukraińskiej flagi nie towarzyszyły brawa, lecz gwizdy i okrzyki potępienia. Mężczyznę, który rzucił się demolować samochód z ukraińskimi symbolami, odciągano siłą. Jeden z miejscowych od razu wyjaśnił mi, że ci zadymiarze są ewidentnie zza wschodniej granicy. Chcieli bowiem zerwać także flagę Szachtara, klubu piłkarskiego będącego dumą Doniecka.
Sam tłum był stosunkowo niewielki. Kilka tysięcy osób, nie więcej. Do „milicji ludowej” nikt specjalnie się nie garnął. Wokół trwały długie dyskusje polityczne. Padały nawet wezwania do kontynuowania Majdanu: do rozprawienia się z korupcją, naprawy państwa i zbudowania wreszcie normalnego życia.
Jedno zdanie zapamiętałem na zawsze:
„Jesteśmy takimi samymi Ukraińcami jak wy. Tylko kibicujemy Szachtarowi i mówimy po rosyjsku”.
Było też coś boleśnie ironicznego w słowach chłopaka z rosyjską trójkolorową naszywką na rękawie. Z dumą mówił o demonstracji:
„W Rosji coś takiego byłoby niemożliwe. Tam ludzi tak wytresowali, że na komendę sami wchodzą do suk”.
Krótko mówiąc: jeśli wyobrażaliście sobie Donbas jako biedny, zacofany region, wiecznie zbuntowaną prowincję marzącą o odłączeniu się od Ukrainy, byliście w błędzie. A już na pewno nie taki był Donieck, jedno z najbogatszych i najnowocześniejszych miast kraju.
Jedynym prawdziwie złowieszczym znakiem był dla mnie wtedy dywersant z GRU, którego przypadkiem spotkałem w pokojach wypoczynkowych na dworcu. Miał przy sobie sześć ładunków wybuchowych. Narzekał, że Putin „żuje smarki”, zamiast działać, i że agresję trzeba jak najszybciej rozszerzyć. Został zatrzymany dzięki mnie. To mnie uspokoiło.
Niestety, było to złudzenie.
To, co wydarzyło się później, miało niewiele wspólnego z nastrojami większości mieszkańców. Część z nich wykorzystano jako dekorację udającą „ludowe powstanie”. Całą resztę wykonali zawodowcy ze służb specjalnych.
To właśnie jest najważniejsza lekcja Donbasu: nie trzeba większości, która chce wojny. Wystarczy mniejszość, którą można wykorzystać, państwo, które nie umie zareagować, i zewnętrzna siła, która wie, kiedy podłożyć ogień.
Donbas miał swój Wałbrzych
Donbas miał też swój Wałbrzych. I to niejeden. Jak mówił Michał Walczak, autor niegdyś kultowej Kopalni:
„Każdy mieszkaniec Wałbrzycha ma swoją historię… Opowiadają o zamykaniu kopalń tak, jak stara panna nie mogąc uwolnić się od wspomnienia faceta, który ileś lat temu ją porzucił”.
W Donbasie ludzie też pamiętali, jak dobrze kiedyś żyło się górnikom. Jak wysoki mieli status społeczny. W ZSRR górnik był niemal superbohaterem. Najbardziej zdeterminowani młodzi ludzie, których spotykałem wiosną 2014 roku, pochodzili właśnie z takich donbaskich Wałbrzychów.
O Michale Walczaku Aneta Kyzioł pisała kiedyś w „Polityce”:
„Jak wielu przyjezdnych, wyczuł w mieście atmosferę oczekiwania na kogoś, kto wyzwoli ludzi z marazmu, w jakim tkwią od czasu, gdy zamknięto kopalnie, da miastu jakąś wizję przyszłości”.
Mógłbym napisać dokładnie to samo o sobie po podróżach po Donbasie. Tak, w powietrzu wisiało oczekiwanie. Że ktoś przyjdzie. Ktokolwiek. I otworzy drzwi do nowego, lepszego życia. Nikt jeszcze nie wiedział, że są to ostatnie tygodnie normalnego, spokojnego, ludzkiego życia.
Do dziś nie potrafię bez wzruszenia wspominać górnika z Krasnodonu, miasta tuż przy granicy z Rosją. Zapytał mnie:
„Jesteś wykształcony. Może mi powiesz… Putin chce dla nas dobra czy zła?”.
13 marca 2014 roku podczas ataku na wiec „Za Jedyną Ukrainę” w Doniecku polała się pierwsza krew. Jednego z uczestników zabito nożem. Dziesiątki ludzi zostały ciężko pobite. Miesiąc później uzbrojona grupa dowodzona przez oficera FSB Igora Girkina zajęła Słowiańsk i Kramatorsk. Zaczęły się porwania, tortury, egzekucje. A potem przyszła wojna.
Dlaczego piszę o tym z Polski?
Dziś, kiedy mieszkam w Polsce, nie mogę oprzeć się natrętnemu wrażeniu, że znowu wróciłem do Doniecka. Do wczesnej wiosny 2014 roku. Do czasu tuż przed pierwszą krwią. Po tym wszystkim mam w sobie znacznie mniej optymizmu. Dziś wyczuwam zagrożenie, którego wtedy nie potrafiłem dostrzec.
Na pierwszy rzut oka porównywanie Polski z Donbasem wydaje się absurdalne. Znacznie bliżej mu do Śląska. To także było przemysłowe serce kraju. Region z silną tożsamością i dumą. Pogranicze. Zdecydowanie silniejszy niż w Donbasie ruch autonomiczny. Własne traumy, lęki gospodarcze i historyczne spory. Region, który często głosował inaczej niż „statystyczna Polska”.
Nie miał jednak autorytarnego systemu jednej partii ani granicy z mocarstwem nuklearnym, które przez dziesięciolecia metodycznie podsycało i wykorzystywało miejscowe lęki oraz nadzieje, by w końcu wysłać tam swoich funkcjonariuszy i wojsko.
Jak więc można w ogóle mówić, że Polsce grozi scenariusz donbaski? A właśnie, że można.
Nie chodzi o to, że taki scenariusz miałby powtórzyć się w identycznej formie. Na szczęście Polsce brakuje wielu czynników, które umożliwiły tragedię Donbasu. Ma też znacznie więcej bezpieczników.
Są jednak trzy potężne elementy, które były obecne również tam. Ich połączenie może prowadzić do destabilizacji.
Po pierwsze: ogromne zainteresowanie Rosji skłóceniem Warszawy z Kijowem. To dla Kremla jedna z niewielu realnych szans na odwrócenie losów wojny: przeciąć główny szlak dostaw broni i pomocy dla Ukrainy. Dlatego polskie sieci społecznościowe są dziś pełne treści podsycających nienawiść do Ukraińców. Po botach mogą przyjść prowokatorzy. Tacy, którzy doprowadzą do przelania pierwszej krwi.
Po drugie: siły polityczne, które wykorzystują i podsycają nastroje antyukraińskie dla własnych korzyści. Chciałbym im przypomnieć los Rinata Achmetowa, niegdysiejszego „gospodarza Donbasu”. Achmetow bawił się tym antyukraińskim dżinem, przekonany, że można go wypuścić z butelki tylko na chwilę, żeby trochę postraszyć Kijów i poprawić swoją pozycję negocjacyjną. Kiedy zrozumiał, dokąd to zmierza, nakazał uruchomić syreny we wszystkich swoich zakładach. Pamiętam radość moich europejskich kolegów w donieckim hostelu: „To koniec wojny!”. Tamten sygnał okazał się jednak nie początkiem pokoju, lecz pożegnaniem z epoką panowania Achmetowa w Donbasie.
Po trzecie: ta sama propaganda. Ta, która straszyła mieszkańców Donbasu „banderowcami” i podsycała agresję, dziś krąży po Polsce. W tłumie, w którym chodziłem po Doniecku, kręciły się dziesiątki agitatorów. Zbierali wokół siebie ludzi i opowiadali historie grozy o „banderowcach”. Jedną zapamiętałem szczególnie:
„Jestem synem radzieckiego oficera. Banderowska pielęgniarka specjalnie upuściła mnie na podłogę zaraz po urodzeniu. Od tego czasu mam uszkodzoną głowę i nienawidzę ich wszystkich”.
Sądząc po wieku tego agitatora, miało się to wydarzyć gdzieś w latach 60.
Propaganda była wszędzie: w telewizji, radiu, lokalnych gazetach i internecie. Działała tak skutecznie, że człowiek, który przed chwilą mówił mi, iż podziela wszystkie postulaty i wartości Majdanu, nagle zapytał:
„Dlaczego oni nas nienawidzą?”.
Oczywiście „oni” oznaczali „banderowców”.
Zapytałem pracownika Donieckich Zakładów Metalurgicznych, kogo dokładnie ma na myśli i skąd właściwie biorą się jego obawy. W odpowiedzi pokazał mi niewyraźne nagranie, nie wiadomo przez kogo, kiedy i gdzie zrobione. Grupa młodych ludzi, prawdopodobnie kibiców piłkarskich, skandowała podczas marszu hasła o Moskalach.
Zwróciłem mu uwagę nie tylko na całkowicie nieznane pochodzenie tego filmu, ale także na drobny szczegół: on sam przecież żadnym „Moskalem” nie był. Jego starszy brat, górnik, dodał wtedy:
„Od 2004 roku straszą nas banderowcami. Mówią, że przyjdą z czerwono-czarnymi flagami. Tymczasem do Krymu przyjechali »zieloni ludzie«. Tego tutaj nie chcę”.
Ostatecznie nikt już mieszkańców Donbasu nie pytał, czego chcą, a czego nie. Machina przemocy została wprawiona w ruch.
Kim byli „banderowcy” z Doniecka
W Doniecku poznałem też kilku „banderowców”, jak nazywali ich inni.
Ołenę. Dziewczynę poruszającą się na wózku, chorującą na rdzeniowy zanik mięśni. Medalistkę turniejów szachowych dla osób z niepełnosprawnościami. Główną twarz donieckiego Euromajdanu.
Dianę. Graficzkę, która nigdy nie interesowała się polityką. Dopóki w powietrzu nie pojawił się zapach nieszczęścia. Wtedy współtworzyła ruch Donieck to Ukraina. Później, już na wygnaniu, stworzy nowoczesną przestrzeń kultury w Mariupolu.
Bogdana. Biznes zaczął prowadzić jako szesnastolatek. W wieku dziewiętnastu lat nie otworzył punktu bukmacherskiego, budki z piwem ani kasyna. Otworzył kawiarnię Izba-Czytelnia.
Wokół niej wyrosło środowisko ludzi kultury. To ono stało się jednym z jąder oporu po okupacji Doniecka. Bogdan został partyzantem i snajperem. Pewnego razu przez trzy dni leżał w zasadzce, żeby zastrzelić jednego z przywódców tłumu, który przejął jego miasto.
Życie jest znacznie bardziej skomplikowane niż nasze stereotypy. Dbajcie o siebie. Dbajcie o swój kraj. Nie pozwólcie wciągnąć go w wir propagandy nienawiści. Bo ostatecznie nie wygrywają na niej nawet ci, którym dziś wydaje się, że działa na ich korzyść.
Pamięć nie może stać się paliwem dla nienawiści
W tych dniach wielu z nas będzie wspominać ofiary Wołynia. To powinien być czas pamięci, a nie nienawiści. Jeśli pojawią się prowokacje, nie pozwólcie, by ukradły sens tych dni. Właśnie na to liczą ci, którzy od lat próbują skłócić Polaków i Ukraińców. Każda bójka, każdy podpalony znicz, każda kropla krwi będzie prezentem nie dla pamięci ofiar, lecz dla Kremla.
Historia zasługuje na prawdę. Polityka na odpowiedzialność. A Polska na to, by nie powtórzyć cudzych tragedii.
*
Dzmitry Halko – niezależny dziennikarz z Białorusi, wiele lat temu zmuszony do ucieczki z kraju z powodu prześladowań politycznych. Przez niemal dekadę pracował jako korespondent wojenny w Ukrainie. Obecnie podwójny uchodźca, mieszkający w Polsce. Zajmuje się tematyką polityczną, stosunkami międzynarodowymi, demokracją oraz demaskowaniem rosyjskiej dezinformacji.







!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)


Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!