Decyzja władz ukraińskich o uczynieniu „bohaterów UPA” patronami jednej z jednostek wojskowych ściągnęła na nie gniew polskich polityków, wyjątkowo zgodnych w tej sprawie. Uhonorowanie Ukraińskiej Powstańczej Armii (zbrojnego ramienia Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów) oficjalnie potępił MSZ, razem z opozycją przypominając o odpowiedzialności tej formacji za rzeź wołyńską, a prezydent Nawrocki zagroził nawet odebraniem Zełenskiemu orderu Orła Białego.
Trudno dziwić się temu wzburzeniu – czczenie antypolskich zbrodniarzy w państwie, które jest sojusznikiem Polski, jest nieakceptowalne. Karol Nawrocki ma pełną rację, kiedy domaga się korekt w polityce historycznej Ukrainy. Szkoda tylko, że w tej sprawie przygania kocioł garnkowi, ponieważ polska prawica także uwielbia nacjonalistycznych morderców, a sam prezydent w czasie przewodzenia Instytutowi Pamięci Narodowej przykładał do tego rękę.
Podwójne standardy polskich władz
Nie trzeba chyba nikomu przedstawiać „wyklętych”, których kult stał się fundamentem polityki historycznej rządów PiS-u. Wbrew państwowej propagandzie powojenne podziemie antykomunistyczne stanowiło grupę bardzo niejednorodną i znajdziemy wśród jego członków bandytów oraz morderców. Oczywiście należą do nich Romuald Rajs „Bury”, odpowiedzialny za krwawe pacyfikacje prawosławnych wsi na Podlasiu (sam IPN swego czasu uznał te działania za noszące znamiona ludobójstwa), a także Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, którego oddziały mają na koncie „odwetowe” zbrodnie na litewskiej ludności cywilnej. To sztandarowe przykłady, ale można wymienić jeszcze wielu innych „wyklętych” winnych podobnych występków.
W jednym z lubelskich kościołów wisi tablica upamiętniająca Mieczysława Pazderskiego, który w III RP został pośmiertnie odznaczony, podobnie jak Łupaszka. Dowodzony przez niego oddział NSZ wymordował ok. dwustu ukraińskich mieszkańców wsi Wierzchowiny, a w relacjach ze zbrodni pojawiały się opisy tortur, gwałtów i makabrycznych sposobów uśmiercania ludności cywilnej. Gdy przypomina się o takich poczynaniach polskich nacjonalistów, ich obrońcy szybko przypomną, że przecież UPA miała znacznie więcej ofiar na sumieniu – to fakt, tylko co to zmienia w kontekście moralnej oceny palenia żywcem dzieci ze względu na ich narodowość? Historyczny bilans zbrodni nie działa przecież na zasadzie konkursu, w którym większy sprawca automatycznie uniewinnia mniejszego.
Problem polega na tym, że we współczesnej debacie pamięć o własnych ofiarach często służy jako argument za zapomnieniem o własnych sprawcach. Prawicowa polityka historyczna od lat opiera się na prostym zabiegu: niejednoznaczne zjawiska i postacie historyczne redukuje do jednej cechy, która pasuje do aktualnej opowieści politycznej. W przypadku tzw. żołnierzy wyklętych tą cechą jest antykomunizm. Jeśli ktoś walczył z nową władzą po 1944 roku, automatycznie trafia do narodowego panteonu bohaterów, niezależnie od tego, co robił poza walką z komunistami. Ta logika prowadzi do relatywizacji zbrodni zarówno polskich, jak i ukraińskich nacjonalistów.
Rozgrzeszanie nazistowskich kolaborantów po obu stronach Bugu
Poza rzezią wołyńską i mordami antysemickimi do długiej listy grzechów UPA należy kolaboracja z III Rzeszą w końcowych fazach wojny. Ukraińscy nacjonaliści otrzymywali wsparcie od Niemców, którzy nie mogli w swojej propagandzie nachwalić się heroizmu tych „bojowników o wolność”. Obrońcy UPA z jednej strony umniejszają znaczenie takiej współpracy z okupantem, a z drugiej wskazują na konieczność podejmowania trudnych decyzji w związku ze zbliżaniem się wroga ze wschodu. W kontekście trwającej wojny z Rosją atrakcyjne dla ukraińskich władz jest skupianie się na ZSRR jako naczelnym złoczyńcy II wojny światowej, większym nawet od III Rzeszy, mimo jej ludobójczej polityki względem Słowian.
Odkładając na bok wątpliwą prawdziwość takiej tezy, błędne jest utożsamianie Sowietów wyłącznie z Rosją – Ukraińcy znacznie częściej walczyli po stronie ZSRR niż organizacji nacjonalistycznych. O ile UPA liczyła w porywach do kilkudziesięciu tysięcy ochotników, o tyle przez szeregi Armii Czerwonej przewinęło się kilka milionów ukraińskich żołnierzy. Stanowili oni ok. jednej czwartej stanu osobowego wojska walczącego z hitlerowskim najeźdźcą. Obecna polityka historyczna Kijowa zdaje się jednak sugerować, że to nazistowscy kolaboranci zasługują na większy szacunek niż zdobywcy Berlina.
To może brzmieć znajomo, ponieważ w Polsce nie brakuje podobnych sentymentów. W czasie gdy usuwano pomniki upamiętniające żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, sam Karol Nawrocki jako szef IPN organizował uroczystości na cześć Brygady Świętokrzyskiej NSZ, chwaląc jej bojowników za marsz „w kierunku wolnej, niepodległej i suwerennej Polski”. Zapomniał dodać, że Brygada Świętokrzyska maszerowała ramię w ramię z nazistami – pod koniec wojny formacja NSZ nawiązała taktyczną współpracę z Niemcami, otrzymywała od nich wsparcie rzeczowe, wysyłała ludzi na szkolenia organizowane przez SS i korzystała z osłony Wehrmachtu. Fakty te nie są tajemnicą ani elementem „komunistycznej propagandy” – od dziesięcioleci opisuje je historiografia. Mimo to opowieściach polskiej prawicy Brygada Świętokrzyska coraz częściej przedstawiana jest jako niemal wzorcowa formacja niepodległościowa, ponieważ to antykomunizm stał się dominującym kryterium oceny historii.
Paradoks polega na tym, że środowiska najgłośniej domagające się „prawdy historycznej” po stronie ukraińskiej same najbardziej fałszują naszą rodzimą historię, promując bardzo selektywny obraz przeszłości. Gdy sprawcami zbrodni okazują się bohaterowie prawicy, ta apeluje o wzięcie pod uwagę „szerszego kontekstu”, „trudnych czasów” czy „niejednoznaczności sytuacji”. Nie wiem, co jest niejednoznacznego w wymordowaniu wsi ze względu na przynależność etniczną jej mieszkańców, ale obrońcy UPA i niektórych oddziałów NSZ będą się bardzo gimnastykować, aby jakoś uzasadnić te zbrodnie. Tylko po co?
Zerwanie z kultem nacjonalistycznych zbrodniarzy to minimum przyzwoitości
W przypadku Ukrainy alibi dla tworzenia fałszywych narracji historycznych ma stanowić trwająca wojna. Nie zgadzam się jednak z głosami, że trzeba Ukraińcom wybaczyć gloryfikację UPA, ponieważ stanowi ona symbol oporu wobec Rosji, ważny w kontekście obrony przed inwazją. Niezależnie od okoliczności byłbym przeciwny braniu na sztandary Czetników przez Serbów, Ustaszy przez Chorwatów czy Waffen SS przez Niemców (lub Łotyszy). Mamy prawo wymagać rozliczenia się ze swoimi zbrodniarzami i ich potępienia, a alergiczne reakcje Polaków na kult katów z Wołynia są w pełni uzasadnione, skoro nie tylko zakłamuje on historię, ale też bezpośrednio dotyka licznych potomków ofiar UPA.
Nie jest naturalnie tak, że od polityki historycznej Ukrainy powinna być uzależniona polska pomoc dla zaatakowanego przez Rosję kraju. Pomijając wszelkie aspekty moralne, w interesie Polski i Europy jest, aby Kijów nie znalazł się w rosyjskich rękach. Stąd trzeba być uczulonym na próby wykorzystania dawnych sporów przez prokremlowskich polityków pokroju Grzegorza Brauna. Jednocześnie nie można w imię doraźnej gry politycznej ignorować poczynań Zełenskiego i zamiatać pod dywan gloryfikowanie UPA. Jeśli demokratyczne i walczące o wolność państwo na sztandary bierze ludobójczych zbrodniarzy, to coś się tu nie zgadza. Również wtedy, gdy robi to nasz własny kraj.
Władze ukraińskie i polska prawica w gruncie rzeczy prowadzą bardzo podobną politykę pamięci. Na szczęście polskie podziemie antykomunistyczne nie ma na swoim koncie czegoś skalą przypominającego rzeź wołyńską, ale mechanizm relatywizowania zbrodni (lub kolaboracji) jest ten sam. Gdy wsie palą nasi „bohaterowie”, to jest to drugorzędne wobec reszty ich poczynań, ale punkt widzenia zmienia się radykalnie, jeśli palone wsie są nasze.
Tak naprawdę rozwiązanie sporów historycznych między Polską a Ukrainą mogłoby być bardzo proste – wystarczyłoby zrezygnować z budowania narodowych panteonów wokół nacjonalistycznych organizacji, których istotnym elementem działalności były czystki etniczne oraz mordy na cywilach. W historii obu państw nie brakuje lepszych bohaterów, nieskąpanych we krwi niewinnych. Niestety, po żadnej ze stron Bugu nie zapowiada się, żeby władze zamierzały tak postąpić. Doraźne korzyści polityczne przeważają nad zwykłą przyzwoitością, ze szkodą dla prawdy historycznej.



!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)


Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!