Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Widziała, jak rodzi się technofaszyzm. „To straszne, że miałam rację”

Już 30 lat temu, przed krachem dot-comów, przed Facebookiem i X, przed Muskiem, Thielem i Bezosem dało się dostrzec początki brutalnej ideologii dzisiejszych technofaszystów. Ale w Dolinie Krzemowej nie było popytu na wątpliwości.

Profile of a person with floating padlocks, global data rings, and a WIRED magazine collage illustrating cybersecurity concept.
Walka

Kiedy na początku lat 90. wojskowo-akademicki eksperyment zwany internetem zaczął przeistaczać się w powszechnie dostępne narzędzie globalnej rewolucji, na sklepowe półki trafił magazyn „Wired”. Krzyczący fluorescencyjnymi kolorami i chaotycznym układem graficznym, w estetycznej opozycji do tradycyjnych magazynów branżowych przypominających książki telefoniczne, „Wired” miał do przekazania jedno: pasjonowanie się nowymi technologiami jest wreszcie cool.

W Dolinie Krzemowej magazyn błyskawicznie zyskał status kultowego, a popyt na niego był tak duży, że w ciągu pierwszego roku z dwumiesięcznika stał się miesięcznikiem. Okrzyknięty mianem „«Rolling Stone» świata technologii” magazyn uczynił z technologii kulturę i styl życia, a stereotypowego geeka komputerowego przeistoczył w przedstawiciela awangardy. Ambitnego wizjonera buntującego się przeciwko gorsetowi zasad, którymi nierozumiejący przyszłości starcy starali się zdławić to, co i tak było nieuniknione – a nieuniknionym było szczęście i dobrobyt dla wszystkich.

Czytaj także Od zdolnego hakera do broligarchy. Jak Mark Zuckerberg niszczy internet i demokrację Karolina Wiśniowska

Zdecentralizowane sieci cyfrowe miały zmieść skorumpowane hierarchie władzy, zdemokratyzować dostęp do informacji i stworzyć prosperującą globalną gospodarkę, która uniesie wszystkie łodzie i wszystkim da pełnię swobód. Podważać tę opowieść znaczyło być dinozaurem, który przestaje rozumieć współczesny świat. 

Paulina Borsook, jedna z pierwszych autorek piszących dla „Wired”, podziwiała impet, z jakim magazyn zrywał z zastanymi formułami. Sama była pasjonatką nowych technologii, fascynował ją ich błyskawiczny postęp. Nie traktowała jednak technologii z nabożnością, którą dostrzegała u innych, a która wydawała się zarezerwowana wyłącznie dla środowiska tech: „To tylko narzędzia. Współczesna stomatologia jest świetna, ale dentysta nie nalega przecież, żebyś go czcił”.

Borsook dostrzegła, że w kostiumie nieuchronnej, technooptymistycznej rewolucji dziejowej „Wired” konsekwentnie przemyca libertariański i antyregulacyjny światopogląd, stawiający państwo w pozycji wroga. Na łamach „Wired” regularnie pojawiały się obszerne portrety anarchokapitalistycznych aktywistów strzegących prawa do prywatności oraz artykuły wieszczące śmierć usług publicznych, opatrzone nagłówkami w stylu: Wielki Brat chce dostępu do twojego konta bankowego czy Edukacja publiczna hamuje rozwój przyszłości. Czy wysłałbyś swoje dziecko do radzieckiej spółdzielni?

Tematy, które „Wired” mógł naświetlić w swoim stylu, leżały zresztą na ulicy dzięki serii wydarzeń znanych jako tzw. wojny kryptograficzne. Oś konfliktu stanowił spór o rolę nowych technologii silnego szyfrowania. Rząd utrzymywał, że szyfrowanie zbyt silne, by państwowe służby mogły je łamać, ułatwia działalność grupom przestępczym. Traktował je więc na równi z bronią o strategicznym znaczeniu dla bezpieczeństwa państwa. Oprogramowanie wykorzystujące zaawansowaną kryptografię zostało objęte zakazem eksportu z USA. Branża technologiczna i aktywiści na rzecz prywatności (głównie libertarianie) uznawali je tymczasem za kluczowe narzędzie ochrony praw obywatelskich w erze cyfrowej. 

W 1991 roku programista Phil Zimmermann napisał program do szyfrowania poczty elektronicznej o nazwie PGP (Pretty Good Privacy). Przy pomocy cyberaktywistów rozpowszechniono go na całym świecie, a algorytm szyfrujący, którego nie wolno było eksportować, drukowano w skondensowanej formie na (legalnie wywożonych z kraju) tiszertach. W efekcie prokuratura wszczęła przeciwko Zimmermannowi długoletnie śledztwo pod zarzutem eksportu amunicji bez zezwolenia.

Czytaj także Mroczne Oświecenie i mafia z PayPala, czyli za co płaci Elon Musk Magdalena Bazylewicz

W 1993 roku administracja Clintona zaproponowała wprowadzenie specjalnego czipu szyfrującego o nazwie Clipper, który miał być z nakazu państwa wbudowany w każdy komputer i telefon. Czip zapewniał silne szyfrowanie, teoretycznie gwarantując użytkownikom prywatność, jednak umożliwiał też służbom specjalnym odczytanie każdej rozmowy po uzyskaniu odpowiedniego nakazu. Sektor technologiczny i organizacje zajmujące się ochroną swobód obywatelskich, w tym słynna Electronic Frontier Foundation, sprzeciwiły się temu pomysłowi. Projekt wkrótce zarzucono, lecz wydarzenia te jeszcze bardziej zantagonizowały kalifornijskich technolibertarian wobec państwa. 

„Rządy świata przemysłowego, zmęczeni giganci ze stali i krwi, przybywam z cyberprzestrzeni, nowej ojczyzny Umysłu. W imieniu przyszłości proszę was, byście zostawili nas w spokoju. Nie macie nad nami żadnej władzy. Globalna przestrzeń, którą budujemy, jest z natury niezależna od tyranii, którą próbujecie nam narzucić. Nie macie moralnego prawa nami rządzić i nie dysponujecie żadnymi środkami przymusu, których moglibyśmy się obawiać” – tak zaczynała się Deklaracja Niepodległości Cyberprzestrzeni spisana w 1996 roku przez Johna Perry Barlowa, jednego z czołowych ideologów technolibertarianizmu (a wcześniej tekściarza zespołu Grateful Dead). 

Paulina Borsook przyglądała się temu z rosnącym niepokojem. Na jej oczach krystalizowała się ideologia polityczna, która dzięki swojemu migotliwemu, futurystycznemu opakowaniu wymykała się krytyce, jakiej poddawane są inne polityczne doktryny. Nie była to zresztą wizja szczególnie dojrzała ani konsekwentna; stanowiła raczej dziwaczną hybrydę hipisowskiego wystawiania środkowego palca autorytetom, krnąbrności przeciętnego nastolatka i socjopatycznej kultury korporacyjnej „ziomali z Wall Street”. Ten pozornie egzotyczny sojusz opierał się na infantylnym pragnieniu nieograniczonej niezależności i zaciekłym oporze wobec wszelkich narzuconych z zewnątrz ograniczeń.

Ideologia ta krystalizowała się również podczas konferencji bionomiki organizowanej przez korporacyjno-libertariański think tank Bionomics Institute. w której Borsook kilkakrotnie uczestniczyła. Bionomika – dziedzina nauki zajmująca się badaniem praw rządzących życiem w przyrodzie – została zawłaszczona przez technokratów z Doliny Krzemowej i użyta do uzasadnienia skrajnie antysystemowych, antyregulacyjnych światopoglądów wolnorynkowych oraz całkowitej abdykacji z odpowiedzialności społecznej.

To czysty darwinizm społeczny, odmalowany jako romantyczna wizja gospodarki jako lasu deszczowego (hasło „gospodarka to las deszczowy” widniało zresztą na zderzakach wielu kalifornijskich samochodów). Rynek, niczym las, to złożony biologiczny ekosystem, zbyt skomplikowany, żeby ktokolwiek mógł go skutecznie regulować, a każda forma państwowej interwencji jedynie zaburza jego delikatną równowagę. Konkurencja sprowadza się tu do zasady przetrwania najsilniejszych. Jeśli startup zbankrutuje lub automatyzacja zlikwiduje miejsca pracy całego sektora, nie ma w tym ludzkiej tragedii, której wymiar należałoby złagodzić, a jedynie naturalny element biologicznej ewolucji systemu.

Czytaj także Rynki prognostyczne: od „mądrości tłumu” po zabójstwa na zlecenie Cory Doctorow

Pomijając już, łagodnie rzecz biorąc, bezduszność tego światopoglądu, Borsook zwróciła uwagę na zawarte w nim pokłady hipokryzji. Spółki technologiczne w Dolinie Krzemowej przez dekady rozwijały się właśnie dzięki interwencji państwa i infrastrukturze publicznej, o czym nowe pokolenie technolibertarian zdawało się całkowicie zapominać. Lukratywne kontrakty z Departamentem Obrony to jedno.

Drugie to cała infrastruktura powstała dzięki zaangażowaniu państwa, między innymi funkcjonujący system prawny, w ramach którego korporacje mogą liczyć na uczciwe rozstrzyganie sporów dotyczących własności intelektualnej i szpiegostwa gospodarczego, ale także czyste powietrze i woda, sieć elektryczna, bezpieczne budownictwo, autostrady oraz uniwersytety kształcące przyszłych pracowników Big Techów. Jak zauważyła Borsook, żadna z tych rzeczy nie jest doskonała, a korupcja występuje wszędzie, jednak są one lepsze niż większość dostępnych alternatyw. Gdzie lepiej prowadzić działalność, pytała: w Rosji czy w północnej Kalifornii?

Jako przykład przywołała kazus „propozycji 13”. Przegłosowana w 1987 roku propozycja, zwana również rewoltą podatników, znacznie ograniczyła w Kalifornii wysokość podatków od nieruchomości. Po jej wprowadzeniu wpływy do budżetu z tego tytułu w całym stanie spadły o około 60 proc. Kalifornijskie szkoły publiczne, do tej pory finansowane w dużej mierze właśnie z podatków od nieruchomości, zostały zmuszone do wprowadzenia drastycznych cięć. Przestano zatrudniać nowych nauczycieli, klasy stały się przepełnione, zlikwidowano mnóstwo programów edukacyjnych, a Kalifornia, będąca dotąd w czołówce krajowych rankingów, osunęła się na sam dół tabeli. „Teraz Dolina Krzemowa narzeka, że nie może znaleźć wystarczającej liczby wykwalifikowanych pracowników w samym stanie i musi ich szukać za granicą. Nie dostrzega związku między haniebnie niskim poziomem wydatków na ucznia w szkołach podstawowych i średnich w Kalifornii a brakiem lokalnych talentów”.

Borsook opisała to wszystko w wydanej w 2000 roku książce Cyberselfish i przez kolejne ćwierćwiecze odnosiła się do swojego dzieła per „ta cholerna książka”. W Dolinie Krzemowej nie było zbytniego popytu na pesymizm i złowieszcze prognozy. Książka pozostała niezauważona, a kariera Borsook się załamała. Odeszła z zawodu i przez lata pracowała jako gospodyni Airbnb w zamian za dach nad głową. 

Dziś, gdy technofaszyści kwestionujący sens samej demokracji są w końcu u władzy, niektórzy przypomnieli sobie o książce Borsook. Od kilku miesięcy autorka pojawia się w mediach, a egzemplarze Cyberselfish osiągają zawrotne ceny w antykwariatach. Szykowane jest wznowienie publikacji.

Borsook przyznaje, że czuje pewną satysfakcję właściwą każdej autorce pragnącej stworzyć coś trwałego, lecz jest to satysfakcja dość ponura. „Jeśli empatia stała się obecnie czymś w rodzaju nieprzyjemnej osobistej wady; jeśli kapitalizm oparty na inwigilacji stał się powszechną praktyką biznesową, którą się lekceważy; jeśli wpływ sztucznej inteligencji na środowisko jest bagatelizowany, to niestety żyjemy w kulturze zdominowanej przez technologię, której nadejście przewidziałam już 30 lat temu” – powiedziała Borsook w jednym wywiadów. „To straszne, że miałam rację”.

**

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x