Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Schronów może i nie ma, ale zdążysz się pomodlić

Do schronów załapie się 1 procent ludności. Aplikacja „Gdzie się ukryć” jest zawodna i wymaga internetu. Ale spokojnie! Państwo pracuje nad tym, abyśmy wszyscy mogli schronić się w parafii.

Wielki złoty „Najświętszy Sakrament”, za nim w tle wybuchy i kłęby ognia, na górze widać samoloty bojowe, z lewej strony tle ognia drony. W prawym dolnym rogu półprzezroczysta twarz Jana Pawła II
1
Celnie!

1

Schronów w Polsce brakuje, to wiemy. Jest ich około 1,9 tys. i pomieszczą 300 tys. osób. Mamy więc statystycznie znikome szanse, że w razie potrzeby uda nam się ukryć akurat tam. Z tego niedostatku i płynącego zeń niepokoju robią sobie klikbajt autorzy licznych tekstów, piszący w tonie „wszyscy umrzemy”, że schronów prawie nie ma i że pomieszczą zaledwie jeden proc. Polek i Polaków, a pozostałych – można się domyślać – zmiecie z planszy.

Chociaż schrony faktycznie zapewniają najwyższy poziom ochrony, m.in. dzięki hermetyczności, która może uchronić przed skażeniami chemicznymi, mamy jeszcze inne opcje. Średni poziom ochrony dają tzw. miejsca ukrycia, których zarejestrowano w Polsce 8,7 tys., a schronić się w nich będzie mogło 1,1 mln osób. Nie mają zaawansowanych systemów filtracji, ale chronią przed odłamkami, zawaleniem się budynku, a częściowo przed skutkami wybuchów.

Podstawową ochronę stanowią zaś Miejsca Doraźnego Schronienia (MDS). To ogólnodostępne obiekty użyteczności publicznej takie jak tunele, stacje metra, parkingi podziemne czy piwnice. Chronią przed bezpośrednim oddziaływaniem czynników rażących o niewielkim natężeniu oraz służą jako miejsce tymczasowego schronienia w sytuacji zagrożenia. MDS-ów jest najwięcej, bo ok. 224 tys. obiektów, które mogą pomieścić ponad 49 mln osób. Z danych wynika więc, że miejsca powinno wystarczyć dla wszystkich.

Czytaj także Rosyjskie drony mają w poważaniu betonowe jeże Tuska Paulina Siegień

Bałagan w realu

Od czasu wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie żaden rząd nie wybudował w Polsce ani jednego publicznego schronu. Ekipa Tuska po objęciu władzy zainteresowała się tematem i wprowadziła w życie ustawę o ochronie ludności i obronie cywilnej, znaną jako „ustawa schronowa”. Jest ona trochę jak plaster na urwaną nogę, bo przede wszystkim porządkuje kwestię tych miejsc schronienia, które już mamy.

W Programie Obrony Ludności i Obrony Cywilnej na lata 2025–2026 przewidziano budżet 34 mld zł, w tym 5 mld zł bezpośrednio dla samorządów. Te pieniądze mają być przeznaczone na masową budowę schronów w gminach oraz wprowadzenie nowoczesnych standardów technicznych. W teorii brzmi dobrze. Gorzej z praktyką.

Weźmy nowe obowiązki dla deweloperów. Zgodnie z art. 94 ustawy schronowej od 1 stycznia 2026 roku każdy blok mieszkalny czy budynek publiczny z podziemiami będzie trzeba zaprojektować tak, aby w razie zagrożenia dało się tam urządzić miejsce doraźnego schronienia. Problem polega na tym, że zapis nie zawiera żadnych konkretnych wytycznych, ani jednego parametru związanego z konstrukcją takiego wymaganego MDS.

Już na początku 2026 roku mówiło się o nowelizacji dopiero co wprowadzonych przepisów. Problem z ich interpretacją mają nie tylko deweloperzy, ale również samorządy. Wiceminister MSWiA ogłosił w Polskim Radiu, że trwa wręcz masowe zbieranie wniosków o budowę nowych schronów. Dziekanka Wydziału Inżynierii Lądowej Politechniki Krakowskiej prof. Lucyna Domagała wskazuje tymczasem, że pracownicy urzędów mają problem z rozumieniem ogólnych wymagań dotyczących budowy tego typu obiektów. Jak mówi, część urzędników nie rozróżnia schronów od budowli ochronnych i MDS.

Bałagan w wirtualu

Ogłoszona pod koniec grudnia zeszłego roku aplikacja „Gdzie się ukryć” to tak naprawdę rebranding aplikacji „Schrony”, zaprezentowanej w 2023 roku przez ówczesnego ministra obrony narodowej Mariusza Błaszczaka. Zmiany są drobne, a niektóre wyszły użytkownikom na gorsze. Choćby to, że w poprzedniej wersji na mapie znaczniki miały różny kolor, odpowiednio do rodzaju schronienia, zaś obecnie wszystkie obiekty mają taki sam marker. Podczas zagrożenia nie będziemy więc wiedzieć, czy biegniemy do najbliższego schronu, miejsca ukrycia czy miejsca doraźnego schronienia.

Aplikacja wyświetla ok. 84 tys. punktów, chociaż jest ich w Polsce ponad 200 tys. Schody zaczynają się jednak dopiero wtedy, kiedy zbadamy dostępność wyświetlanych obiektów. Okazuje się, że większość jest opatrzona komunikatem: „Ograniczona dostępność (dostęp w ramach wzajemnej pomocy)”. Ze względu na przepisy RODO aplikacja podaje tylko adres i współrzędne geograficzne. Punkt, do którego się udamy, może być zamknięty, bo na przykład należy do sklepu lub jest prywatną piwnicą. Na dodatek, już na miejscu, nie wiemy, kogo pytać o wskazówki. Wyobraźcie sobie, jak stoicie z niepewnym wyrazem twarzy przed jakimś osiedlowym domofonem, kiedy wokół dzieje się apokalipsa.

Na Kanale Zero Waldemar Stankiewicz pokazał, że nawet w warszawskich biurowcach ochrona nie wiedziała, że ich obiekty są zgłoszone do aplikacji „Gdzie się ukryć”. Jeśli na mapie z miejscami schronienia zapisano na przykład szkołę albo sklep w centrum miasta, to czy jest tam sens uciekać podczas nocnego ataku dronów? Czy pracownicy sklepu albo dozorca (przychodzący na 5–6 rano do pracy) heroicznie dojadą z innej dzielnicy, aby otworzyć obiekt? Czy może sami będą w tym czasie szukali schronienia w pobliżu swojego miejsca zamieszkania?

Czytaj także Rozważniej byłoby budować schrony, ale polityczniej jest inwestować w Tarczę Wschód Katarzyna Przyborska

Byle tylko nie wyłączyli internetu

Inna zasadnicza wątpliwość dotyczy działania aplikacji bez połączenia z siecią. Zasymulowałem dwa scenariusze. W pierwszym – nazwijmy go średnią apokalipsą – wyłączyłem dostęp do internetu w telefonie. Mapa w „Gdzie się ukryć?” natychmiast staje się bezużyteczna – pojawia się jedynie puste, szare tło, chociaż nadal z markerami. Nadal działa jednak kompas. Poprawnie wyświetlają się jedynie adresy miejsc schronienia, ale można je co najwyżej wpisać w jakąś nawigację działającą offline.

W drugim scenariuszu – apokalipsa pełna – włączyłem tryb samolotowy. W obu wypadkach aplikacja nie wie, gdzie jesteśmy. Nie wyświetla nawet naszego ostatniego położenia. Kompas tym razem nie zadziałał. To fatalny scenariusz, jeśli nagły kryzys zastanie nas akurat w mieście, które mało znamy. Hasło hasła ze strony rządowej obiecujące „Prosty schemat: Znajdź najbliższe miejsce -> zobacz na mapie -> włącz prowadzenie”, wydaje się jednak nieco na wyrost.

W praktyce „Gdzie się ukryć” jest stroną internetową, którą można zainstalować jako skrót na pulpicie telefonu. Problem w tym, że proces ten jest daleki od intuicyjnego, bo aplikacji nie znajdziemy w żadnym sklepie. I właśnie to można uznać za jej największy grzech. Zasada trzech kliknięć mówi jasno: użytkownik nie lubi się przemęczać. Tymczasem instalacja „Gdzie się ukryć” to mały tor przeszkód. Trzeba wiedzieć, na jaką stronę wejść, potem odnaleźć zakładkę „Pomoc”, następnie „Jak zainstalować aplikację”, później otworzyć menu przeglądarki, wybrać „Udostępnij”, a na końcu – gdzieś na liście – znaleźć opcję „Dodaj do ekranu głównego”. A jak usunęliście przez przypadek skrót, to zaczynacie od nowa.

Jak trwoga, to do Boga

Schrony to nie tylko kwestia bezpieczeństwa, to także całkiem intratny model biznesowy. Państwo właśnie uchyliło kolejną furtkę do publicznych pieniędzy tym, którzy wiedzą, jak po nie sięgać. A gra toczy się o niemałą stawkę, bo na stole leżą 34 mld zł. Trudno się spodziewać, żeby zabrakło zainteresowanych.

Na wszelki wypadek ministerstwa spraw wewnętrznych i obrony narodowej postanowiły jednak „ubezpieczyć się” na brak chętnych. W tym celu zwróciły się na początku marca do Konferencji Episkopatu Polski z propozycją tworzenia schronów w parafiach – oczywiście finansowanych z budżetu państwa. Warto przy tym pamiętać, że ustawa dopuszcza nawet 100 proc. publicznego finansowania takich inwestycji.

Współpraca ta budzi pytania, chociażby natury formalnej. Bo zgodnie z art. 1 Konkordatu państwo i Kościół mają być od siebie niezależne i autonomiczne. Na papierze brzmi to jednoznacznie. W praktyce – jak widać – dość elastycznie.

Kwiatków wyszło jednak więcej, kiedy Fundacja Wolność od Religii wysłała pytania do MSWiA oraz MON. Fundacja zapytała m.in., czy ministerstwa przeprowadziły analizy porównawcze dotyczące kosztów wykorzystania jako MDS infrastruktury publicznej, takiej jak szkoły, hale sportowe, domy kultury itp., oraz wykorzystania infrastruktury parafialnej. MSWiA odpowiedziało, że nie prowadziło ani nie planuje analiz we wskazanym zakresie. MON odpowiedziało zaś, że spotkanie z przedstawicielami Episkopatu miało charakter roboczy i nie było protokołowane.

Pamiętajmy, że szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz znany jest ze swojej ostentacyjnej religijności. Trudno o lepszy sposób na przypodobanie się Episkopatowi niż dodatkowy strumień publicznych pieniędzy. Brzmi jak złośliwość? Wystarczy zajrzeć do ustawy schronowej. Pozwala ona administracji przystosowywać nieruchomości na Miejsca Doraźnego Schronienia, a ich właścicielom oferuje nawet 100 proc. finansowania. Jeśli nieruchomości kościelne trafią do puli, rachunek jest dość oczywisty: parafie zbudują, państwo zapłaci.

Czytaj także Brudne wojny. Po bombardowaniu zostają toksyny i epidemie raka Paweł Jędral

Wejście tylko za zgodą proboszcza

Co istotne, państwo już dziś ma narzędzia, by w razie kryzysu wykorzystać prywatne budynki bez dodatkowych układów. Tymczasem ustawa nie tylko umożliwia finansowanie inwestycji, ale przewiduje też pokrywanie kosztów ich utrzymania.

Wreszcie pozostaje pytanie – kto miałby zarządzać parafialną nieruchomością finansowaną ze środków publicznych w trakcie sytuacji kryzysowej. Jednoczesne poszanowanie autonomii Kościoła i państwa się tutaj wykluczają. Czy do parafialnego schronu wejdą tylko osoby ze świadectwem chrztu i pierwszej komunii? Czy wejdzie para gejów? Dziś ten komentarz wywoła oburzenie i lawinę zaprzeczeń. Jutro – zobaczymy.

Reasumując, zamiast spójnego systemu ochrony mamy zbiór półśrodków, dobrych chęci i źle działających narzędzi. Tymczasem w sytuacji kryzysowej to nie statystyki będą decydować o naszym bezpieczeństwie, lecz to, czy będziemy mieli dostęp do realnego, otwartego i funkcjonalnego schronienia – a z tym, jak pokazuje rzeczywistość, może być różnie.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
1
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x