Jakub Majmurek: Odwołanie Aleksandra Miszalskiego to też sukces Partii Razem? Byli państwo częścią frontu referendalnego?
Aleksandra Owca: Nie poparliśmy komitetu referendalnego i nie braliśmy oficjalnie udziału w zbiórce. Odwołanie prezydenta Miszalskiego jest przede wszystkim sukcesem mieszkanek i mieszkańców oraz komitetu referendalnego i nie można go przypisać żadnej partii.
Nasze stanowisko jako krakowskiego Razem było przy tym jasne od momentu, gdy zaczęła się kształtować polityka Aleksandra Miszalskiego: prezydent zasługiwał na zdecydowaną krytykę. Jako radna miasta Krakowa byłam w opozycji do jego rządów.
Zasługiwał też na odwołanie przed końcem kadencji? Pani głosowała w referendum?
Zanim odpowiem na pytanie, to chciałabym zaznaczyć, że w Krakowie dzieje się coś bardzo niepokojącego: miasto dzieli podobna polaryzacja jak ta w skali kraju, między PiS a KO, tylko między lokalną KO a Łukaszem Gibałą i jego środowiskiem. To zaczęło się nasilać w kampanii wyborczej w 2024 roku i trwa do dziś. Gdy ktoś poprze w czymś jedną stronę, to jest wyklinany przez drugą i na odwrót. Polityka nie powinna tak wyglądać.
Nie chciałabym, by pójście lub nie na referendum przyklejało ludziom łatki. Ja poszłam, ale znam też wiele osób bardzo krytycznych wobec prezydenta, które nie poszły. Uważam, że prezydent zachował się bardzo nieelegancko, że nie powalczył, nie wezwał swoich zwolenników do głosowania.
Taka jest logika referendum odwoławczego, że osobie broniącej się przed odwołaniem opłaca się grać na nieważność przez zbyt niską frekwencję.
Zdaję sobie z tego sprawę, ale w sytuacji, gdy samo pójście na referendum jest faktycznie opowiedzeniem się po jednej stronie, tworzy to problem z tajnością głosowania. Większości osób oczywiście to nie dotyka, ale co np. z dyrektorami podlegających miastu szkół, którym nie podobają się rządy prezydenta, ale którzy zastanawiają się, czy jeśli pójdą, ktoś przypadkiem nie odnotuje ich obecności? Kraków jest dużym miastem, więc ryzyko jest na pewno mniejsze, ale szczególnie w małych gminach ta taktyka może mieć fatalne konsekwencje.
Sugeruje pani, że Aleksander Miszalski, gdyby przetrwał, karałby podległych miastu pracowników za udział w referendum?
Myślę, że na pewno udział nie byłby mile widziany. To może szokujące z punktu widzenia mediów centralnych, ale takie rzeczy się dzieją. Mamy przykład krakowskiej radnej Agnieszki Łętochy, która dziś współpracuje z nami, ale gdy jeszcze była w KO ujawniła, że gdy na radzie miasta zagłosowała wbrew dyscyplinie klubowej, ukarano ją za to obcięciem dofinansowania na remont ulicy w dzielnicy, którą reprezentuje.
Czym innym są jednak takie sposoby dyscyplinowania klubu, czym innym szykanowanie dyrektorki szkoły, bo poszła na referendum.
Mogę pana zapewnić, że dyrektorzy placówek samorządowych w Krakowie mówią co innego, gdy rozmawiają prywatnie, a co innego publicznie, w sytuacjach, gdy może to dotrzeć do magistratu.
Prezydent Miszalski został jednak odwołany, a pani startuje w przedterminowych wyborach jako kandydatka Razem. To będzie kampania negatywna, w kontrze do Miszalskiego i współrządzącej z nim krakowskiej Nowej Lewicy?
Na pewno będzie to kampania w kontrze, ale nazwałabym ją raczej krytyczno-konstruktywną niż negatywną. Nie tylko będziemy krytykować poprzednie władze, ale też proponować alternatywę.
Za co rządy Miszalskiego w mieście zasługują na największą krytykę?
Dwie kwestie, które dla mnie były najpoważniejsze, a które były też wskazywane w exit pollach, to kwestia komunikacji publicznej i koryciarstwa, czyli jak to się w Krakowie mówi: „epidemii kolesiostwa”.
Aleksander Miszalski obiecywał miasto stawiające na transport publiczny, zachęcające, by ludzie wybierali go zamiast samochodu. Tymczasem zaczęto po cichu ciąć kursy – czasem pod pretekstem remontów, czasem zmiany trasy. Pytałam o to w interpelacjach, otrzymywałam gładkie odpowiedzi, które nie były w stanie ukryć tego, co oczywiste: że np. dane połączenie znika albo tramwaj jeździ rzadziej.
Do tego doszła podwyżka cen biletów, co dla ludzi korzystających na co dzień z transportu publicznego było już punktem zapalnym.
Ludzie korzystający na co dzień mają na ogół bilet miesięczny, a ten w Krakowie należy do tańszych z miast porównywalnej wielkości.
Ale już osoba, która potrzebuje skorzystać z transportu raz, dwa razy w tygodniu ma jedne z droższych biletów jednorazowych: piętnastominutowy bilet kosztuje 4 złote, to jakaś paranoja.
Z punktu widzenia zachęcania mieszkańców do stałego korzystania z komunikacji publicznej nie jest lepiej, by miesięczne były jak najtańsze nawet kosztem droższych biletów jednorazowych?
Na pewno nie jest mądre szukanie miejskich oszczędności przez podwyżki cen biletów komunikacji. Bo wtedy ludzie przesiadają się do samochodów i miasto robi się nieprzejezdne także dla osób, które faktycznie samochodu potrzebują – bo np. opiekują się osobą starszą.
Gdy we wtorek ogłaszałam swoją kandydaturę, to wiele zainteresowanych osób, które wybrały samochód, spóźniło się na 17:00 – bo miasto było tak zakorkowane, że z centrum do Krakowa jechało się godzinę. Szybciej można tę trasę przejść – czy tak powinno funkcjonować miasto XXI wieku?
Miasto podwyższa ceny biletów, a jednocześnie zatrudnia ludzi prezydenta w spółkach miejskich. Prezydent Miszalski zapewnia, że to nie on zatrudnia, ale tak się składa, że Szczęsny Filipiak, szef krakowskich struktur Platformy, dostaje stanowisko doradcy prezesa w największej spółce miejskiej, Krakowskim Holdingu Komunalnym.
Może był najlepszym kandydatem?
Z całym szacunkiem: pan Filipiak nie ma ani wyższego wykształcenia, ani doświadczenia w tym obszarze – ma w fotografii i ubezpieczeniach. Weszłam do Krakowskiego Holdingu Komunalnego w ramach kontroli radnej i zażądałam jego dokumentacji pracowniczej – na formularzu aplikacji było tylko jego nazwisko i podpis, miejsce na wykształcenie i doświadczenie zostały pozostawione puste.
W exit poll OBG najczęściej wskazywanym powodem głosowania za odwołaniem prezydenta była Strefa Czystego Transportu. Co pani z nią zrobi jako prezydentka Krakowa?
SCT trzeba zreformować. W obecnej wersji została ona wprowadzona na kolanie. Projekt zatwierdzono w czerwcu 2025, a weszła w życie od początku tego roku – to zbyt krótki czas, by mieszkańcy mogli się przystosować. Zwłaszcza że strona internetowa ze wszystkimi informacjami została postawiona dopiero w grudniu. Poprzedni projekt, przyjęty przez radę miasta w czasach Jacka Majchrowskiego, miał dwuletni okres przygotowawczy – i to do pierwszego etapu wdrożenia.
Gdy jednak zaczynaliśmy kadencję po wyborach w 2024 roku, był już wyrok sądu administracyjnego, stwierdzający, że nie wszystkie ustalenia tej strefy, zwłaszcza dotyczące granic, są zgodne z wymogami prawa. Przygotowanie nowego projektu wymagało sporo eksperckiej pracy i konsultacji, tego zabrakło.
Ale strefa już obowiązuje – czy w takim razie mamy zamrozić jej obowiązywanie i zacząć cały proces od nowa? To kiedy powstanie nowa strefa?
Na pewno, gdyby to zależało ode mnie, strefa nie byłaby zawieszona. Potrzebna jest za to jej gruntowna reforma.
W jakim kierunku? Chce pani ją ograniczyć do centrum?
Nie, nie chcę strefy tak ograniczonej jak w Warszawie, gdzie nie ma to żadnego znaczenia dla jakości powietrza. Nie ma sensu wprowadzać uciążliwych zapisów, jeśli nie pełnią one swojej podstawowej funkcji. Potrzebujemy jednak badań, jak to zrobić w Krakowie, których, z tego co wiem, nie było. Strefa została wprowadzona na podstawie modelowania z 2020 roku, a więc z czasów pandemii, gdy ruch w mieście był zupełnie inny.
Na pewno wyzwaniem dla nowego prezydenta będzie skoordynowanie SCT z transportem publicznym. Ktoś, kto zostawia samochód u granic Krakowa, musi mieć dostęp do taniego transportu publicznego, który szybko i sprawnie zawiezie go tam, gdzie będzie chciał. Tym bardziej absurdalne było cięcie połączeń i podnoszenie cen biletów przez prezydenta Miszalskiego.
Co będzie kluczową pozytywną propozycją Aleksandry Owcy w tej kampanii?
Chcę, by miasto skupiło się na interesach ludzi, którzy tu mieszkają, żeby odejść od polityki strachu przed deweloperami, lobby alkoholowym, ludźmi reprezentującymi branżę wynajmu krótkoterminowego, pośrednikami nieruchomości. Te grupy interesów miały się w ostatnich latach w Krakowie jak pączki w maśle – niestety kosztem mieszkańców, bo ceny mieszkań w Krakowie są absurdalne.
Tak więc mój najważniejszy postulat to mieszkania. Bo bez dostępnych cenowo mieszkań Kraków będzie tracił talenty: ludzie nie przyjadą tu na studia albo wyjadą z miasta po ich zakończeniu.
Pewne zmiany zaczęły się w trakcie prezydentury Aleksandra Miszalskiego, choć ich efekty nie są jeszcze widoczne. Ja na pewno chcę kontynuować politykę budowy miejskiego zasobu mieszkań na wynajem i remontów miejskiego zasobu. Bo plagą w polskiej polityce jest to, że jak zmienia się władza, to wyrzuca się cały dorobek poprzedników do kosza.
Ale uważam, że powinniśmy też stanąć jako miasto na wysokości zadania i ucywilizować rynek najmu prywatnego. Chcemy utworzyć miejską instytucję, Krakowskie Centrum Bezpiecznego Najmu, które będzie pośredniczyło między wynajmującymi i najemcami, tak by uniknąć patologii związanych np. z umowami z tysiącami kruczków prawnych. Stworzymy miejski wzór uczciwej umowy najmu, która pozwoli w obecnej dżungli odnaleźć się uczciwym wynajmującym i najemcom.
Na mieszkaniach kampanię będzie też budować kandydatka lub kandydat Nowej Lewicy, argumentując: my już zaczęliśmy dowozić. Jak pani przekona wyborców, że to Razem poradzi sobie lepiej z problemami rynku mieszkaniowego w Krakowie?
Tak, krakowska ekipa Nowej Lewicy już nas dowiozła w pewne miejsce – do odwołania prezydenta miasta w referendum. Wielokrotnie pokazali, że mocno poddańczy stosunek do Aleksandra Miszalskiego, ale też zapewne utrzymanie stanowiska wiceprezydentki miasta dla Marii Klaman było dla nich ważniejsze niż głosowanie zgodnie z interesami mieszkańców – np. głosowali karnie za podwyżką cen biletów na komunikację miejską.
KO nie ma większości w Radzie Miasta bez Nowej Lewicy i kandydatka Nowej Lewicy bez wątpienia przekaże poparcie kandydatowi KO w drugiej turze. Media donoszą, że już pojawiają się ze strony polityków NL takie zapewnienia, choć jeszcze nie ogłosili własnej kandydatki. Naprawdę trudno sobie wyobrazić, by w tym układzie Nowa Lewica miała się KO w czymkolwiek postawić albo czymkolwiek, na poziomie efektu, się od nich różnić.
Zakłada pani, że emocja w wyborach będzie bardzo niechętna Miszalskiemu i KO. Za odwołaniem prezydenta głosowała tylko niespełna jedna trzecia mieszkańców. Może te emocje będą inne?
To nie jest emocja anty-KO związana z polityką ogólnopolską. Moim zdaniem głównym powodem, dla którego ludzie mogą mieć problem, by ponownie zaufać KO i Nowej Lewicy w Krakowie, jest kolesiostwo, o którym wspomniałam, traktowanie majątku Krakowa jak koryta.
Pojawiają się głosy, że największym problemem Krakowa jest wyczerpanie modelu rozwoju, opartego na otwierane w mieście przez wielkie korporacje centra usług, utrzymujące liczną klasę średnią. Bo korporacje przenoszą miejsca pracy tam, gdzie praca jest tańsza albo tną zatrudnienie, wdrażając AI. To realny problem?
Tak, problem jest realny. Wśród najmłodszych bezrobocie w Krakowie wzrosło w tym roku o 40 proc. Widzę to, rozmawiając z 20- i 30-latkami. Jeszcze niedawno było tak, że przyzwoitą pracę w korporacji można było dostać z marszu. Dziś jest z tym o wiele trudniej, pojawiają się zwolnienia grupowe, a nawet osoby nimi jeszcze nieobjęte odczuwają coraz większy niepokój o swoją przyszłość.
Jaki ma pani pomysł, co miasto mogłoby z tym wszystkim zrobić?
Na początek miasto powinno uruchomić punkt pomocy osobom wypychanym z rynku pracy, miejsce, gdzie dostaną pomoc prawną, kontakt do związków zawodowych i Państwowej Inspekcji Pracy, wsparcie w walce o to, by cofnąć zwolnienie, jeśli nie było ono zgodne z prawem, oraz pomoc w znalezieniu nowej pracy.
Czy miasto mogłoby tu zastąpić państwo i tworzyć nowe, dające miejsca pracy, duże publiczne inwestycje? Myślę, że to może być zbyt ambitne zadanie jak na dwa i pół roku kadencji, ale problem jest realny i władze lokalne muszą go zauważyć i szukać rozwiązań.
Ma pani pomysł, co by miało być kołem zamachowym rozwoju Krakowa? Centra usług się zwijają, z tego, co pani mówiła, nie ma to być deweloperka ani turystyka, co w takim razie? Gdzie ma powstawać krakowskie PKB?
Kraków powinien wziąć udział w tym, co dzieje się w całej Polsce, to znaczy powinniśmy postawić na czysty i nowoczesny przemysł. Tylko do tego potrzebujemy takich dokumentów planistycznych, jak strategia czy plan ogólny miasta, który został już przedstawiony przez wszystkie wielkie miasta poza Krakowem. Pan prezydent Miszalski schował go głęboko do szuflady i uznał, że skoro jest referendum, to nie pokaże go radzie miejskiej.
Znów, ja nie chcę wyrzucać planów, nad którymi pracowały poprzednie administracje miasta, do kosza. To jest plaga polskiego samorządu. W Krakowie widzieliśmy to przy okazji metra. Jacek Majchrowski zaproponował metro – które tak naprawdę było tramwajem z tunelami – na linii wschód-zachód. Aleksander Miszalski zapowiedział, że będzie je budował. Ale po roku przedstawił nowy plan, już „klasycznego” metra na linii północ-południe. Tylko nie idzie za tym żadna informacja, co robimy z inwestycjami, które już zaplanowaliśmy za administracji Jacka Majchrowskiego, czyli de facto tramwajami na linii wschód-zachód. To są w dużej mierze również potrzebne linie, nie fanaberia.
Kim są pani potencjalni wyborcy w Krakowie?
Chyba nie ma zaskoczenia, że Razem ma poparcie wśród najmłodszych wyborców. Są też ludzie w moim wieku, po trzydziestce, zwłaszcza kobiety. Jednocześnie myślę, że na poziomie miasta od wieku czy płci ważniejsze jest to, czy dana grupa wyborców jeździ na co dzień samochodem czy tramwajem, czy ma mieszkanie czy je wynajmuje, w jakiej dzielnicy mieszka.
Młody elektorat nie będzie dla pani problemem? Młodzi studenci, którzy głosowali na Adriana Zandberga w Krakowie rok temu, niekoniecznie głosują w Krakowie w wyborach samorządowych, bo są zameldowani np. w Bochni. Młodych ludzi może też nie być latem w mieście.
Sezon wakacyjny na pewno nie jest dla nas idealnym czasem. Mam jednak nadzieję, że większość studentów nie wyjdzie na całe lato z Krakowa – większość z nich przecież normalnie tutaj mieszka i pracuje, nawet jeśli dopiero od roku czy dwóch. Ale to nie jest tak, że całą kampanię kieruję tylko do młodych, już wśród tych postulatów, które przedstawiłam, rozpoczynając kampanię, znalazły się – uważam, że bardzo ważne przy naszej strukturze wieku – postulaty dla seniorów.
Chciałabym zbudować w mieście system, który zauważa seniorów i ich potrzeby, ale także osoby opiekujące się seniorami. To nie wymaga wielkich nakładów finansowych. Mamy wiele fantastycznych programów skierowanych do osób z niepełnosprawnościami i seniorów, tylko często zainteresowani mają problem, by znaleźć o nich informację. Chcemy wprowadzić Krakowską Receptę Społeczną – program informacyjny i koordynacyjny, dzięki czemu na przykład seniorzy, osoby zagrożone demencją czy nawet samotnością łatwo dowiedzą się, gdzie mogą się udać po pomoc. Czasami ta pomoc to wizyta lekarska, ale czasami to zajęcia tematyczne czy spotkanie z ludźmi w podobnej sytuacji życiowej w swojej dzielnicy.
W kampanii będziemy też po raz pierwszy na taką skalę chodzić od drzwi do drzwi i rozmawiać z ludźmi o tym, czego oczekują od nowej prezydentki miasta. Chcemy zapukać do co najmniej 40 tysięcy drzwi, zbieramy wolontariuszy i widzimy już coraz większy odezw po ogłoszeniu mojej kandydatury.
Co byłoby dla pani satysfakcjonującym wynikiem w pierwszej turze?
Wejście do drugiej.
A realistycznie?
Myślę, że wszystko jest realistyczne. Jestem w tej chwili jedną z trzech oficjalnie ogłoszonych kandydatek. Drugim jest Marian Banaś, znany z tego, że w jego kamienicy w Krakowie urządzono dom publiczny oraz raczej nieznany Bartosz Bocheńczak z Konfederacji.
Zgłosiła się chyba jeszcze Marianna Schreiber?
Na razie traktuję to w ramach żartu. Ale jeśli Marianna Schreiber rzeczywiście wystartuje, to oczywiście chętnie stanę z nią do debaty wyborczej.
W drugiej turze najpewniej znajdą się jednak Łukasz Gibała i kandydat lub kandydatka KO. Byłaby pani gotowa poprzeć kogoś z nich pod określonymi warunkami?
Naprawdę nie wiemy, czy to się tak skończy. Łukasz Gibała przed 2024 rokiem dwukrotnie kandydował na prezydenta Krakowa i nie wszedł do drugiej tury. Podobnie zresztą jak Andrzej Duda w 2010 roku, który potem został prezydentem Polski. Te polityczne losy toczą się bardzo różnie. Serduszko KO niczego nie gwarantuje, nawet jeśli KO było dotąd najsilniejszą partią w Krakowie.
Gdyby Daria Gosek-Popiołek została wiceprezydentką miasta, to zwolni się krakowski mandat. Następny w kolejce jest Maciej Gdula, który jednak zapowiedział jakiś czas temu wycofanie się z polityki, potem pani. Czy gdyby pojawiła się taka opcja, przyjmie pani ten mandat?
Dziś to naprawdę bardzo hipotetyczny i odległy scenariusz. Nie uwierzę też, że w takiej sytuacji Maciej Gdula nie weźmie mandatu. Ale ja, zgłaszając się do jakiejś pracy – w tych czy w poprzednich wyborach – wierzę, że jej podołam i podchodzę do niej poważnie. Więc czy wezwie mnie Kraków czy Polska, nie przestraszę się tego wezwania.
**
Aleksandra Owca – radna Rady Miasta Krakowa, współprzewodnicząca Razem i kandydatka tej partii w wyborach prezydenta Krakowa.







![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)


Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.