⚖️ Nie widać końca sporu wokół Trybunału Konstytucyjnego. Odpowiedzią polityków prawicy i zaprzyjaźnionych konstytucjonalistów ma być praca nad nową ustawą zasadniczą.
🏛️ Na początku maja prezydent powołał radę, która ma zająć się projektem aktu. Do ciała weszli m.in. Marek Jurek, Julia Przyłębska, Józef Zych czy prof. Ryszard Piotrowski.
🔄 „Reset Trybunału” jako rozwiązanie problemu popierają m.in. Kazimierz Michał Ujazdowski, Krzysztof Bosak, Adrian Zandberg i „Tygodnik Powszechny”.
Życie opozycjonisty jest pełne zakrętów – czy dekujący się przez sześć lat w prywatnych mieszkaniach Kornel Morawiecki mógł przewidzieć, że za trzy dekady zostanie na moment gwiazdą internetu? A taka przyjemność przecież mu się przytrafiła, gdy w pierwszych miesiącach rządów Zjednoczonej Prawicy wygłosił z sejmowej trybuny główny punkt jej ówczesnego wyznania wiary – „[…] prawo jest ważną rzeczą, ale prawo to nie świętość. […] Nad prawem jest dobro narodu. Jeżeli prawo to dobro zaburza, to nie wolno nam uważać […] [go] za coś, czego nie możemy naruszyć, czego nie możemy zmienić. […] Prawo, które nie służy narodowi, to jest bezprawie”.
Zadziałało, również ze względu na dysonans poznawczy wywołany tym, co materialne. Nawet ci, którzy wyczuwali podskórnie problematyczność siłowego przejęcia Trybunału Konstytucyjnego i zamachu na Sąd Najwyższy, byli skłonni odstąpić od obrony formalnej praworządności – trudno z gorącym sercem wstawiać się przecież za Małgorzatą Gersdorf, powolnymi sądami wydającymi na koniec niesprawiedliwe wyroki i Trybunałem, którego symboliczna władza opierała się bardziej na dogmacie o nieomylności niż sile przekonywania.
Krytyczna teoria prawa nie przyjęła się w polskich domach, w szerokim dyskursie dominowała zaś skłonność do uświęcania każdej ze zdobyczy transformacji; Kaczyński mógł więc przekonać naród, że zburzenie proceduralnego porządku jest konieczne dla rozprawienia się z niedoskonałościami trapiącymi oczy, serca i portfele.
Działało – jak widać – do czasu, bo ta stara jak nasz świat metoda, by odrzucenie reguł usprawiedliwiać stanem wyjątkowym i wolą suwerena, jest skazana na ciągłe aktualizacje. Nawet nihilista musi wystrzegać się śmieszności, trudno utrzymywać zaś tezę o wiecznej demokratycznej rewolucji, gdy i przychylni dostrzegą wszechobecność nominatów PiS w najważniejszych ciałach władzy sądowniczej.
Ten proces dobrze omówił zresztą Marcin Szwed, prawnik z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, który kategoryczną krytykę działań PiS z lat 2015-2023 łączy z konsekwentną przestrogą przed destabilizacją, którą ściągnęłyby na system radykalne środki zaradcze (np. odmowa uznania wszystkich orzeczeń wydanych przez tzw. neosędziów).
Wymarzona lekkość komunału
Nie doceniacie Antoniego Dudka. Poważnie – i wiem, że oglądacie kanał i wysyłacie sobie śmieszne spoty z Pawlakiem (najlepszy, jak pokazuje polskim dzieciom Clintona na komputerze). Wiem, że przeszło wam nawet przez myśl ściągnięcie go do publicznych mediów. Nie doceniacie, bo mimo licznych popularyzatorskich i demitologizacyjnych zasług, Dudek to dziś przede wszystkim dobroduszny patron polskich rozmów przy świętach i nad studenckim piwem.
Wbrew potrzebnej rewolucji pojęciowej urządzonej nam przez Trumpa i Kaczyńskiego, duch „polityki bez polityki” ma się w Polsce dobrze. Dziś rzadziej wychodzi jednak na żer w pole bezpieczeństwa i spraw międzynarodowych, odpuścił nawet trochę ekonomii i redystrybucji. Żywi się bowiem do syta bezpiecznym, politologicznym komunałem.
„Polska jest skłócona jak nigdy”, „trzeba coś zrobić z polaryzacją”, „problemem jest duopol”, „nie lubię skrajności, ani z lewa, ani z prawa”, „należy dać głos młodym”, „posłów jest za dużo”, „prawo w Polsce jest fatalnej jakości”, wreszcie ich najmodniejsza siostra – „Polska potrzebuje nowej konstytucji, bo ta obecna jest dysfunkcyjna” (na niezadane, balcerowiczowskie, „nazwiska!” – odpowiadam: poza wspomnianym Dudkiem, choćby Tomasz Sekielski, Jarosław Kuisz, Jakub Majmurek, a nawet próbka narodu). Oto klucze do internetowych studiów podłączonych do telefonu, retoryczne silniki publicysty-filozofa z własną półką w Empiku i podcastem, niezbędnik mędrca z krakowskiego think-tanku.
Miraż ustrojowej dyskusji, dającej publicyście szansę na odsłonięcie nieznanych dotąd pokładów wiedzy prawniczej i historycznej, skłania do eseistycznych nadprodukcji. Szansie na średniowysiłkową publikację i uczestnictwo w odtwórczym przemiale przewag silnego kanclerza nad silnym prezydentem oprą się nieliczni.
Ten klimat jest wymarzony dla frakcji, która – jak żadna – skleiła się Polakom z naruszeniami Konstytucji i nieokrzepłego ustrojowego obyczaju. Tym bardziej, gdy na tych naruszeniach ciągle zbijasz polityczny kapitał; obnosząc się z decyzjonistyczną manierą przyozdobioną perwersyjnie pozorem legalistycznej argumentacji oraz łatwością, z którą popychasz nestorów polskiego prawnictwa w odmęty interpretacyjnego szaleństwa. Strategię „na zwrot ludowy” zastąpił więc „moment konstytucyjny” – to w nim prawica upatruje dziś narracyjnych szans.
Pożytki wiecznej debaty
Ustawianie się w roli architektów nowej ustawy zasadniczej ma trzy zasadnicze zalety.
Po pierwsze, rozgrzesza przeszłość. Skoro Konstytucja jest tak zła, że nie poddaje się sensownej reformie, to jej naruszenia – nawet jeśli jakieś były – nie są wcale tak straszne, jak mogłoby się wydawać.
Po drugie, pomaga tłumaczyć obecne decyzje Prezydenta. No bo jak ma się, biedulek, zachować, gdy po wysłuchaniu szeregu analiz o kohabitacyjnym klinczu wymaga się od niego, by od czasu do czasu nie wchodził dla zasady w polaryzacyjną logikę?
Po trzecie, najważniejsze – pomaga prawicy stawiać się w roli siły konstruktywnej i poważnej. Eksperckiej (tak różnej od sfrustrowanych krzykaczy tropiących naruszenia prawa) i zadumanej po republikańsku nad losem dobra wspólnego. Tym ostatnim można zaś szantażować do woli, bo kto normalny przyzna, że któryś moment jest zły, by porozmawiać o przyszłości naszych dzieci?
W tej logice uspołecznia się wyłącznie własne przekroczenia prawa i obyczaju. Gdy z cienia interpretacyjnego skorzysta samozwańcza strona liberalna, można do woli posądzać ją o białoruskie inspiracje. Wspomnienia o Trybunale, sędziowskich dyscyplinarkach i Jacku Kurskim wzbudzają już jednak odruch Papieża Franciszka – wszyscy jesteśmy winni.
Ideologia konstytucyjnego przebudzenia
W tej strategii celuje Krzysztof Szczucki, doktor habilitowany nauk prawnych, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, szerzej znany jednak jako polityk PiS i były Prezes Rządowego Centrum Legislacji. Jako ideolog „konstytucyjnego przebudzenia” prowadzi podcast, w którym rozmawia z politykami i prawnikami o wadach ustawy zasadniczej z 1997 roku. Pod koniec 2025 roku wydał też książkę – Tyrania praworządności. O potrzebie nowej konstytucji. Brzmi niewinnie, sam Szczucki przebywa zaś chwilowo na banicji ze względu na nieostrożne ruchy w stosunku do Karola Nawrockiego. Niech was to jednak nie zwiedzie – Tyrania praworządności mówi o pisowskich i softpisowskich technikach narracyjnych więcej niż dziesięciogodzinny maraton konferencyjny Rafała Bochenka.
Przyznam z uczciwości – nie jest tak, że Szczucki odmawia dostrzeżenia jakichkolwiek wad własnego środowiska. Pod stosem rozmaitych zastrzeżeń znajdujemy chociażby stwierdzenie, że orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego kwestionującego działania Zjednoczonej Prawicy „należało opublikować” (s. 138). Chwilę później wszystko wraca jednak na swoje tory – okazuje się bowiem, że największą przewiną Beaty Szydło była nie tyle odmowa publikacji, co ustanowienie precedensu, z którego później skorzystał Tusk.
Najbardziej znamienny jest jednak retoryczny parasol, który Szczucki rozpościera nad każdą potencjalną wątpliwością – „[…] proszę, by zamiast odpowiadać argumentami w rodzaju: „PiS też tak robiło” czy „PiS postępowało gorzej”, […] [zadać] sobie pytanie, czy obecne działania rzeczywiście służą dobru wspólnemu” (s. 15). Dobro wspólne zdradza oczywiście każdy, kto zamiast złączyć się z Autorem w trudzie zwalczania sędziowskich patologii („[w] mediach społecznościowych można znaleźć nagranie, chyba niejedno, na którym sędzia pokrzykuje na świadka” – s. 25) nieustannie jątrzy i szuka winnego („[m]ożemy się spierać o to, kto jest bardziej lub mniej winny tego stanu rzeczy […], ale chyba nie będziemy dyskutować z tym, że takie zjawisko istnieje ani że prowadzi do skrajnie negatywnych konsekwencji dla państwa i jego obywateli” – s. 38-39).
Na poziomie deklaracji Szczucki nie lubi oczywiście polaryzacji. Argumentacja, którą się posługuje, jest jednak jej doskonałym dzieckiem – „rządy Prawa i Sprawiedliwości […] na pewno nie były idealne (można zapytać retorycznie: a który rząd był idealny?)” (s. 46). Uporządkowanie cząstkowych wywodów zgodnie z logiką zarzutów ewentualnych i sugerowanie, że krytyka metod PiS-u to w istocie sojusz zawarty z sędziami krzyczącymi na emerytki, pomaga Szczuckiemu w wypracowaniu podwójnych standardów. Krytyczna analiza instytucji prawnych i odsłanianie polityzacji są dla zarządu, dla pana, panie Areczku, jest ścisłe przestrzeganie procedur, działanie na podstawie i w granicach litery prawa oraz szacunek dla Prezydenta i jego wyłącznych prerogatyw.
Od Bosaka do Zandberga
Poręczność „momentu konstytucyjnego” polega również na tym, że sprzyja mu nawykowy (a w wielu przypadkach – uzasadniony) symetryzm. Można eksportować go więc poza środowisko PiS-u. By „moment konstytucyjny” realizował pokładane w nim nadzieje, wystarczy, aby jego użytkownik postrzegał kryzys jako problem równych odległości. Nie trzeba już nawet rozgrzeszać Kaczyńskiego (trudne) i Ziobry (bardzo trudne); ważne, by w obrazku „winę za demolowanie sądownictwa” ponosiły nieszczęsne „obie strony”.
Pozapisowską odmianą „momentu” stał się ostatnio „reset konstytucyjny”, który ma polegać z grubsza na personalnym wyzerowaniu Trybunału i doprecyzowaniu procedury powołań na poziomie ustawy zasadniczej. Za resetem opowiadają się środowiska zdradzające zazwyczaj rozsądek i przyzwoitość, jak chociażby partia Razem czy redaktorzy Tygodnika Powszechnego. Za ożywczość pomysłu ma zaś poręczać egzotyczny sojusz razemicko-konfederacki. Zainteresowanie wzbudził też niedawno analogiczny projekt Kazimierza Michała Ujazdowskiego.
Rozumiem grę w „małą polaryzację”, trudno mi jednak uwierzyć, że Zandberg mówi na serio – musiałby bowiem zakładać, że Mentzen z Bosakiem dotrzymają słowa, a zresetowanego Trybunału nie obsiądą w końcu eksperci Ordo Iuris, stopowani od święta przez nowe pokolenie obłych konserwatywnych liberałów. Doświadczenie ostatnich lat pokazuje również, że żadne procedury nie są w stanie przewalczyć złej woli politycznej. Każdy, kto nawołuje do resetu, przespał najwidoczniej ostatnie jedenaście lat i dokonane przez Kaczyńskiego odsłonięcie prymatu polityki nad prawem.
To kręcenie nosem brzmi jak akceptacja beznadziei, ale lewica nie jest przecież skazana na wybór między wypieraniem prawdy a pójściem na służbę w sejmowej otulinie Platformy. Partia Razem sprzed jedenastu lat rozumiała, kto jest naruszycielem prawa i nie przeszkadzało jej to w pryncypialnym odsłanianiu skutków neoliberalnej sztafety politycznych pokoleń.
W takiej konwencji można też swobodnie rozgraniczać nienaiwną wiarę w przydatność procedur i „pilne badanie tego, co pod freskiem” – wnikliwą krytykę rozstrzygnięć. Do pomyślenia jest oczywiście radykalizacja i całkowity bojkot ustrojowych totemów myśli liberalnej, dorobek Trybunału udowadnia jednak, że w warunkach wszechwładzy kapitału i te się czasami do czegoś przydają. Udział w potencjalnym „resecie” będzie za to pośrednim przyznaniem, że każde naruszenie jest do przyjęcia, o ile trwa wystarczająco długo. I znów – pewnie do rozważenia, tyle że na wrogie przejęcia nasza lewica jest (szczęśliwie) zdecydowanie za porządna.
Naprawdę sporo się dzieje, jak na to, że nic się nie wydarzy.
**
Rafał Stronk, doktorant na UW i prawnik, współpracownik Poznańskiego Centrum Praw Człowieka INP PAN. Student polonistyki i socjologii. Pisze o literaturze, prawach człowieka i (post)solidaruchach. Publikował w „Małym Formacie”, „Magazynie Kontakt”, „Kulturze Liberalnej” i „Rzeczpospolitej”.




![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)



!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)

Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.