Choć, jak wiadomo także z polskiego podwórka, ze składaniem do grobu dużych partii politycznych trzeba być ostrożnym, wybory lokalne w Wielkiej Brytanii z ubiegłego czwartku mogą przejść do historii jako moment, w którym porządkujący brytyjską scenę polityczną od kilkudziesięciu lat podział Partia Pracy – Partia Konserwatywna zaczął się chwiać. Jak w wywiadzie dla Times Radio mówił politolog z Uniwersytetu Strathclyde sir John Curtice, Partia Pracy i Partia Konserwatywna od końca drugiej wojny światowej nie zmagały się z takim wyzwaniem dla swojej podwójnej dominacji.
Obie partie zostały zdziesiątkowane w wyborach do rad lokalnych w Anglii. Nowe przyczółki zdobyli za to Zieloni i Partia Reform Nigela Farage’a – dwie siły, których liderzy wprost deklarują ambicje „przebiegunowania” brytyjskiej polityki i zajęcia w nowym podziale miejsc, jakie wciąż zajmują dwie „stare”, dominujące partie.
Największym zwycięzcą wyborów jest bez wątpienia prawicowa Partia Reform. Wprowadziła 1451 nowych radnych w Anglii i zyskała większość w 14 radach, zajęła drugie miejsce w wyborach do lokalnego parlamentu Szkocji i ex aequo z Partią Pracy trzecie w wyborach do walijskiego. Według szacunków BBC, gdyby głosy oddane w czwartkowych wyborach przełożyć na głosy w wyborach do Izby Gmin, Reform zajęłaby w nich pierwsze miejsce, z poparciem na poziomie 26 proc.
Kogo reprezentują dziś brytyjskie partie?
W 2024 roku Partia Pracy zdobyła drugą w swojej historii większość w Izbie Gmin, otrzymując stosunkowo niewielką ilość głosów – co było wynikiem świadomej strategii „maksymalizacji” mandatów uzyskiwanych z każdego głosu. Jednocześnie konstrukcja ta przypominała – jak ostrzegał politolog Robert Ford – wieżę budowaną w grze w jengę. A wystarczy jeden nieuważny ruch, by taka konstrukcja zawaliła się z hukiem.
Zobaczyliśmy to w czwartek. Partia Pracy straciła ponad 1500 radnych i kontrolę nad 38 radami. W dużych miastach mandaty, które powinny przypaść labourzystom, wzięli Zieloni albo kandydaci niezależni, często związani z lokalnymi organizacjami muzułmańskimi i prowadzący kampanię pod hasłami sprzeciwu wobec polityki Wielkiej Brytanii wobec Izraela. W miastach średniej wielkości na północy kraju, zwłaszcza tych, które 10 lat temu głosowały za wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, na porażkach Partii Pracy swój sukces budowało Reform.
W Walii w wyborach do lokalnego parlamentu Seneddu Partia Pracy przegrała wyraźnie z lewicowo-nacjonalistyczną walijską partią Plaid Cymru. Walia to szczególnie bolesny cios – labourzyści wygrywali tam wszystkie wybory do Seneddu od pierwszych w 1999 roku. Także w wyborach do Izby Gmin to Partia Pracy zdobywała w Walii większość mandatów od mniej więcej stu lat.
Wyniki z czwartku każą postawić pytanie: kogo właściwie reprezentuje dziś Partia Pracy? Czy jest jakiś region, który mogłaby uznać za swoją fortecę? Albo grupa społeczna, na której lojalność mogłaby liczyć? W czwartek jedynym regionem, gdzie poradziła sobie lepiej, niż się spodziewano, był Londyn – choć i tam postępy poczynili Zieloni, wygrywając wybory na burmistrzów dwóch londyńskich gmin. Problem w tym, że wizerunek partii okopanej w Londynie i oderwanej od reszty kraju też nie pomaga laburzystom.
Partia Konserwatywna ma z kolei inny problem. Mniej więcej wiadomo, kogo reprezentuje: zamożny południowy wschód kraju oraz lepiej sytuowany starszy elektorat. Niestety dla partii – to bardzo skromna wyborcza podstawa.
Zieloni potwierdzili w tych wyborach, że potrafią radzić sobie w dużych miastach, zwłaszcza w okręgach zdominowanych przez młodych, progresywnych wyborców oraz przez migrantów. Wyborczą koalicję stojącą za partią media określają czasami jako „Greta i Gaza” – ekologiczno-populistyczny program w duchu Grety Thunberg plus mobilizacja mniejszości poruszonych zbrodniami Izraela w Gazie i domagających się bardziej zdecydowanej reakcji brytyjskiego rządu na to co dzieje się na Bliskim Wschodzie. Jakaś część tego elektoratu po raz pierwszy zaangażowała się w politykę w czasach, gdy Jeremy Corbyn kierował Partią Pracy i poczuła się wypchnięta z tego ugrupowania, gdy stery objął w nim sir Keir Starmer.
Zieloni byli w stanie pozyskać tych wyborców, gdy na ich czele stanął obiecujący „eko-populizm” Zack Polanski, a nowa partia Corbyna na własne życzenie pogrążyła się w chaosie groteskowych wojen frakcyjnych.
Reform gromadzi koalicję obejmującą rozczarowanych lub prawicowo zradykalizowanych wyborców Partii Konserwatywnej, nową, zainspirowaną MAGA i często dość radykalną prawicę, wreszcie bardziej ludowy elektorat z brexitowych okręgów. Wszystkie te koalicje mają dość ograniczony charakter i pojawia się pytanie o granice ich wzrostu – na przykład czy jednak dość „neothatcherowski” język Reform nie będzie barierą w ludowym elektoracie, który może zgadzać się z tym, co Farage mówi o migracji i kontroli granic, ale niekoniecznie poprze polityki mogące zagrażać jego interesom ekonomicznym.
Co to mówi o przyszłych wyborach?
W wyborach powszechnych będzie też działać inna dynamika polityczna niż w czwartek. Tak wyraźny głos sprzeciwu wobec dotychczasowych radnych Partii Pracy był na pewno próbą wysłania przez wyborców sygnału, że nie są zadowoleni z prowadzonej przez nią polityki, ale często miał też podstawy lokalne. Tak było na przykład w Birmingham, drugim pod względem ludności mieście w Wielkiej Brytanii, gdzie Partia Pracy utraciła większość w radzie między innymi za sprawą ciągnącego się od marca zeszłego roku strajku pracowników oczyszczania miasta. Jednocześnie na lokalne niezadowolenie z jej rządów nakładały się też ogólnokrajowe, a nawet międzynarodowe kwestie – w Birmingham prawie 30 proc. mieszkańców stanowią muzułmanie.
Jak twierdzi większość komentatorów, w czwartek wyborcy nie głosowali taktycznie. Dzięki temu Reform mogła wziąć mandaty w okręgach, gdzie niekoniecznie zdobyła przytłaczające poparcie, a progresywny głos podzielił się między Partię Pracy, Zielonych i kandydatów niezależnych. W wyborach powszechnych wyborcy dziś gotowi do poparcia Zielonych mogą jednak uznać, że kluczowe jest niedopuszczenie do tego, by Farage wprowadził się na Downing Street – i w swoich okręgach będą głosować na najsilniejszego kandydata zdolnego zatrzymać kandydata Reform. Największym beneficjentem takiego mechanizmu nadal byłaby najpewniej Partia Pracy.
Choć Reform jest bez wątpienia największym zwycięzcą wyborców, to 26 proc. głosów trudno jeszcze uznać za przejaw jakiegoś wielkiego zwrotu w prawo. Jak w swojej analizie na łamach „London Review of Books” pisze James Butler, choć wyborcy wahający się między Partią Pracy a Reform i wybierający tę drugą na pewno istnieją, to na razie trudno mówić o znacznym przepływie byłego elektoratu lewicy na prawo. Jak pisze Butler, eksperci coraz częściej skłaniają się dziś do opinii, że polityka w Anglii coraz bardziej dzieli się na dwa bloki: lewicowy i prawicowy z niewielkim centrum między nimi. W obu tych blokach dominuje kapryśny, transakcyjny wyborca, niezwiązany trwałą lojalnością z żadną partią i w zależności od sytuacji zdolny przerzucić poparcie z Partii Pracy na Zielonych albo z Konserwatystów na Reform lub w ogóle wycofać się z uczestnictwa w wyborach.
Tworzy to wyzwanie dla obu dominujących partii. Walcząc o centrum, ryzykują odpływ skrzydeł albo do Reform, albo do Zielonych. Zaniedbanie centrum zaś oddaje je walkowerem drugiej stronie albo demobilizuje część elektoratu.
Jeśli spojrzymy na całe Zjednoczone Królestwo, obraz ten komplikują dodatkowo partie nacjonalistyczne dominujące dziś w Szkocji, Walii i Irlandii Północnej. W tych dwóch pierwszych polaryzacja coraz częściej przebiega na linii: dążąca do niepodległości od Londynu nacjonalistyczna lewica z jednej i Reform jako „partia jedności” z drugiej strony.
Czy tak podzielonym krajem da się rządzić?
Patrząc jeszcze inaczej na to, jak dzieli się dziś politycznie brytyjskie społeczeństwo, można powiedzieć, że mamy dziś lidera gromadzącego około jednej czwartej poparcia – i jak na lidera to naprawdę nie tak dużo – oraz cztery partie, z których każda ma po 16–18 proc. poparcia Bo w tych przedziałach, według szacunków po czwartkowych wyborach, mieści się dziś poparcie Liberalnych Demokratów, Partii Konserwatywnej, Partii Pracy i Zielonych.
Taki rozkład poparcia nie byłby niczym niezwykłym w systemach z reprezentacją proporcjonalną i najpewniej wyłoniłby dziś centrolewicową koalicję liberałów, laburzystów i zielonych. Wielka Brytania ma jednak system większościowy, a ten przy takim rozkładzie poparcia „wariuje” tak, że w wielu miejscach to, gdzie kto zdobędzie mandat staje się w zasadzie loterią.
Gdyby takie były wyniki wyborów powszechnych, wyłoniłyby parlament bez wyraźnej większości, w którym być może żadnej sensownej koalicji nie dałoby się zbudować. A system większościowy ma chronić przed takimi scenariuszami. Poświęca proporcjonalność po to, by wyłonić jasną większość parlamentarną, wyposażoną we wszystkie narzędzia, by móc realizować swój program i zostać za to rozliczoną przez wyborców.
Z kolei, gdyby z takim rozkładem poparcia wyłonił się parlament ze znaczącą większością, to najpewniej byłby on zupełnie niereprezentatywny wobec rozkładu głosów. Jeśli scena polityczna nie zacznie się układać inaczej, to prędzej czy później Wielką Brytanię czeka poważna dyskusja o zmianie ordynacji na proporcjonalną.
Zmiana Starmera może nie wystarczyć
Klęska Partii Pracy otwiera dyskusję, czy sir Keir Starmer powinien nadal kierować partią. Premiera czeka teraz walka o przetrwanie. Lewica partyjna – ta, która nie została wypchnięta razem z Corbynem – liczy na burmistrza metropolii Manchesteru Andy’ego Burnhama, nazywanego czasami „królem Północy”. Jest on faktycznie bardzo popularnym nie tylko w swoim regionie politykiem, nowy „model manchesterski” rozwoju, jaki zbudował pod swoimi rządami, jest często stawiany jako wzór całej angielskiej lewicy.
Problem w tym, że by stanąć do walki ze Starmerem o przywództwo w partii, Burnham musiałby najpierw wrócić do parlamentu. To zaś wymaga, by ktoś inny zrezygnował z mandatu, a burmistrz wygrał wybory uzupełniające w zwolnionym okręgu. Trudno dziś powiedzieć, czy jest w kraju okręg na tyle bezpieczny nawet dla Burnhama, by burmistrz Manchesteru zaryzykował taki ruch.
Częste zmiany premierów w okresie 2019–24 nie pomogły konserwatystom, przekonują zwolennicy Starmera, a kraj potrzebuje stabilnych rządów. Dodają też, że każdy premier będzie się mierzył z tymi samymi problemami. Ten ostatni argument jest prawdziwy. Starmer jest dziś bez wątpienia bardzo niepopularnym politykiem, często postrzeganym jako postać niesympatyczna, pozbawiona charyzmy, nieposiadająca ani żadnych mocnych przekonań, ani pomysłów na rozwiązanie problemów kraju.
Tylko te problemy są tak wielkie, że najbardziej charyzmatyczny wizjoner może nie pomóc. Wielka Brytania płaci dziś rachunek za kilka dekad błędów: od dezindustralizacji i finansjalizacji gospodarki, przez model rozwoju zależny od taniej pracy i migracji, po Brexit i falę migracji z czasów Johnsona. Partia Pracy nie odpowiada za wszystkie te błędy, ale zmaga się z ich skutkami. A to grozi jej największą polityczną ruiną od lat 30. ubiegłego wieku.


![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)


Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.