Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Ile prawdy jest w serialu „The Pitt”? „Przemocy na izbach przyjęć jest niemało”

Wybrałam tę pracę także dlatego, że jako obcokrajowiec chciałam dowiedzieć się, jacy są Amerykanie, a ta specjalizacja jest najbliżej tkanki społecznej – mówi polska lekarka, specjalistka medycyny ratunkowej pracująca w amerykańskim szpitalu.

Ratownik medyczny wkłada rękawice, w tle pacjent przypięty do noszy i szarpiący się z sanitariuszem. Kadr z serialu The Pitt Rozmowa
Celnie!

1

Michał Sutowski: Czy lekarze oglądają seriale medyczne?

Magdalena Bokiej: Oglądają, choć akurat The Pitt widziałam tylko kilka odcinków, bo po pracy chcę odpocząć, a nie wracać do niej, jak mam wolne. Ten serial jest najbardziej chyba wiarygodną ekranizacją tego, co się faktycznie dzieje na izbie przyjęć. Pewnie dlatego, że konsultantem jest dr Mel Herbert, założyciel EMRAP, czyli najsłynniejszej organizacji uczącej medycyny ratunkowej w USA, która pomaga kontynuować naukę lekarzom po stażu. Na pewno jest to bliższe rzeczywistości niż słynny Ostry dyżur z lat 90., którym się napawałam jako dziecko i który zresztą sprawił, że jestem teraz na medycynie ratowniczej.

W Polsce praca na SOR-ze, czyli odpowiedniku waszego ER, nie jest traktowana jak wymarzone miejsce pracy: specjalistów medycyny ratunkowej jest za mało, a choć stawki za pracę w tych miejscach są wysokie, to brakuje chętnych. Ewentualnie traktuje się SOR jako pracę na początek, potem lekarze szukają czegoś innego… Ty pracujesz z wyboru?

W Stanach Zjednoczonych to może być wymarzone miejsce pracy, a na specjalizację poszłam z wyboru. Ona trwa zresztą 3-4 lata, a robienie kolejnej, choć jest możliwe, to wymaga bardzo dużo pracy i mało kto się na to decyduje. Krótko mówiąc, to jest dla mnie wybór dożywotni. Dla mnie w tej pracy najważniejsza jest chyba adrenalina jako substancja podtrzymująca życie… Oczywiście, do tego trzeba lubić podejmować szybkie decyzje, mając ograniczoną ilość informacji. Atrakcyjne jest też to, że pomaga się ludziom tu i teraz, od razu widzi się efekty swojej pracy, inaczej niż w neurologii czy endokrynologii. Skutki są natychmiastowe i często ratuje się czyjeś życie. Poza tym to specjalizacja dla ludzi, którym pasuje wykonywanie bardzo różnych zabiegów, duża różnorodność w pracy.

Czytaj także Porody na SOR-ach to pomysł głupi i niebezpieczny   Katarzyna Kowalewska rozmawia z Gizelą Jagielską

Różnorodność, czyli kontakt ze społeczeństwem? Znów, w Polsce to jest często powód, dla którego lekarze nie chcą tam pracować. Klient w krawacie jest mniej awanturujący się…

Ja wybrałam tę pracę także dlatego, że jako obcokrajowiec chciałam dowiedzieć się, jacy są Amerykanie, a ta specjalizacja jest najbliżej tkanki społecznej. Widzimy tu cały przekrój: ludzi bardzo biednych, więźniów, cierpiących na choroby psychicznie, prostytutki, bezdomnych, ale też tzw. normalsów, młodzież licealną, ludzi ze środka drabiny społecznej, a także po prostu zamożnych. A w sytuacjach kryzysowych te wszystkie łatki, które sobie przyszywamy, szybko odpadają. I to działa w dwie strony, tzn. jak przywracamy pacjenta do życia, to dla niego nie ma większego znaczenia, że jestem kobietą, imigrantką z Europy Wschodniej i jeszcze mówię z jakimś akcentem. To jest też dziedzina, w której na co dzień pracujemy blisko ze strażą pożarną, z ratownikami medycznymi, z policją. Nasz oddział szkoli nawet ratowników z jednostek specjalnych, którzy bardzo często są wysyłani do stref konfliktowych, na przykład do Ukrainy – sama miałam okazję uczyć medyków, głównie Amerykanów, którzy tam jadą.

W medycynie ratunkowej jest też bardzo dużo koleżeństwa i poczucia wspólnoty, relacje są dużo mniej formalne niż w innych specjalizacjach. Lekarze, także stażyści, mówią do siebie po imieniu, pielęgniarki do nas mówią po nazwisku, ale bez „doktorowania”. Tytułami zwracają się do nas tylko studenci, natomiast pielęgniarki: Bokiej, powiedz, co z tym zrobić, Bokiej – pacjenta boli…

To jest specyfika medycyny ratunkowej czy raczej USA? Znów, Europa – bo nie tylko Polska, Niemcy także – znana jest raczej z tytułomanii i podkreślania hierarchii…

Inne specjalizacje są bardziej sformalizowane, natomiast w medycynie ratunkowej to odpada ze względu na tę… nagość człowieczeństwa na oddziale. W sytuacjach krytycznych pielęgniarka czy pielęgniarz może szturchnąć lekarza, żeby coś zrobił czy na coś zwrócił uwagę, bo wszyscy pracujemy na dobro pacjenta. Jednocześnie sama kultura pracy jest bardzo zdyscyplinowana, niemal militarna: panuje jasna hierarchia, decyzje podejmowane są szybko, przy jednocześnie ścisłej współpracy zespołowej. A z tymi wszystkimi studentami i stażystami zawsze są doświadczeni lekarze; młodsi zbierają historię, czasem robią wstępną diagnostykę, ale starsi lekarze zawsze ich nadzorują. Nie uprawiają w tym czasie seksu z pielęgniarkami w schowku na miotły, jak w Ostrym dyżurze czy Chirurgach.

Czytaj także Zdrowie wcale nie jest najważniejsze. Spytajcie Polki i Polaków Galopujący Major

Na serialowym oddziale ratunkowym w Pittsburghu cały zespół, licząc i lekarzy, i pielęgniarki, jest bardzo różnorodny pod względem koloru skóry, pochodzenia etnicznego, ale też klasy społecznej. Są ludzie z Pakistanu czy Filipin, pochodzenia indyjskiego, Latynosi. Czy ta „celebracja różnorodności” to jest wiarygodny obraz amerykańskiego szpitala czy trochę jednak licentia poetica?

Jeżeli chodzi o ratowników medycznych czy pielęgniarki, to faktycznie tak wygląda, ale jeżeli chodzi o lekarzy, to… w ogóle nie, przynajmniej w medycynie ratunkowej. To jest bardzo młoda specjalizacja, powstała w latach 70. w USA, w Polsce również się jej uczy, ale to wciąż początki – dlatego na SOR-ach pracuje wciąż tak wielu lekarzy zupełnie innych specjalizacji. W wielu krajach ona po prostu nie istnieje lub dopiero raczkuje, więc lekarze, którzy kończą akademie medyczne w innych krajach i nostryfikują dyplomy, kiedy przyjeżdżają do USA z Chin, Bliskiego Wschodu, Indii, ale też Rumunii czy z Rosji, to częściej jako interniści, endokrynolodzy, chirurdzy, itd. Dlatego w medycynie ratunkowej różnorodność między lekarzami jest o wiele mniejsza niż gdzie indziej. Kiedy ja kończyłam rezydenturę 10 lat temu, to na 15 osób były 2 kobiety i jedna osoba azjatyckiego pochodzenia – tyle było tej różnorodności… To się zmienia, ale bardzo powoli.

A tobie ktoś kiedyś powiedział, że nie życzy sobie, żebyś go leczyła, bo jakoś tak dziwnie mówisz i jesteś nie wiadomo skąd?

Sporadycznie, raz jakaś pijana babka mi coś takiego powiedziała, ale raczej zdawkowo; nie była w stanie decydować o sobie, więc wystawiłam jej stosowny kwitek, kolega potwierdził i tyle. Ale ludzie mnie często pytają – bo ja już nie słyszę swojego wschodnioeuropejskiego akcentu – gdzie to ja skończyłam medycynę, jak długo jestem lekarzem, itd. Ale puszczam to mimo uszu, zresztą potem jest już normalnie, jak się skupimy na tym, jak możemy pomóc. Takich sytuacji nie się uniknąć, bo nad akcentem nie chce mi się już pracować, bo też nie wstydzę z tego, skąd jestem.

Jest jeszcze inny wymiar różnorodności, bardzo wyraźnie wyeksponowany serialu, czyli pochodzenie klasowe i środowisko. W The Pitt jest np. przykład chłopak, który przyjechał z farmy w Nebrasce, jako pierwszy w rodzinie z wyższym wykształceniem; jest dziewczyna z „obrączką” dozoru elektronicznego, bo ma wyrok za pobicie nowej dziewczyny swojego ex. Taka różnorodność ma duże zalety, bo osoby z tak różnym zapleczem społecznym potrafią dotrzeć do bardzo różnych pacjentów, ale czy to jest jakoś prawdopodobne?

To jednak przede wszystkim obraz filmowy. Oczywiście, są u nas ludzie z różnych środowisk, ja sama pochodzą z rodziny robotnika i urzędniczki, z Sianowa pod Koszalinem, ale co do zasady medycyna w Stanach Zjednoczonych to bardzo hermetyczne, trudno dostępne środowisko, chyba nawet bardziej niż w Polsce.

Bo u nas studia dzienne są jednak bezpłatne.

A w USA płaci się krocie – rzędu 60-80, nawet 100 tysięcy dolarów rocznie przez 4 lata nauki. To są pieniądze niewyobrażalne dla większości ludzi. A do tego nabór do szkoły medycznej jest mocno niedorzeczny, bo trzeba mieć różne rzeczy, aktywności pozaszkolne i akademickie, zazwyczaj też skończyć wcześniej licencjat. Ogromne znaczenie ma szkoła średnia, jaką się ukończy, a ich poziom w USA jest przecież bardzo nierówny. W praktyce każdy szczebel, który musisz przejść, drogo kosztuje. To nie jest przypadek, że ludzie, z którymi ja byłam na uczelni – po Middlebury College w Vermont poszłam do szkoły medycznej Vanderbilt University – mieli bardzo często bogatych rodziców i pochodzili z wpływowych środowisk.

To jest typowe, że w USA na medycynę idzie się dopiero po innych studiach?

Tak, istnieją programy bez takiego wymogu, ale to raczej wyjątki. Normalnie robisz studia pierwszego stopnia – u mnie to był licencjat z biochemii – i dopiero potem szkoła medyczna. Zresztą mało kto chciałby rezygnować z college’u, bo to są najpiękniejsze lata życia, nawet jeśli to często romantyzowany okres.

Uczyłaś się i pracowałaś w różnych miejscach – Vanderbilt jest w Tennessee, a praktykowałaś w Cleveland w Ohio i teraz w St. Louis w Missouri. Czy lekarzowi robi różnicę, czy pracuje na Południu czy Środkowym Zachodzie?

Standardy opieki medycznej są w USA bardzo jednolite, ale jeżeli chodzi o społeczność, z którą pracujesz, to faktycznie bywa różnie. W Cleveland mój staż dzieliłam między dwa szpitale, z których jeden był znaną w kraju placówką kliniczną, a drugi typowym publicznym szpitalem śródmiejskim, który leczy przede wszystkim ubogich. Teraz w St. Louis pracują w szpitalu podmiejskim Mercy Hospital South, w dość spokojnej okolicy, ale wcześniej przez dwa lata byłam w DePaul Hospital niedaleko lotniska. I to był typowy inner city hospital, gdzie współpraca z pacjentem była dużo trudniejsza.

Dlaczego?

Bo pacjenci czują dużo większą nieufność wobec lekarzy, zwłaszcza tych lekarzy, którzy mają inny kolor skóry niż oni. Ten brak zaufania między Afroamerykanami i białymi Amerykanami ze względów oczywistych, 400 lat niewolnictwa, jest niestety ekstremalny, więc i tam można było chwilami atmosferę kroić nożem. Ja oczywiście nie dorastałem w tamtej rzeczywistości, ale w USA byłam i jestem, znów, z oczywistych powodów, wrzucana do jednego worka w białymi Amerykanami.

Czyli dwa szpitale w jednym mieście różnią się bardziej niż dwa stany na kontynencie amerykańskim?

Tak mi się wydaje przynajmniej. O ile w Cleveland obie placówki były w centrum miasta, więc różniły się głównie stopniem skomplikowania przypadków – szpital kliniczny dostawał te trudniejsze – to już w St. Louis widać, jak inne są warunki w śródmieściu i na przedmieściach. To są właściwie dwa różne kraje w jednym mieście. Północne St. Louis to dzielnice biedne, historycznie afroamerykańskie, gdzie mieszka dużo imigrantów: dużo jest napadów, dużo strzelanin. Wypadki drogowe są akurat rozdzielone podobnie i tam, i tu, gdzie pracuję obecnie. W moim podmiejskim szpitalu mamy często urazy sportowe, typu: trzynastolatek zwichnie ramię w czasie meczu koszykarskiego albo np. osoba starsza potknie się i połamie w domu. A w DePaul Hospital dużo więcej było przypadków związanych z narkotykami, przywożono nam sporo więźniów, niemało jest też ofiar gwałtów, a także ludzi z wszelakimi problemami psychicznymi.

A serialowy incydent, w którym sfrustrowany długością oczekiwania pacjent uderza w twarz pielęgniarkę, zdarzył ci się kiedyś naprawdę?

Pacjenci często są wkurzeni na kolejki i dają nam to odczuć, ale raczej słownie. Anegdotycznie mówi się nawet, że w szpitalach, w których jest więcej różnorodności, jest też więcej przemocy wobec lekarzy i pielęgniarek ze strony pacjentów. Więcej pada grubych wyzwisk. Na pewno w szpitalu podmiejskim pracuje mi się lepiej, bo pacjenci są dla mnie milsi. Ale i u nas zdarzył się np. przypadek, że agresywny pacjent poddusił 23-letnią dziewczynę, która była technologiem na izbie przyjęć, tak bardzo, że musieliśmy ją intubować. Zdarzają się złamane ręce pielęgniarek przez pacjentów, którzy są psychicznie chorzy, pod wpływem narkotyków albo po prostu im odbiło. Krótko mówiąc, przemocy na izbach przyjęć jest niemało.

Czytaj także Chirurgia plastyczna i medycyna estetyczna jako klasowe pole walki Paulina Januszewska

Spotkało cię to bezpośrednio?

To był przypadek innego rodzaju, kiedy rodzina toczyła spór o dziecko. Zgodnie z prawem musiałam poprosić dziadka, który nie był legalnym opiekunem, żeby opuścił szpital i wtedy on mi zagroził, że mnie zabije, jak będę szła do samochodu na parking. To była 2 w nocy, więc odprowadziła mnie tam ochrona, zresztą parking lekarzy jest celowo położony w innym miejscu niż parking dla pacjentów. Ale też wiem, że jakby ktoś bardzo chciał się dowiedzieć, gdzie mieszkam, to pewnie by się dowiedział.

Przepracowałaś jako lekarka czas pandemii. Echa tamtej sytuacji pojawiają się w The Pitt wielokrotnie jako retrospekcje, ale też rezonują współcześnie: dwie pacjentki pobiły się, bo ktoś kaszle i nie nosi maseczki.

Na początku pandemii poziom frustracji i agresji był taki, że można było zostać pobitym na ulicy za te maseczki, a nie tylko na izbie przyjęć. Nie brakowało oczywiście zarzutów w sprawach szczepień, że instalujemy ludziom mikrochipy, ale też np. domagano się od nas podawania przeciwko COVID iwermektyny. To jest lek do zwalczania pasożytów i z koronawirusem nie miał nic wspólnego, ale zareklamował go Donald Trump.

Czy to był rodzaj doświadczenia formacyjnego?


Mój pierwszy pacjent z COVID-em bardzo dobrze zapadł mi w pamięć. To był początek pandemii, kiedy było jeszcze dużo niepewności. Nie do końca wiedzieliśmy, jak dokładnie dochodzi do transmisji i jak bardzo jest to niebezpieczne. Pamiętam moment zakładania pełnych środków ochrony — maska, przyłbica, fartuch, rękawiczki — i uświadomienie sobie, że to przestało być czymś teoretycznym. To był realny pacjent przede mną.

Najbardziej uderzająca była niepewność. Doświadczyłam czegoś podobnego wcześniej, jeszcze na rezydenturze, przy podejrzeniu eboli — to samo napięcie, coś potencjalnie bardzo groźnego, z dużą niewiadomą. Różnica polegała na tym, że wtedy był to pojedynczy epizod, a w czasie pandemii to poczucie niepewności stało się codziennością, którą trzeba było stale znosić i w której trzeba było normalnie funkcjonować.

Był też bardzo osobisty wymiar tego doświadczenia. Po raz pierwszy w tak bezpośredni sposób pomyślałam o tym, że mogę się zarazić i że mogę umrzeć. To nie była abstrakcyjna myśl, tylko coś realnego, co pojawiało się w trakcie pracy. Jednocześnie miałam świadomość, że mogę przynieść wirusa do domu i narazić mojego męża. To znacząco poszerzyło moje rozumienie odpowiedzialności — nie tylko wobec pacjenta, ale też poza pracą.

Z czasem COVID stał się częścią codziennej praktyki. Natomiast te pierwsze doświadczenia zmieniły moje podejście do ryzyka i niepewności. Stałam się bardziej gotowa do działania w sytuacjach, w których nie ma pełnych informacji, bardziej świadoma własnej podatności, i bardziej uważna w równoważeniu odpowiedzialności zawodowej z ryzykiem osobistym.

A taka scena: matka pacjenta czyta w internecie, że nakłucie lędźwiowe rodzi tyle a tyle procent ryzyka powikłań i nie zgadza się na pobranie od syna płynu rdzeniowego do diagnostyki. Czy ludzie uczą cię medycyny przy pomocy doktora ChatGPT?

Co do ChataGPT czy Google’a, to jednak już niemal wszyscy z tego korzystamy. To jest część rzeczywistości, więc nie traktuję tego jako potwarzy ze strony pacjenta, jeśli jakieś rozpoznanie jest punktem wyjścia do rozmowy. Gorzej jeśli ktoś utknie na wybranej przez siebie diagnozie. A jeżeli chodzi o zabiegi, procedury itd., to zawsze mamy kalkulację ryzyka i korzyści, po której wybieramy optymalne postępowanie w danej sytuacji. Tłumaczymy je pacjentowi czy opiekunowi, ale nie możemy go do niczego zmusić, na końcu to jednak on decyduje.

No właśnie, tłumaczenie i rozmowa. Dla wielu polskich widzów serialu HBO szokujące jest, jak lekarze – zwłaszcza na oddziale ratunkowym – wiele czasu poświęcają na rozmowę, wyjaśnienia, dopytywanie, ale też zwykłe okazywanie empatii. Czy wy naprawdę macie na to czas?

Mamy i nie mamy. Są sposoby na to, żeby to robić w krótkim czasie; uczy się tego w szkole medycznej, na stażu, a później doskonali w pracy.

Tak przy okazji, czy trzeba zdać egzamin?

Jak najbardziej, pod koniec studiów. Jesteś w specjalnym ośrodku, masz 10 pacjentów-aktorów, przechodzisz od pokoju do pokoju. I na podstawie nagrań wideo zdajesz – lub nie – z umiejętności rozmawiania z pacjentem. 

Czyli musisz zrobić wywiad i się dogadać, kiedy mówi niewyraźnie, nie chce lub nie potrafi opisać, co mu jest?

Lekarz musi efektywnie przekazać to, co pacjent musi zrozumieć. I dowiedzieć się, w miarę możliwości, co mu dolega.

Nawet jak jest np. agresywny?

Na takie głębokie wody to przed stażem się jeszcze nikogo nie wypuszcza. Później, na stażu, i owszem.

Czytaj także Januszewska: Ginekolog nie jest bogiem. Uświadomcie to sobie Paulina Januszewska

Rozumiem, że uczy się komunikacji medycznej, w Polsce też, choć raczej od niedawna. Ale medycyna ratunkowa chyba daje mało czasu na konwersacje?

Jasne, że czasu zazwyczaj nie ma dużo, ale przed każdym zabiegiem trzeba człowiekowi wyjaśnić, o co chodzi, dlaczego się to robi, dlaczego to jest ważne, jakie są ryzyka, jakie są korzyści i ten pacjent decyduje: tak czy nie. Tak wygląda prawo w Stanach Zjednoczonych, poza tym kulturowo USA są jednak trochę inne niż Polska czy Europa Północna; naprawdę kładzie się tu nacisk na grzeczność i miłe traktowanie nawet obcego człowieka. Co więcej, to się przekłada na wynagrodzenie – jak cię pacjenci nie lubią, np. powiedzą, że nie wyjaśniasz co robisz, to można obciąć ci premię.

Te wskaźniki satysfakcji pacjenta w The Pitt są dość dwuznaczne: doktor Roby tłumaczy pani z administracji szpitala, która robi mu wyrzuty za wyjątkowo słabe wskaźniki, że to jest ER. Pacjenci czekają wiele godzin w kolejce, bo brakuje personelu, wszystkich coś boli, a część umiera, więc jak mają być zadowoleni. I że tu się ratuje życie po prostu. Jak to oglądasz, to sympatyzujesz z lekarzem…

Tu trochę obie strony mają rację. Pacjent z różnych aspektów opieki może być niezadowolony, nad częścią jednak masz kontrolę: czy słuchasz, czy wyjaśniasz, czy nie jesteś zdawkowy, czy okazujesz zainteresowanie. Można przy człowieku usiąść, można podać rękę czy oprzeć ją na jego ramieniu, podać chusteczki jak płacze, można powiedzieć, że się rozumie. Takie rzeczy. Nic nadzwyczajnego, choć łatwo się o tym zapomina. Oczywiście bodźcowanie finansowe jest trochę dwuznaczne, bo takie „miękkie” kwestie trudniej jest wymierzyć, owskaźnikować. Ale to jest też sygnał, że to jest ważny element terapii.

Czytaj także I tak wszyscy umrzemy. Ale 1 procent zarobi na tym miliardy Magdalena Bazylewicz

Wspomniałaś wcześniej o finansach: czy pytasz pacjenta przy wjeździe na ER, czy ma ubezpieczenie?

Akurat w przypadku oddziałów ratunkowych prawo jest takie, że leczyć trzeba każdego. Pacjent może, co prawda, odmówić, jeżeli obawia się kosztów, ale jeśli na przykład jest nieprzytomny, to się go leczy, nieważne, czy ma ubezpieczenie czy nie. To nie jest w USA oczywiste, bo np. chirurdzy czy ortopedzi mogą odmówić ludziom zaplanowanego zabiegu, jeśli ktoś nie ma ubezpieczenia i to się często zdarza. To zresztą kwestia, o której powinienem była powiedzieć na początku: to jeszcze powód, dla którego cieszę się, że pracuję w medycynie ratunkowej, bo nie muszę się o to martwić. Jak widzę człowieka, który ma problem, to nie pytam, czy ma ubezpieczenie, tylko się nim zajmuję.  

Ale jeśli nie ma, to wyślesz mu – oczywiście nie ty osobiście, ale administracja szpitala – rachunek?

I tak, i nie. W USA jednak działa pewien system ubezpieczeń społecznych, który obejmuje ludzi po 65. roku życia, czyli Medicare. Jest też Medicaid, który obejmuje inwalidów i niektóre osoby o niskich dochodach, bezpłatną opieką medyczną obejmuje się też weteranów. Większość ludzi ma jednak ubezpieczenie medyczne od pracodawców, przy czym ono trwa tak długo jak umowa o pracę. I niestety, czasami dzieje się i tak, że osoba nie ma ubezpieczenia i dostanie rachunek na tysiące dolarów.  

Takie odmowy: nie stać mnie na to, żeby się u was leczyć, to się często zdarza?

Ostatnie zdarzyło mi się kilka dni temu: mój pacjent zdecydował, że nie chce być przyjęty do szpitala z powodu braku ubezpieczenia. Można go było odesłać do pracowników społecznych, ale niewiele więcej. Oni czasem mogą człowiekowi znaleźć inną placówkę, niektóre placówki religijne, protestanckie czy katolickie przyjmują czasem na innych zasadach. 

Czyli jeśli trafię na ER, a nie będę miał ubezpieczenia – to ile mogę zapłacić?

Zależy, co ci się stanie. Jak ci noga odpadnie, a zgodzisz się na przyjęcie do szpitala, to może być bardzo wiele tysięcy dolarów. Jak masz otarcie czy zwichnięcie, to bliżej 2-3 tysięcy.

A jeśli dla kogoś nawet te 2-3 tysiące dolarów to jest życiowa katastrofa?

Alternatywą, dużo tańszą, jest tu urgent care, czyli pomoc doraźna, raczej do wypadków niezagrażających życiu. Tam do dyspozycji są asystenci lekarza, coś jak polscy felczerzy, a także tzw. nurse practitioners; to często pielęgniarki z dodatkowym dyplomem. Nie mają oczywiście pełnych kompetencji ani tym bardziej sprzętu jak w szpitalu, ale wiele podstawowych spraw mogą ogarnąć – i są stosunkowo łatwo dostępni, często spotyka się ich na obszarach wiejskich. Bo liczba lekarzy w USA jest mocno trzymana w ryzach, żeby zasób był mały i ceny przypadkiem nie spadły.

Ile czasu pracujesz? Na polskim SOR-ze klasyczny dyżur trwa 24 godziny, a w The Pitt 15.

Ja wychodzę ze zmiany po 9 i jestem mocno skołowana. Prawie jak mój pies po tym, jak go odbieram z… psidszkola, czyli dog daycare. Buzuje adrenalina, relacje społeczne są bardzo intensywne i trzeba zrobić dłuższy spacer, zwłaszcza po takiej bardziej intensywnej zmianie, jaka mi się przydarzyła kilka dni temu. Czasami, jak jest dużo bardzo ciężkich przypadków, to człowiek potem siedzi na kanapie i patrzy w ścianę, bo po prostu nie może do siebie dojść, do normalnego życia. Przy czym nie chodzi o jakąś traumę, tylko właśnie o buzowanie, o tę energię, która nie pozwala się przestawić na normalny tryb.

A zdarzały ci się sytuacje quasi-wojenne, kiedy masz nagle bardzo dużo pacjentów, dużo więcej niż normalnie?

W szpitalu, gdzie jestem teraz, gdy na autostradzie zdarzy się poważniejszy wypadek czy karambol, to przewożą wszystkich do nas i wtedy mamy np. dziesięciu pacjentów na raz; trzeba też wtedy został dłużej, zdarza się 12-13 godzin. Sytuacja „wojenna” to może za dużo powiedziane, ale jeżeli byłaby wojna, to na pewno lekarze medycyny ratowniczej byliby niesłychanie potrzebni.

W jednym z odcinków 1. sezonu The Pitt mamy scenę, która w Polsce jest trudna do wyobrażenia: nastolatka w ciąży przychodzi z opiekunką na zabieg aborcji, ale okazuje się, że to jej ciotka, a nie matka. Tamta później wpada na oddział, próbuje – początkowo skutecznie – powstrzymać zabieg, lekarka w końcu ją jednak przekonuje, żeby nie niszczyła córce życia, bo własne dziecko ją znienawidzi. To wyobrażalne w amerykańskim szpitalu?

Prawo do przerywania ciąży bardzo się różni między poszczególnymi stanami; są i takie, gdzie niepełnoletnie dziewczyny mogą w tej sprawie decydować zupełnie samodzielnie.  Ale jeśli chodzi o prawną pieczę nad małoletnią, to sprawa jest jednoznaczna – ktoś, kto tych praw nie ma, jak ta ciotka, musiałby w tej sytuacji po prostu opuścić szpital. Co do przekonywania: lekarze informują o dostępnych opcjach, natomiast mogę sobie wyobrazić, że zależności od własnych przekonań jakoś przemycają swoją opinię niebezpośrednio i nieoficjalnie. 

Czytaj także Dlaczego Polska okalecza interpłciowe dzieci? Mateusz Witczak rozmawia z Magdaleną Rakitą

Sprawdziłem, że pielęgniarki na ER w St. Louis zarabiają średnio ponad 80 tys. dolarów rocznie, czyli powyżej średniej krajowej; ratownicy 50 tys., czyli sporo poniżej – a czy z bycia lekarzem medycyny ratunkowej w USA da się dobrze żyć? W sensie materialnym?

Da się super żyć i w sensie materialnym, i równowagi między pracą a życiem prywatnym. Kiedy schodzę ze zmiany, nikt do mnie nie dzwoni, pracuję 15 dni w miesiącu. Medycyna ratunkowa to jedna z tzw. lifestyle specialties, jak okulistyka, dermatologia czy radiologia: dobre zarobki, przewidywalny i regularny czas pracy, dużo wolnego czasu i pomysłów na to, co z nim zrobić.

W ochronie zdrowia wolisz system amerykański czy europejski?

One oferują dwa różne rozwiązania tego samego problemu. I żadne nie jest doskonałe: nie tylko w Polsce, ale i w zamożniejszych krajach, jak Kanada, problemem są długie kolejki. W USA oczywiście za wysokie koszty.

A czy lekarzy nie jest po prostu za mało? W The Pitt braki personelu są chroniczne.

Z perspektywy lekarskiej jesteśmy dobrze obsadzeni. Natomiast główne wyzwanie dotyczy całego systemu, który wspiera opiekę nad pacjentem.

W oddziale ratunkowym lekarz nie jest w stanie sam przeprowadzić pacjenta przez cały proces. Każdy etap zależy od innych członków zespołu. Pielęgniarki odpowiadają za wstępną ocenę stanu pacjenta, podawanie leków i monitorowanie. Personel pomocniczy pobiera krew, wykonuje badania i pomaga przy procedurach. Pracownicy odpowiedzialni za transport przewożą pacjentów na badania obrazowe. Personel sprzątający przygotowuje sale dla kolejnych pacjentów. Jeśli którykolwiek z tych elementów jest niewystarczająco obsadzony, cały proces zaczyna się opóźniać.

W praktyce lekarz może szybko ocenić pacjenta i zlecić badania, ale jeśli występują opóźnienia w pobraniu krwi, w przewiezieniu pacjenta na badania albo w przygotowaniu sali, pacjent pozostaje dłużej na oddziale. To zmniejsza rotację i powoduje narastanie kolejki oczekujących. Te opóźnienia się kumulują i prowadzą do przepełnienia oddziału.

Drugim kluczowym problemem jest sytuacja, w której pacjent wymaga przyjęcia na oddział szpitalny, ale nie ma dostępnego miejsca. Wtedy pozostaje na oddziale ratunkowym, często przez wiele godzin. Zajmuje łóżko, wymaga dalszej opieki i ogranicza możliwość przyjęcia kolejnych pacjentów.

Podsumowując, liczba lekarzy jest wystarczająca, natomiast główne ograniczenia wynikają z niedoboru personelu pomocniczego oraz braku miejsc na oddziałach szpitalnych. To właśnie te czynniki mają największy wpływ na płynność pracy i poziom zatłoczenia.

**

Magdalena Bokiej – lekarka-specjalistka medycyny ratunkowej, absolwentka Vanderbilt University School of Medicine, obecnie pracuje na oddziale ratunkowym szpitala Mercy South w St. Louis, Missouri.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie