Nieduża książka Aleksandry Jakubczak wydana przez Instytut Narutowicza we współpracy z warszawskim Domem Spotkań z Historią to zaproszenie do spaceru po mieście, którego już nie ma. Po Warszawie pełnej fabryk, fabryczek i warsztatów terkoczących w oficynach czynszówek zamieszkanych przez lokatorów różnych narodowości – Polaków, Żydów, Niemców, a czasem też Rosjan.

Chociaż czy to tylko spacer? Autorka nie prowadzi nas od punktu A do punktu B, a jej książka to nie przewodnik, w którym po prostu wyznaczono trasy dla turysty goniącego za historycznymi ciekawostkami. To raczej panorama miasta tętniącego namiętnościami i Historią, pisaną właśnie wielką literą.
Dzieją się w nim rzeczy wielkie i wzniosłe, ale też takie, które budzą lęk czy moralne oburzenie. Mamy tu zbliżenia na konkretne miejsca, gdzie wydarzały się ważne albo symboliczne dla czasów rewolucji historie, takie pisane małą literą. Zaglądamy więc do robotniczego mieszkania rodziny Pawlaków przy Dworskiej 6, gdzie Marcin Kasprzak urządził tajną drukarnię, do kamienicy przy Twardej 66, gdzie bracia Dąbkowscy prowadzili laboratorium, w którym produkowano bomby rzucane później w carskich żandarmów albo do fabryki „Wulkan” na Pradze, gdzie pierwszy raz o socjalizmie usłyszał Stefan Okrzeja.
Kto chciałby poszukać materialnych śladów rewolucyjnych walk i poczuć – jeśli nie uleciała – atmosferę tych miejsc, na końcu znajdzie mapę, na której wszystkie zostały starannie zaznaczone.
O czym zwykle nie pamiętamy
Warszawa początku XX wieku, którą opisuje Jakubczak, w niczym nie przypominała tego trochę sennego i w gruncie rzeczy spokojnego miasta, jakie pewnie zobaczymy wkrótce w netflixowej Lalce. To już nie czas salonowych konwersacji, spokojnych przejażdżek dorożką, krzątaniny wokół codziennych spraw i drobnych interesów. O tym obliczu zwykle nie pamiętamy, ale stolica przełomu wieków była wielkim ośrodkiem przemysłowym i jednocześnie epicentrum napięć, które targały całym Imperium Rosyjskim. Za modernizacją gospodarczą i rosnącą mobilnością społeczną, co było konsekwencją szybkiego rozwoju rosyjskiego kapitalizmu, nie poszły reformy polityczne, a system samodzierżawia funkcjonował z grubsza podobnie, jak przed pięćdziesięciu czy stu laty. Nad Wisłą był nie tylko – jak wszędzie – niewydolny, ale również obcy i szczególnie opresyjny.
W tym czasie dawało się wyraźnie wyczuć potrzebę zmian, choć brakowało pomysłów, jak je osiągnąć. Płynące z kręgu tzw. realistów deklaracje lojalności połączone z apelami do rozsądku petersburskich elit nie przynosiły rezultatu, zaś po lekturze wykradzionego i upublicznionego przez działaczy PPS memoriału księcia Imeretyńskiego, warszawskiego gubernatora, który stanowić miał liberalną twarz systemu, a okazał się takim samym rusyfikatorem, jak jego poprzednicy, jasnym było, że tą drogą niczego nie da się osiągnąć.
Na drugim biegunie byli socjaliści, ze swoją polityką nieubłaganej opozycji i hasłami walki klasowej. Choć zepchnięci do podziemia, z każdym rokiem zdobywali sobie coraz więcej zwolenników, nie tylko w Warszawie, ale również w innych ośrodkach przemysłowych Kongresówki. Ich postulaty zyskiwały popularność, czego dowodem krążące w coraz większej liczbie w robotniczych dzielnicach Warszawy ulotki, odezwy i nielegalne pisma. Słowem: bibuła. Jednak wciąż nie udawało się przekroczyć masy krytycznej i aby ruch robotniczy stał się naprawdę masowy, trzeba było bardziej sprzyjających warunków. Te stworzyła rozpoczęta w 1904 roku wojna z Japonią i jej konsekwencje.
Ciężar gatunkowy stolicy
Nad Wisłą dość powszechnie kibicowano w tym konflikcie Japończykom. Nie mogło też dziwić, że rozłożona na kilka etapów mobilizacja kolejnych tysięcy rezerwistów na imperialną wojnę toczoną tysiące kilometrów stąd, tylko pogłębiała niezadowolenie.
Właśnie pod hasłami sprzeciwu przeciwko mobilizacji wzywano do udziału w zaplanowanej przez PPS na 13 listopada 1904 r. demonstracji na placu Grzybowskim, podczas której doszło do pierwszej wymiany strzałów z interweniującą policją. Nieco ponad dwa miesiące później w Petersburgu doszło do masakry pokojowej robotniczej manifestacji, która ostatecznie zburzyła mit dobrego cara otoczonego złymi bojarami. Mimo zabiegów cenzury, wieści o tej „krwawej niedzieli” rozeszły się szeroko i wywołały powszechne oburzenie. Po rosyjskim Imperium rozlała się fala strajków. Wybuchła rewolucja.
Książka Jakubczyk przedstawia Warszawę jako największy, najważniejszy w całym 1905 roku ośrodek walk rewolucyjnych na ziemiach polskich, a być może i w całym państwie. Tu daje o sobie znać mój lokalny patriotyzm i szybko zaczynam myśleć nad argumentami za tym, żeby palmę pierwszeństwa przyznać jednak Łodzi. W końcu to właśnie w Łodzi strajki zwykle miały szerszy zasięg, wybuchały częściej i zwykle też trwały dłużej. W Łodzi doświadczenie rewolucji mogło być bardziej intensywne, ale z drugiej strony Warszawa to jednak stolica podbitego przez zaborcę kraju. To, co się tam działo w wymiarze symbolicznym, miało największy ciężar gatunkowy. A działo się wiele.
W 1905 roku carski porządek uległ rozszczelnieniu, a wszystkie napięcia, resentymenty, ale i niezaspokojone potrzeby oraz żądania, których dotychczas nie było odwagi wypowiedzieć otwarcie, dały o sobie znać. Opisywana przez historyczkę Warszawa w pierwszych miesiącach rewolucji wciąż wiecuje i upaja się atmosferą wolności.
Na robotniczych „giełdach”, zwanych też z rosyjska birżami, kłębią się tłumy, szukające partyjnej bibuły, spragnione politycznych nowości, powtarzające plotki i zasłyszane opowieści o tym, co zdarzyło się w Petersburgu, Moskwie czy w Łodzi. Niemal każdy kolejny dzień przynosi coś nowego. Strajkują robotnicy, ale strajkują również uczniowie i studenci. Warszawa opłakuje ofiary, które padły podczas pierwszomajowej manifestacji, wygraża zemstą carskim dygnitarzom (tego i owego dosięgnie bomba albo kula wystrzelona przez bojowca), ale też świętuje, gdy w październiku car w obliczu strajku powszechnego ugnie się i ogłosi manifest konstytucyjny, w którym obieca swoim poddanym wolność (obietnicę spełni w najlepszym razie połowicznie).
Przez cały 1905 rok Warszawa żyła przede wszystkim nadziejami na lepsze jutro, ale jednocześnie byli tacy, w których rewolucja i jej możliwe konsekwencje budziły tylko lęk. Początkowo nadzieja przeważała zdecydowanie, lecz im dłużej trwała niepewność i rewolucyjne rozchwianie, tym powszechniejsze stawały się obawy przed tym, do czego prowadzi – jak to nazywała ówczesna prasa – „epidemia strajków”. Te lęki z miesiąca na miesiąc coraz skuteczniej zagospodarowywała Narodowa Demokracja, która prezentowała się jako „partia porządku” i finalnie wyszła z rewolucji wzmocniona. Nie tylko w Warszawie, ale w całej Kongresówce.
Końcowy tryumf endecji, którego raczej nikt nie mógł się spodziewać, kiedy w początkach 1905 roku wybuchały pierwsze strajki i na ich fali rosły wpływy socjalistów, dobrze pokazuje, jak skomplikowana była historia polityczna czasów rewolucji. Zresztą wystarczy powiedzieć, że samo wyjaśnienie, czym różniły się trzy istniejące w tym samym czasie PPS (oprócz „Lewicy” i „Frakcji Rewolucyjnej” Piłsudskiego pamiętać trzeba jeszcze o mniej znanym „Proletariacie” Ludwika Kulczyckiego) byłoby chyba znacznie trudniejsze, niż opisanie wszystkich różnic, które dzielą dzisiejsze nowe i nowsze lewice, tych, którzy wolą razem i tych, którzy chcą jednak osobno…
A przecież w latach rewolucji prężnie działała jeszcze SDKPiL, żydowski Bund czy różne grupy anarchistyczne. W przewodniku po rewolucyjnej Warszawie historyczka nie ignoruje tych różnic, ale unika wikłania się w szczegółowe rekonstrukcje, przyjmując najwyraźniej, że jest na nie miejsce w historycznych monografiach, a nie w książce, która powstała z myślą o publiczności znacznie liczniejszej, niż grupa absolwentów wydziałów historycznych.
Melodia niedzisiejsza, ale bez cynizmu
I to dobry wybór. Narracja przewodnika, choć prowadzona na trzech różnych płaszczyznach – nie powiem jakich, niech to będzie niespodzianka – jest zwarta i dynamiczna. Autorka przede wszystkim konfrontuje perspektywę, motywacje i doświadczenia konkretnych bohaterów, zarówno tych najbardziej znanych, jak Dmowski czy Stefan Okrzeja, ale także zapomnianych, jak Walenty Baranowski, zamordowany w ramach partyjnych porachunków działacz Narodowego Związku Robotniczego, albo towarzysz „Litwak”, który w imieniu Bundu próbował jakoś zapanować nad przebiegiem głośnego „pogromu alfonsów”.
W Przewodniku mamy więc nie tylko na rekonstrukcję wydarzeń i opis miejsc, które stały się sceną najważniejszych epizodów rewolucji w Warszawie, lecz otrzymujemy również wgląd w zbiorowe emocje i nadzieje tamtych czasów. Lektura przypomina, że mimo takich czy innych zaklęć partyjnych przywódców, tym, co skłaniało do działania, były w pierwszym rzędzie najprostsze i najbardziej fundamentalne wartości – wolność i równouprawnienie, godność, uczciwy zarobek i szacunek w miejscu pracy. Demokracja, a jeśli się uda, to też własne państwo. Tysiące ludzi potrafiły się organizować i walczyć o to wszystko, często ryzykując i poświęcając naprawdę wiele. Zdarzało się, że własne życie. Przecież właśnie o tym śpiewano w refrenie jednej z najpopularniejszych pieśni rewolucji. „Naprzód Warszawo! Na walkę krwawą, świętą a prawą! Marsz, marsz Warszawo!”.
Patos tych słów na pewno już razi, melodia też mocno niedzisiejsza. Ale wyrażony w nich najgłębszy sens tamtych doświadczeń, szczególnie w dzisiejszych czasach cynicznego indywidualizmu, kiedy wszelkie zaangażowanie zwykle poprzedza zimna kalkulacja, wydaje się wciąż aktualny. I gdybym miał wskazać tylko jeden powód, dla którego warto przeczytać przewodnik po rewolucyjnej Warszawie sprzed stu dwudziestu lat, to wskazałbym właśnie na to.
**
Kamil Piskała – doktor nauk humanistycznych, pracuje jako adiunkt w Instytucie Historii Uniwersytetu Łódzkiego. Zajmuje się dziejami II Rzeczypospolitej i myślą polityczną tego okresu. Specjalizuje się w historii polskiego ruchu socjalistycznego. Nakładem Muzeum Historii Polski ukazały się w jego opracowaniu Pamiętniki Ignacego Daszyńskiego (2017) i książka Zredukowani. O społecznych skutkach Wielkiego Kryzysu (2026).










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.