Bywa, że okropne czasy przynoszą wspaniałą produkcję literacką, telewizyjną i filmową, teksty kultury, w których odbija się cała makabreska historycznego momentu. Ten rok – gdy światowa opinia publiczna żyje aktami Epsteina, autorytarnym dryfem za oceanem, kolejnymi wojnami i paniką wokół AI – przyniósł już dwa seriale zdolne uchwycić współczesny klimat: drugi sezon Nocnego recepcjonisty oraz czwarty Branży (Industry). Oba obecne są w pejzażu medialnym od kilku lat, ale dopiero w tym roku nastrój najnowszych odsłon tych produkcji tak idealnie zgrywa się z duchem czasu.
Wszystko na sprzedaż
Pierwszy sezon Nocnego recepcjonisty był przeniesioną we współczesne czasy adaptacją powieści Johna Le Carrégo z 1991 roku, pierwszej napisanej po zakończeniu zimnej wojny. Wyznacza ona ton późniejszej twórczości autora, pokazującej świat, gdzie dawną ideologiczną rywalizację wschód-zachód zastępuje dyktatura chciwości, neokolonialne formy wyzysku, mroczne interesy na styku wielkich pieniędzy, wielkiej polityki, służb i zorganizowanej przestępczości.
W świecie tym nowe, nigdy wcześniej niespotykane możliwości rozwoju zyskują takie figury jak Richard Roper – chroniony przez swoje kontakty w brytyjskim wywiadzie międzynarodowy przemytnik broni, zdolny dostarczyć swoje produkty w każde miejsce świata, nie oglądając się na takie kwestie jak embarga i prawo międzynarodowe, o prawach człowieka nie wspominając. Roper jest antagonistą tytułowego bohatera powieści, Jonathana Pine’a, pracującego w luksusowym hotelu byłego brytyjskiego żołnierza, trafiającego w sam środek międzynarodowej intrygi.
Pierwszy sezon serialu z 2016 roku przenosił akcję powieści współcześnie – i dekadę temu zarysowane w niej problemy brzmiały jeszcze bardziej aktualne.
Drugi sięga po stworzone przez Le Carrégo postaci, ale jest w całości napisany przez scenarzystów pod kierunkiem Davida Farra, bez posiłkowania się prozą brytyjskiego pisarza. Początkowo może się to wydawać kiepskim pomysłem, serial potrzebuje trochę czasu, by autentycznie ruszyć – gdy jednak wciągamy się już w jego rytm, zapominamy o słabszych pierwszych dwóch odcinkach.
W nowym sezonie twórcy doprowadzają obecny w powieści i jej adaptacji cynizm, odczarowaną, mroczną wizję międzynarodowego porządku, do ich logicznego końca. I ta wizja idealnie koresponduje z tym, co codziennie widzimy na ekranie monitora czy telefonu. Jesteśmy w rzeczywistości, gdzie ostatnie pozory świata opartego na regułach się sypią, a zwycięża wolna od jakichkolwiek ideologicznych pretensji transakcyjna polityka siły. Na sprzedaż jest wszystko: broń, rewolucje, ruchy społeczne, całe państwa i ich zasoby. Rewolucja i przyszłe koncesje górnicze są takim samym przedmiotem spekulacji jak papiery wartościowe albo kursy walut. Roper, stworzony przez Le Carrégo 35 lat temu, idealnie pasuje do świata, gdzie politykę zagraniczną wielkiego mocarstwa robią członkowie rodziny i biznesowi partnerzy jego prezydenta, a granica między celami polityki państwa a prywatnym interesem rządzącej nim grupy całkowicie się zaciera.
W pierwszym sezonie tytułowy bohater, Jonathan Pine, toczył bardzo nierówną walkę z Roperem. Za handlarzem bronią stały wielkie pieniądze i potężni protektorzy w brytyjskim państwie. Udało się go pokonać tylko dzięki wyjątkowemu połączeniu szczęśliwej, krótkotrwałej politycznej koniunktury i determinacji kilku prawych osób w aparacie brytyjskiego państwa. W drugim sezonie Pine toczy jeszcze bardziej nierówną walkę. Choć spotyka w niej wiele uczciwych osób, gotowych wiele ryzykować, by zachować się przyzwoicie – a nawet postaci zdolne do głębokiej moralnej przemiany i odkupienia – to ostatecznie drugi sezon jest opowieścią o bezradności dobra wobec sił strukturalnego zła.
Razem z bohaterami zostajemy z poczuciem klęski, nie jest ona jednak przytłaczająca, wyzwala oczyszczający gniew, wewnętrzny głos wzywający, by nie składać broni.
W salonie klasy Epsteina
Pierwszy sezon Branży wyglądał trochę jak próba połączenia poetyki odważnego młodzieżowego serialu w typie Euforii ze światem wielkich finansów. Obserwowaliśmy grupę bardzo młodych bohaterów, którzy zaraz po studiach trafiają do pierwszej pracy w wielkim banku inwestycyjnym w Londynie i próbują radzić sobie z wyznaniami dorosłego życia, ciągle trochę wyglądającego jak przedłużenie nastoletniości. W ostatnim sezonie jesteśmy jednak już bliżej Sukcesji niż Euforii. Z sezonu na sezon bohaterowie dojrzewali i wspinali się coraz wyżej w swoich zawodowych karierach, coraz bliżej świata naprawdę wielkich pieniędzy i naprawdę wielkiej polityki. Przynajmniej ci, którzy wytrzymali ten marsz: wielu odpada, nie dając rady, współczesny kapitalizm i jego zawodowe szczyty przedstawiane są bowiem w serialu jako fascynująca dżungla, jeśli nawet piękna, to tylko w swoim okrucieństwie, działająca jak wielka maszynka do mielenia ludzkich marzeń i dusz.
W ostatnim sezonie zostajemy właściwie z tylko dwiema bohaterkami na planszy: Harper i Yasmin. Pierwsza jest czarną Amerykanką, która by dostać pierwszą pracę w Londynie, skłamała na temat swojego dyplomu. Harper nie ma nic i nie ma dokąd wracać, wie, że może iść tylko do przodu i musi być znacznie bardziej bezwzględna, ciężej pracująca i błyskotliwa niż inni. Yasmin wywodzi się z klasy wyższej, jej kosmopolityczna rodzina kontroluje duże wydawnictwo – rodzinne dziedzictwo okazuje się jednak bardzo problematyczne, nie tylko w finansowym, ale też osobistym sensie.
Oglądając nowy sezon, zastanawiamy się ciągle, jak twórcom udało się nakręcić coś tak aktualnego, tak trafiającego we współczesny czas. Widzimy na ekranie laburzystowski rząd, który choć wygrał wybory, nie wie, co zrobić z władzą, nie potrafi zaprezentować żadnej alternatywnej polityki wobec tego, co robili przez lata Torysi, a jego ministrowie dają się rozgrywać finansowym i arystokratycznym elitom. W pierwszym odcinku drapieżny finansista świeżo wyniesiony do Izby Lordów nie może się nachwalić nowych czasów, jakie zapoczątkował powrót Trumpa do Białego Domu, z zachwytem deklaruje, że skończyła się polityczna poprawność, że właśnie nazwał nieradzącego sobie ze swoimi zadaniami pracownika „upośledzonym” – i że planuje to dziś zrobić jeszcze co najmniej dwa razy.
Wiele wątków wygląda, jakby twórcy pisząc scenariusz inspirowali się aktami Epsteina, jakby chcieli pozwolić widzom zajrzeć do salonów zaludniającej je klasy. Yasmin – analogie pojawiały się już w trzecim sezonie – staje się postacią coraz bardziej przypominającej Gihlsaine Maxwell, na ekranie mamy też finansistę zbierającego seksualne kompromaty na potencjalnych konkurentów. Obserwujemy radykalnie prawicowych miliarderów – wśród nich Austriaków trzymających w swoim zamku kolekcję obrazów Hitlera – spiskujących przeciw liberalnej demokracji. Co ciekawie, w Wielkiej Brytanii liderem, na którego stawiają, jest młody, dynamiczny polityk nazywający się Sebastian Stefanowicz. Cieszy, że brytyjska telewizja dostrzega w końcu rolę Polaków na Wyspach i nie obsadza ich wyłącznie w roli hydraulików i sprzątaczek.
Serial patrzy na to wszystko z absolutnym cynizmem, rezygnacją i bez cienia nadziei. Kapitalizm i jego instytucje okazują się w nim często po prostu zorganizowanym oszustwem, w najlepszym wypadku kasynem. Demokratyczna polityka nie ma ani woli, ani narzędzi, by uregulować ekscesy systemu. Media albo służą interesom elit, albo są bezsilne wobec ich gróźb.
Jednocześnie, może poza austriackimi nazistami, serial nie ucieka w łatwe karykatury w portretowaniu bohaterów. Wszystkie postaci mają tu trzeci wymiar, nie dają się jednoznacznie ocenić. Nawet postaci, których powinniśmy nienawidzić – jak ożeniony z Yasmin młody arystokrata Henry Muck, któremu przywilej i odziedziczony majątek pozwalają wychodzić z kolejnych błędów, które zatopiłyby każdego innego, niemal bez szwanku – potrafią momentami budzić sympatię. Paradoksalnie chyba najlepiej wypadającą postacią w czwartym sezonie, obok idealistycznej, choć politycznie naiwnej polityczki Partii Pracy, jest wuj Henry’ego, wydawca najbardziej bezwzględnych tabloidów, gotowy niszczyć przy ich pomocy ludzi, ale autentycznie troszczący się o swojego krewnego, skrajnie konserwatywny, ale nieufny wobec skrajnej prawicy.
Ciężki los kamerdynera
W obu serialach wraca też pytanie o miejsce Wielkiej Brytanii w tym nowym, wyjątkowo drapieżnym globalnym porządku, jaki tworzy się na naszych oczach. I oba pokrywają się z diagnozami z książki Olivera Bollougha Kamerdyner świata. Jak Wielka Brytania wstąpiła na służbę u oligarchów, kleptokratów i kombinatorów.
W obu serialach państwo i jego czołowe instytucje służą jako kamerdynerzy najgorszym możliwym ludziom na świecie. W Nocnym menadżerze handlarzowi broni, jego podejrzanemu finansowemu zapleczu i warlordom w odległych miejscach świata. W Branży szlachetne brytyjskie instytucje i osoby z robiącymi wrażenie tytułami dostarczają twarzy dla najbardziej wulgarnych finansowych oszust. Państwo jest bezradne wobec tych sił, rozgrywających je rosyjskich, chińskich i innych interesów.
Nie wiem, czy i jak Brytyjczycy poradzą sobie z tym kryzysem, ale na pewno potrafią świetnie o nim opowiadać w telewizyjnej produkcji.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.