Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Polska broń jądrowa? „To przeniosłoby nas do szarej strefy bezpieczeństwa”

Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której Amerykanom by zależało na „ubombowieniu” Polski. Przykład izraelski nie przystaje zupełnie do naszej sytuacji.

Zdjęcie osób oglądających próbę amerykańskiej bomby atomowej w czasie Operacji Greenhouse w 1951 roku Rozmowa
Kontekst

☢️ Parasol nuklearny NATO: Polska od 1999 r. jest objęta odstraszaniem nuklearnym opartym głównie na arsenale USA oraz systemie nuclear sharing. Jego celem nie jest automatyczna odpowiedź atomowa, lecz zniechęcenie przeciwnika poprzez groźbę kosztownej i nieprzewidywalnej reakcji.

⚖️ Logika odstraszania: Broń jądrowa jest środkiem ostatecznym, a NATO zakłada stopniową eskalację – najpierw konwencjonalną. Kluczowe jest utrzymanie niepewności przeciwnika co do tego, gdzie leży próg reakcji.

🇵🇱 Polska bomba atomowa: Budowa własnej broni jądrowej byłaby bardzo trudna z powodu braku materiałów, zobowiązań traktatowych i zależności od USA. Taki krok mógłby też osłabić bezpieczeństwo Polski.

1
WTF

2

Michał Sutowski: Od dłuższego czasu mówi się w Polsce publicznie na temat odstraszania nuklearnego, podobnie w innych krajach Europy. Powodem jest nie tylko wojna tuż za naszą granicą, ale też chwiejność i niejasność intencji prezydenta USA w stosunku do Europy, całego NATO czy wschodniej flanki Sojuszu: Europejczycy zaczynają wątpić, czy amerykański parasol atomowy wciąż nas chroni. Ale zastanówmy się, czy chronił nas rzeczywiście, zanim jeszcze Trump doszedł do władzy?

Marcin Ogdowski: Jako członkowie NATO od 1999 roku jesteśmy objęci parasolem nuklearnym, który miał dwojaką postać. Po pierwsze – parasol amerykański, najważniejszy ze względu na potencjał USA. Dysponują one arsenałem strategicznym i taktycznym liczącym ponad pięć tysięcy głowic – z czego około jedna trzecia pozostaje w pełnej gotowości operacyjnej – oraz pełną triadą nuklearną, czyli zdolnością do użycia broni jądrowej z wyrzutni naziemnych, okrętów podwodnych i samolotów.

Po drugie, jesteśmy objęci tzw. nuclear sharing, czyli parasolem składającym się z amerykańskich taktycznych ładunków jądrowych rozmieszczonych w bazach lotniczych w Niemczech, Włoszech, Belgii, Holandii i Turcji. Państwa te posiadają własne samoloty zdolne do ich przenoszenia i przygotowane do użycia w razie wojny.

Warto też dodać, że własną broń jądrową, po około 300 głowic, mają Francuzi i Brytyjczycy.

To jest potencjał, ale co to nam gwarantuje? Że jak ktoś na nas zrzuci bombę atomową, to NATO mu odpowie?

Nie ma w NATO mechanizmu automatycznej odpowiedzi „atom za atom”. Odstraszanie polega na czym innym – na przekonaniu przeciwnika, że użycie przez niego broni jądrowej uruchomi reakcję, której koszt będzie dla niego nie do przyjęcia. Jaka to będzie reakcja, pozostawia się celowo niedopowiedziane.

Jeśli chodzi o podział na arsenał strategiczny i taktyczny, to ich rola jest różna. Broń strategiczna służy przede wszystkim odstraszaniu na najwyższym poziomie – jej użycie byłoby związane z zagrożeniem istnienia państwa albo integralności Sojuszu jako całości i mogłoby oznaczać uderzenia w najważniejsze ośrodki państwa przeciwnika, także w jego najważniejsze miasta.

Czytaj także Ogdowski: „Obrona cywilna leży, a Rosja wygrywa wojnę informacyjną” [rozmowa] Michał Sutowski

Z kolei broń taktyczna jest w doktrynach przewidziana jako element eskalacji na poziomie operacyjnym – potencjalnie do użycia na polu walki, przeciwko dużym zgrupowaniom wojsk czy kluczowym obiektom militarnym. Dziś jej rola polega raczej na sygnalizowaniu gotowości do dalszej eskalacji niż na prowadzeniu „wojny nuklearnej” w klasycznym sensie.

Ale o tym, jak poważne jest zagrożenie, nawet jeśli bezpośrednio nas dotyczy, nie decyduje, jak rozumiem, Polska, ani nawet NATO jako całość, tylko te kraje, które broń posiadają? Innymi słowy, Amerykanie?

Amerykanie – w przypadku ich arsenału. Francuzi – w przypadku francuskiego parasola. Jeśli idzie o Brytyjczyków – formalnie decyzja o użyciu brytyjskiej broni jądrowej należy do rządu w Londynie, choć warto pamiętać, że brytyjski system odstraszania opiera się na amerykańskich pociskach balistycznych Trident.

Z kolei mechanizm nuclear sharing opiera się na głowicach amerykańskich, więc w tym przypadku decyzyjność rzeczywiście pozostaje po stronie Waszyngtonu.

Ale Waszyngton, a nawet Paryż są dość daleko. Czy kiedyś, tzn. w czasie zimnej wojny, państwa sojusznicze USA w Europie miały pewność, że w razie czego Amerykanie tej broni użyliby w ich obronie?

Było to opisane w doktrynach wojennych NATO, w których określano warunki, w jakich należało brać pod uwagę użycie broni jądrowej. Przez całą zimną wojnę odbyło się mnóstwo manewrów, podczas których ćwiczono w oparciu o takie scenariusze. Oczywiście nigdy nie było potrzeby sprawdzania tego mechanizmu w praktyce, ale z odtajnionych planów operacyjnych wiemy, że próg reakcji na działania wojsk Układu Warszawskiego był bardzo nisko zawieszony. W wielu scenariuszach zakładano użycie broni jądrowej nawet w odpowiedzi na konwencjonalne przełamanie frontu. Broń jądrowa była wówczas traktowana jako realny element systemu obrony Europy Zachodniej.

Dziś te decyzje są obudowane bardziej restrykcyjnymi procedurami. Innymi słowy, staramy się oddalić moment, w którym taka broń mogłaby zostać użyta.

Czytaj także Scenariusze wojny rosyjsko-ukraińskiej. „Zachód przeżarł dywidendę pokoju” [rozmowa] Michał Sutowski

Czyli gdyby na przykład Sowieci postanowili zająć Berlin Zachodni, to byłby powód, żeby tej broni użyć?

Jak najbardziej. Kryzys kubański dobrze pokazuje, jak szybko liderzy mocarstw byli gotowi sięgnąć po atomowy guzik – i to nawet w sytuacji, gdy nie było bezpośredniego konfliktu zbrojnego w Europie.

Ale w 1962 roku Amerykanie bali się, że to im Sowieci z bliska rakiety na głowę zrzucą; czy wiemy, że na pewno byliby gotowi ryzykować eskalację nuklearną za Berlin?

Stuprocentowej pewności to mieć nie możemy, ale z odtajnionych dokumentów NATO i USA wynika jasno, że w planowaniu operacyjnym zakładano możliwość bardzo szybkiej eskalacji nuklearnej w przypadku dużej ofensywy wojsk Układu Warszawskiego. Obrona Europy Zachodniej – w tym Berlina – od początku była więc powiązana z możliwością użycia broni jądrowej.

Czy w momencie, kiedy wchodziliśmy do NATO w 1999 roku, zostaliśmy objęci tą samą doktryną, którą były objęte na przykład Republika Federalna Niemiec w czasach zimnowojennych? Czy zostaliśmy zabezpieczeni tak samo, jak Niemcy Zachodnie kiedyś?

Istnieje pogląd – często spotykany w polskiej publicystyce i zbieżny z rosyjską dezinformacją – że Polska była objęta gwarancjami niższego rzędu. Argumentem ma być niewielka obecność wojsk NATO na naszym terytorium. Faktycznie, do drugiej dekady XXI wieku obecność konwencjonalna – zwłaszcza amerykańska – była raczej symboliczna. Ale jeśli chodzi o gwarancje nuklearne, od początku byliśmy objęci nimi na takich samych zasadach jak reszta NATO.

Doktryna doktryną, ale o ile hipotetyczne zajęcie Berlina Zachodniego przez Sowietów to byłoby uderzenie w samo centrum NATO, w sojusznika dysponującego potężnym przemysłem, armią itd. – to czy atak na Suwałki to byłoby coś, co zagraża integralności, względnie żywotnym interesom Sojuszu? Warto byłoby – z perspektywy USA czy Francji – ryzykować Waszyngtonem czy Paryżem za te kilometry kwadratowe pod litewską czy rosyjską granicą?

To pytanie jest o tyle źle postawione, że sugeruje prosty scenariusz: Rosja atakuje fragment terytorium NATO, a odpowiedzią Zachodu miałoby być natychmiastowe użycie strategicznej broni jądrowej. Tymczasem broń nuklearna jest w systemie odstraszania środkiem ostatecznym, a reakcje na zagrożenie mają charakter stopniowy i muszą być adekwatne do sytuacji. Nie widzę powodu, dla którego próba zajęcia czy infiltracji przygranicznych terytoriów Rzeczypospolitej miałaby od razu prowadzić do wymiany atomowych ciosów.

Czyli zaryzykują?

Nie w tym rzecz. NATO dysponuje znaczącym potencjałem konwencjonalnym – dysponuje nim także sama Polska – który pozwala reagować na takie zagrożenia bez sięgania po broń jądrową. Pytanie o to, czy ktoś „zaryzykuje Paryż czy Nowy Jork dla Suwałk”, jest publicystycznym skrótem myślowym, który upraszcza cały mechanizm eskalacyjny.

Co to znaczy?

To znaczy, że zakłada się jeden skrajny scenariusz – wymianę strategicznych uderzeń nuklearnych – pomijając całą drabinę eskalacji. Tymczasem arsenał jądrowy jest zróżnicowany. Istnieją niewielkie ładunki taktyczne, których efekt zniszczeń niewiele różni się od eksplozji bardzo dużej bomby konwencjonalnej. Są też ładunki zdolne niszczyć całe metropolie, o mocy wielokrotnie większej niż bomby zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki. Pomiędzy nimi istnieje cały wachlarz wariantów pośrednich.

Ale eskalacja chyba na tym polega, że my im małą, oni nam większą, no to my też…

Ryzyko eskalacji oczywiście zawsze istnieje, ale ja mówię o czymś innym. Wiarygodność odstraszania NATO nie opiera się na założeniu, że Francuzi czy Amerykanie od razu narażą swoje stolice, żeby bronić jakiegoś fragmentu wschodniej flanki. Mechanizm odstraszania polega na tym, że przeciwnik nie jest w stanie przewidzieć, gdzie dokładnie znajduje się próg eskalacji i jakie konsekwencje może uruchomić jego działanie.

Czyli sama groźba nuklearna Rosji nie musi paraliżować Zachodu?

Nie musi, zwłaszcza że Rosja ma w tej grze znacznie więcej do stracenia niż cały Zachód.

W jakim sensie?

Rosja w wymiarze cywilizacyjnym to Moskwa, Petersburg i kilka dużych ośrodków miejskich. Ich zniszczenie oznaczałoby w praktyce katastrofę państwowości rosyjskiej. Tymczasem nawet bardzo poważne zniszczenia kilkudziesięciu metropolii Zachodu byłyby tragedią, ale nie oznaczałyby końca całego systemu cywilizacyjnego. Ta asymetria jest jednym z powodów, dla którego sięgnięcie po ostateczny środek pozostaje skrajnie mało prawdopodobne.

Odstraszanie nuklearne opiera się na założeniu, że przeciwnik ma do dyspozycji środki odpowiedniej mocy – i te NATO obiektywnie posiada. Druga rzecz to kwestia wiarygodności ich zastosowania, tzn. czy wierzymy, że ci drudzy zdecydują się zaryzykować eskalację. Czy wraz z rozpoczęciem drugiej kadencji Donalda Trumpa w USA wiarygodność tego amerykańskiego – i natowskiego – parasola jakoś istotnie spadła?

Widzimy dziś różne działania administracji Trumpa, które bywają interpretowane jako gesty prorosyjskie albo sygnały zbliżenia amerykańsko-rosyjskiego. Na tej podstawie pojawiają się wnioski, że gwarancje bezpieczeństwa ze strony Stanów Zjednoczonych – także te nuklearne – mogą być mniej wiarygodne niż wcześniej.

Z drugiej strony widać też coś przeciwnego: wbrew zapowiedziom z kampanii wyborczej ta administracja nie unika użycia siły. Niedawna operacja w Wenezueli i obecna przeciwko Iranowi pokazują, że Trump nie jest politykiem szczególnie powściągliwym w decyzjach militarnych.

Ale zrzucić bomby konwencjonalne na Teheran, który atomowych sam nie ma, jest mu chyba łatwiej niż wiarygodnie grozić Rosji.

Oczywiście to zupełnie inna skala ryzyka. Jeśli jednak mówimy o broni jądrowej, to pozostają nam głównie pewne symbole i pośrednie przesłanki wskazujące na gotowość jej użycia. Jedynym państwem, które faktycznie użyło broni jądrowej w warunkach bojowych, są Stany Zjednoczone. I to USA dysponują bezdyskusyjnie najefektywniejszym potencjałem technicznym w tym zakresie.

Na marginesie: także Francja, ze swoją stosunkowo ofensywną doktryną nuklearną, choć dysponuje znacznie mniejszym arsenałem, jest z perspektywy Rosji bardzo istotnym czynnikiem odstraszania, bo francuskie uderzenia na europejską część Federacji de facto zgruzowałyby ten obszar.

A wracając do USA: Marco Rubio w Monachium powiedział wprost, że Europa ma w większym stopniu brać odpowiedzialność za obronę konwencjonalną, natomiast Stany Zjednoczone pozostają gwarantem kluczowych elementów odstraszania – przede wszystkim wywiadu strategicznego i parasola nuklearnego. Oczywiście można podważać wiarygodność tych gwarancji i zastanawiać się, na ile są trwałe. Ale jak dotąd nikt w Waszyngtonie nie powiedział wprost, że Europa – czy Polska – miałaby zostać tej osłony pozbawiona.

A kiedy prezydent Nawrocki mówi, że pożądane byłoby uzyskanie przez Polskę własnych zdolności nuklearnych, ale z poszanowaniem prawa międzynarodowego, to co on właściwie ma na myśli?

Nie wiem, bo jako państwo niejądrowe, żeby uzyskać własne zdolności nuklearne, musielibyśmy złamać traktat o nierozprzestrzenianiu broni nuklearnej NPT, który podpisaliśmy w roku 1969. No dobra, moglibyśmy go wypowiedzieć, co zrobiliśmy niedawno z konwencją ottawską w sprawie min przeciwpiechotnych – ale w przypadku NPT jedynym państwem, które tego dokonało, jest Korea Północna.

Prezydent Macron w bazie francuskiej marynarki wojennej Ile Longue zapowiedział niedawno wspólne ćwiczenia odstraszania nuklearnego z krajami sojuszniczymi, w tym Polską, możliwość przelotów nad tymi krajami francuskich samolotów Rafale uzbrojonych w pociski z taktycznymi głowicami nuklearnymi, ewentualnie czasowe bazowanie tych samolotów na naszym terytorium – to wszystko w ramach „wysuniętego odstraszania”. O rozmowach z Francuzami na temat objęcia Polski ich parasolem nuklearnym mówił też Donald Tusk. Tyle że prezydent Francji bardzo wyraźnie podkreślał, że nic się nie zmienia w konstytucji ani w doktrynie francuskiej, jeśli chodzi o absolutną i wyłączną kontrolę prezydenta Francji nad użyciem tej broni. To jakie to ma dla nas znaczenie? Nawet jeśli samoloty będą tutaj, to guzik dalej trzymają oni…

Macron zapowiedział przede wszystkim rozbudowę francuskiego arsenału, choć nie powiedział, o ile głowic – a to już samo w sobie jest istotną zmianą, bo oznacza, że i tak silny gracz dalej wzmacnia swój potencjał nuklearnego odstraszania.

Z kolei gdybyśmy podpisali z Francuzami umowę dotyczącą ich „wysuniętego odstraszania nuklearnego”, musielibyśmy dostosować naszą infrastrukturę do bazowania francuskich samolotów. Bo nie jest tak, że wystarczy płyta lotniska i wzmocniony hangar. Środki bezpieczeństwa związane z obecnością takiego uzbrojenia wymagają znacznie bardziej rozbudowanej infrastruktury i zabezpieczenia logistycznego.

Ale co nam to daje?

W razie konfliktu można szybciej przerzucić broń i jej nośniki w rejon potencjalnego teatru działań, bo mówimy tu o ładunkach taktycznych. W odstraszaniu bardzo ważny jest czas reakcji – przeciwnik musi brać pod uwagę, że takie środki mogą pojawić się w rejonie konfliktu bardzo szybko.

Ale oczywiście to nie jest game changer, tzn. Polska nie zacznie decydować o użyciu broni jądrowej, a ostateczna ocena sytuacji będzie należała do dowództwa francuskiego i prezydenta Republiki Francuskiej. To jest gest o ograniczonym, ale istotnym znaczeniu wojskowym, za to o bardzo dużym znaczeniu politycznym i symbolicznym.

Francuzi w swej doktrynie zakładają, że broni jądrowej użyć można wtedy, gdy zagrożone jest terytorium lub „żywotne interesy” Francji. Tylko czy my będziemy w stanie zbudować taką wspólnotę interesów Polski i Francji, żeby na przykład poważne naruszenie polskiego terytorium stanowiło zagrożenie dla ich własnego „żywotnego interesu”?

Ależ stanowi – w tym sensie, że Polska jest buforem strategicznym dla Niemiec i dla Francji. Moment, w którym Polska upada i Rosjanie zajmują nasz kraj, byłby dla Francuzów bardzo niebezpieczny. I nie chodzi tylko o historyczne skojarzenia z czasów napoleońskich, kiedy wojska cara Aleksandra wkroczyły do Paryża.

Czytaj także Troost: Kto zapłaci za zbrojenia NATO, a kto na nich zarobi? Artur Troost

W zimnowojennej doktrynie Francji wkroczenie wojsk sowieckich na terytorium Republiki Federalnej mogło być uznane za sytuację uzasadniającą użycie broni jądrowej. Dziś to buforowe terytorium przesunęło się dalej na wschód, dając Francji większą głębię strategiczną. Z czysto wojskowej perspektywy Polska jest dla Francji tym, czym dla Polski jest wschodnia Ukraina. Tak jak dla nas kluczowe jest zatrzymanie Rosjan jak najdalej od własnych granic, tak dla Francji racjonalne jest utrzymanie konfliktu jak najdalej od Europy Zachodniej. Chodzi między innymi o zachowanie dystansu dla artylerii rakietowej średniego zasięgu i lotnictwa taktycznego, tak aby francuskie terytorium nie znalazło się w zasięgu takich systemów.

Tylko czy to nie znaczy, że Francja owszem, zrobi wszystko, by Rosjan zatrzymać – ale na Odrze? Nam to już niewiele pomaga…

Musi to zrobić wcześniej, bo inaczej ryzyko dla samej Francji dramatycznie rośnie. Im dalej na zachód przesuwa się linia frontu, tym większa presja na użycie najbardziej radykalnych środków – włącznie z bronią jądrową. Z punktu widzenia Paryża znacznie bezpieczniej jest zatrzymać Rosję jak najdalej na wschód, zanim konflikt zacznie bezpośrednio zagrażać Niemcom czy Francji.

Gdyby Rosjanie dotarli do Odry, oznaczałoby to już zasadniczą zmianę układu sił w Europie i w praktyce strategiczne przełamanie w systemie obronnym NATO. Dlatego dla Francji racjonalne jest odstraszanie Rosji na wschodniej flance Sojuszu, a nie dopuszczenie do sytuacji, w której konflikt przesuwa się w głąb kontynentu.

Wróćmy jeszcze do wypowiedzi Nawrockiego, ale też rozważań polskich tzw. geopolityków: czy Polska jest w stanie uzyskać własny arsenał nuklearny? Taki, o którego użyciu decydowałoby kierownictwo polskiego państwa, a nie sojusznicy? Czy to byłoby w ogóle wykonalne?

Przez lata III Rzeczypospolitej podstawowy próg niewykonalności sprowadzał się do słabości finansowej – po prostu nie byłoby nas na to stać. Dziś sytuacja wygląda inaczej: państwo polskie dysponuje znacznie większymi zasobami finansowymi. Od strony intelektualnej również mamy odpowiednie kadry, które byłyby w stanie taką broń opracować – to wbrew pozorom wymaga mniejszego zaplecza kadrowego niż choćby nadzór nad cywilną energetyką jądrową.

Problem polega na tym, że nie mamy dostępu do materiału rozszczepialnego. Nie da się go uzyskać w Polsce w skali, która umożliwiłaby budowę bomby jądrowej, a pozyskanie go z zewnątrz oznaczałoby wejście w konflikt z polityką Stanów Zjednoczonych, którym bardzo nie odpowiada, aby kolejne państwa w Europie zdobywały samodzielne zdolności nuklearne.

Czyli to kwestia zgody politycznej USA?

Nie tylko. Bo z czysto wojskowego punktu widzenia nasz ewentualny arsenał – gdybyśmy nawet taką broń opracowali – byłby bardzo ograniczony. Nie mamy odpowiednich nośników zdolnych do przenoszenia głowic nuklearnych na duże odległości. Teoretycznie można by skonstruować ładunek w formie pocisku artyleryjskiego czy bomby lotniczej, ale są to środki o bardzo ograniczonym zasięgu oddziaływania.

Ich zdolność odstraszania byłaby niewielka, bo żeby realnie zniechęcić Rosję do agresji, trzeba być w stanie zagrozić jej najważniejszym ośrodkom – a nie tylko zgrupowaniom wojsk na froncie. Mówię o dużych miastach i centrach państwa położonych głęboko na terytorium Federacji. Tymczasem Polska nie dysponuje dziś nośnikami pozwalającymi razić takie cele.

Pewne perspektywy w tym zakresie się pojawiają – choćby w kontekście współpracy z Koreą Południową – ale to na razie scenariusz bardziej długoterminowy niż coś, co mogłoby powstać w najbliższych latach.

Ale między jedną brygadą gdzieś na froncie a Petersburgiem czy Moskwą jest jeszcze np. Królewiec, po rosyjsku Kaliningrad, z bazą marynarki wojennej. Czy to jest miejsce, którego strata jest dla Rosjan nieakceptowalna? W sensie: takie, którego nie byliby gotowi poświęcić?

Tu dotykamy dwóch kwestii. Pierwsza to „czerwona linia” związana z integralnością terytorium Federacji Rosyjskiej, której naruszenie – według rosyjskiej doktryny – mogłoby skutkować użyciem broni jądrowej. Ukraińcy w pewnym sensie powiedzieli: „sprawdzam”, wchodząc na terytorium obwodu kurskiego i utrzymując się tam przez wiele miesięcy. Gdyby rosyjskie deklaracje traktować dosłownie, należałoby się spodziewać reakcji nuklearnej – a jednak do niej nie doszło.

Królewiec to oczywiście trochę inna historia, bo mówimy o ważnym ośrodku wojskowym i prestiżowo byłaby to dla Rosji większa strata. Mimo to nie sądzę, by była to strata absolutnie nieakceptowalna. Tym bardziej że wcale nie musielibyśmy uderzać tam bronią jądrową. Polska ma wszelkie możliwości, by w razie potrzeby neutralizować obwód królewiecki przy użyciu środków konwencjonalnych. W takiej sytuacji użycie broni nuklearnej byłoby po prostu nieadekwatne.

Czytaj także Po 2022 roku naukowcy wykrywający detonacje jądrowe pracują na podwójnych obrotach Sarah Scoles

Tak czy inaczej, jeśli chcielibyśmy budować własny potencjał odstraszania nuklearnego wobec Rosji, musielibyśmy być w stanie zagrozić jej najważniejszym ośrodkom państwowym i gospodarczym – czyli temu, co można nazwać zapleczem cywilizacyjnym kraju – a nie tylko jednostkom na froncie czy pojedynczym bazom wojskowym. Rosyjski próg bólu jest zawieszony stosunkowo wysoko.

A co z argumentem podnoszonym np. przez Alberta Świdzińskiego, autora Naszej bomby – że przygotowywanie własnego arsenału nuklearnego może służyć nie tyle jego uzyskaniu naprawdę, tylko temu, żeby większe mocarstwa sojusznicze jakoś poważniej traktowały swoje gwarancje wobec nas?

Wszystkim państwom już posiadającym broń jądrową zależy na utrzymaniu obecnego układu sił i ograniczaniu liczby nowych graczy. Jeśli więc ceną za powstrzymanie kolejnego państwa przed wejściem do klubu nuklearnego miałoby być wzmocnienie gwarancji bezpieczeństwa, to teoretycznie mogą być gotowe taką cenę zapłacić.

Historycznie zdarzały się takie sytuacje. Najczęściej przywoływanym przykładem jest Szwecja, która w latach 60. prowadziła zaawansowany program jądrowy, a ostatecznie z niego zrezygnowała, otrzymując w zamian nieformalne gwarancje odstraszania nuklearnego ze strony Stanów Zjednoczonych.

W przypadku Polski sprawa jest jednak bardziej złożona, bo my już znajdujemy się w systemie gwarancji NATO. Ewentualna „gra” o własny program nuklearny musiałaby więc polegać raczej na doprecyzowaniu tych gwarancji – na przykład poprzez jasne wskazanie sytuacji czy scenariuszy, które byłyby uznane za zagrożenie wymagające zdecydowanej reakcji sojuszniczej.

Rozumiem, że wtedy ta nasza groźba – że jak nie dacie nam silnych gwarancji, niemal automatycznych, to zbudujemy własny arsenał – musiałaby być chyba wiarygodna? Musielibyśmy zdobyć wzbogacony uran nie wiadomo skąd, złamać lub wypowiedzieć traktaty, kupić rakiety dalekiego zasięgu…

Przede wszystkim byłoby to działanie wbrew Stanom Zjednoczonym, co w naszej obecnej sytuacji strategicznej byłoby igraniem z ogniem. Amerykanie już raz postawili nas w podobnej sytuacji na początku lat 90., kiedy pojawiały się pomysły, by spróbować pozyskać broń jądrową na wschodzie – w ogarniętej chaosem Rosji czy w Ukrainie.

Waszyngton postawił wtedy sprawę bardzo jasno: jeśli Polska pójdzie tą drogą, nie będzie mowy o wejściu do NATO ani o integracji z zachodnim systemem bezpieczeństwa. Coś za coś. I dziś prawdopodobnie usłyszelibyśmy bardzo podobny argument – jeśli chcecie rozwijać własną broń jądrową, trudno będzie mówić o pozostaniu w strukturach NATO.

Ale czy te próby zdobycia broni jądrowej wyszły kiedykolwiek poza poziom fantazji polityków, na przykład Lecha Wałęsy?

Wywiad wojskowy rzeczywiście pracował nad jej pozyskaniem, w którymś momencie kupiono nawet trochę materiału rozszczepialnego. Ta operacja była jednak na bardzo wstępnym etapie, a gdy tylko Amerykanie się zorientowali, w co Polacy grają, to storpedowali ten pomysł. Dopiero później był on publicystycznie rozmontowywany, w tym sensie, że próbowano przedstawić to jako jakąś anegdotę, historię raczej humorystyczną. Ale przez wojskowych to było pomyślane jako alternatywa dla podtrzymania dramatycznie spadających możliwości obronnych Polski – oczywiście zupełnie nieudana.

Zapytam o jeszcze jeden scenariusz: w Polsce dochodzą do władzy siły polityczne, które dojdą do wniosku, że jak mają nas wywalić z NATO za prace nad własną bombą… to niech wywalą. Albo sami wyjdziemy. Bo artykuł 5. jest na papierze, a bomba byłaby realna. Czy wyobrażasz sobie, że sami uzyskujemy taką moc arsenału jądrowego, żeby Rosjanie się jej przestraszyli?

Tutaj dotykamy istoty rzeczy: wyjście ze struktur zachodnich przenosi nas do szarej strefy bezpieczeństwa. Czym ona jest, to wiemy na przykładzie Ukrainy, czyli kraju bez gwarancji bezpieczeństwa, który musi się mierzyć z Rosją. Zarazem sygnały ze strony polskiej czy choćby symptomy pozyskania broni jądrowej dostrzeżone przez rosyjskie służby, w warunkach opuszczenia zachodnich struktur, mogłyby sprowokować Rosjan do uderzenia. Na zasadzie otwarcia strategicznego okienka: Polska już nie jest w zachodnich strukturach, a za chwilę może być trudna do ruszenia, bo będzie miała głowice jądrowe, a zatem działajmy teraz.

A żeby była „trudna do ruszenia”, to ile potrzeba czasu?

No właśnie! Żeby pozyskać arsenał, który miałby realną moc odstraszającą, trzeba wielu lat. Trudno mi sobie wyobrazić sytuację, w której nagle otrzymujemy tak dużą ilość materiału rozszczepialnego, żeby zbudować np. 300 głowic, to jest science fiction po prostu. Z kolei posiadanie kilku głowic nie byłoby dla Rosjan straszakiem, za to jednoczesne opuszczenie zachodnich struktur bezpieczeństwa – czyli warunek wstępny ich uzyskania – byłoby dla nich zachętą do agresji.

A jak się do naszej sytuacji mają analogie historyczne do takich krajów jak Izrael, Pakistan czy Korea Północna? One wszystkie uzyskały własny potencjał nuklearny z niejawną pomocą lub przyzwoleniem jakiegoś mocarstwa…

Nie bardzo wyobrażam sobie sytuację, w której Amerykanom by zależało na „ubombowieniu” Polski, a więc na przekazaniu jej tych głowic czy choćby przyzwoleniu na to. Przykład izraelski nie przystaje zupełnie do sytuacji Polski, bo też Izrael jest otoczony przez państwa arabskie, z których niemal wszystkie – przynajmniej w czasach, kiedy Tel Awiw pozyskiwał broń jądrową, a więc w latach 60. – chciały go zepchnąć do morza. Inaczej mówiąc, poziom zagrożenia egzystencjalnego był zupełnie inny niż w przypadku Polski. Do tego pamiętajmy, że Stany Zjednoczone nie traktują Rosji w taki sposób jak Polska: dla nich to jest upadające, schyłkowe mocarstwo, które w amerykańskich kalkulacjach militarnych nie jest przeciwnikiem, którego należałoby się szczególnie obawiać.

A taka np. Korea Północna nie pytała Amerykanów o pozwolenie. I Chińczyków chyba też…

Przykład północnokoreański też nie pasuje do Polski, choćby dlatego, że Koreańczykom do uzyskania odpowiedniego poziomu odstraszania wystarczy broń taktyczna. A to z tego prostego powodu, że od stanowisk ich artylerii do Seulu jest ledwie 40 kilometrów. Serce wrogiego kraju można zbombardować i spowodować koszmarne zniszczenia przy pomocy głowic taktycznych zapakowanych nawet do armaty. U nas to nie zadziała, bo ani pocisk artyleryjski, ani bomba lotnicza zrzucana grawitacyjnie nie doleci do Moskwy czy Petersburga.

Czy powinniśmy dążyć do zastąpienia parasola amerykańskiego francuskim?

Przede wszystkim sądzę, że w interesie Stanów Zjednoczonych leży utrzymanie strefy wpływów w Europie, a parasol nuklearny jest jednym z najważniejszych narzędzi tej polityki. Dlatego Amerykanie będą go dalej zapewniać, bo z ich perspektywy jest to stosunkowo niewielki koszt, a jednocześnie bardzo skuteczny instrument wpływu.

Możliwe, że będą w Europie redukować część sił konwencjonalnych, ale arsenału jądrowego i gwarancji nuklearnych raczej nie wycofają – niezależnie od tego, co będą dalej robić Francuzi czy Brytyjczycy. To jest ich strategiczny lewar wobec Europy.

Dlatego w praktyce nie chodzi o zastępowanie jednego parasola drugim, tylko raczej o jego uzupełnienie. Waszyngton nie ma żadnego interesu w tym, by swoje zdolności odstraszania nuklearnego przekazywać komuś innemu – a tym bardziej delegować je całkowicie na zewnątrz czy oddawać nowemu państwu.

**

Marcin Ogdowski – pisarz, były korespondent wojenny, dziennikarz, z wykształcenia socjolog, ekspert ds. wojskowych, związany z „Polską Zbrojną”. Autor wielu książek, m.in. kilku powieści political/war fiction, a także reportaży: zAfganistanu.pl. Alfabet polskiej misji (2011) czy kompendium Zabić Ukrainę. Alfabet rosyjskiej agresji (2024).

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
19610731wg
2026-03-10 15:06

Moment, w którym Polska upada i Rosjanie zajmują nasz kraj, byłby dla Francuzów bardzo niebezpieczny”

Proponuję poczytać o początku II wojny światowej i wyciągnąć wnioski.