Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Netanjahu najgorszym prezydentem USA? Atak na Iran a granice amerykańskiej suwerenności

Amerykańsko-izraelski atak na Iran Waszyngton tłumaczy jako „uderzenie wyprzedzające”, choć dane wywiadowcze wskazują, że Teheran nie planował zaatakować pierwszy. Skąd więc ta wojna?

ObserwujObserwujesz
1
Celnie!

5

Zapytany o motywy stojące za amerykańsko-izraelskim atakiem na Iran Marco Rubio wyjaśnił w poniedziałek, że był to „atak wyprzedzający”. Czy to znaczy, że Iran przymierzał się do zaatakowania Stanów Zjednoczonych? Tak wynikałoby z definicji terminu, który przywołał Sekretarz Obrony. Na to pytanie Rubio udzielił jednak innej, rozbrajająco szczerej odpowiedzi: to Izrael zamierzał pierwszy zaatakować Iran, a wówczas Iran zemściłby się również na USA. Amerykańskie wojsko „uprzedziło” więc atak, który Izrael – rzekomo najwierniejszy sojusznik Waszyngtonu – i tak by sprowokował, atakując pierwszy.

Dzień później Donald Trump na spotkaniu z kanclerzem Niemiec Friedrichem Merzem w Białym Domu przekonywał z kolei, że Iran był gotowy do ataku na Stany Zjednoczone i to on sam, jeśli już, naciskał na Izrael, by ten wykonał pierwszy ruch – tak jakby tamtejsi politycy, z Benjaminem Netanjahu na czele, nie dzielili się tym marzeniem od dekad, powtarzając, że „Iran jest o krok od zdobycia broni atomowej”, a w międzyczasie zaspokajając apetyt „wyprzedzającymi” atakami na inne państwa regionu.

Czytaj także Atak Izraela na Iran przerywa negocjacje. Czy śmierć Chameneiego zmieni Bliski Wschód? Karolina Cieślik-Jakubiak

Trumpowi z pewnością nie podobają się liczne memy i tweety ukazujące go jako marionetkę w rękach Netanjahu czy sugestia, że wykonuje rozkazy AIPAC-u i reszty proizraelskiego lobby. Uderza to w same fundamenty tego, jak chce być postrzegany, szczególnie przez liderów innych imperialnych potęg. Co by pomyślał taki Putin czy Xi? Żaden z nich nie pozwoliłby sobie przecież, by jakieś małe odległe państewko dyktowało mu reguły geopolitycznej gry. Trump pragnie być wszechpotężny. Nie boli go oskarżenie o zbrodnie wojenne – bo jak inaczej nazwać zbombardowanie szkoły podstawowej w Iranie, szpitala i innych budynków pełnych cywili? Ale już podległość wobec mężczyzn piastujących choćby i wysokie urzędy w krajach mniej od USA potężnych to coś, z czym za nic nie chce być kojarzony.

Woli przyznać, że sam miał wielką ochotę owych zbrodni dokonać i niczego nie żałuje. Z lekkością zapowiada, że ofiar po stronie amerykańskiej będzie więcej (na razie zginęło kilku żołnierzy, Pentagon mówi o sześciu), a wojna potrwa tyle, ile on – „najbardziej miłujący pokój prezydent w historii USA” – będzie chciał. Choć zmiana narracji Waszyngtonu jest uderzająca, to „wyprzedzające” bombardowania Bliskiego Wschodu pod presją ze strony izraelskiej mają w Stanach Zjednoczonych długą tradycję, a przygotowywanie gruntu pod atak na Iran nie zaczęło się za prezydentury Trumpa.

Amerykańskie przygotowania do ataku na Iran

Już w 2002 roku prezydent George W. Bush w orędziu o stanie państwa zaliczył Iran do „osi zła”, obok Iraku i Korei Północnej. Po zamachu na World Trade Center niemający z nim nic wspólnego (a początkowo nawet współpracujący z Amerykanami przeciwko talibom w Afganistanie) Iran został oficjalnie uznany za jedno z głównych zagrożeń dla bezpieczeństwa USA. Był to pretekst, ale nie jedyna przyczyna. Inne to obawy związane z programem nuklearnym, wsparcie dla Hezbollahu i Hamasu oraz skrajnie wroga retoryka (słynne „Death to America! Death to Israel!”). Jednocześnie dane wywiadowcze i analizy eksperckie podkreślały, że nie ma dowodów, by Persowie planowali atak na terytorium Stanów Zjednoczonych.

W tamtym okresie w administracji Busha toczyły się dyskusje o możliwych scenariuszach interwencji militarnych w Iranie, co potwierdzały m.in. relacje byłych urzędników Pentagonu. Jednak część dowódców wojskowych i analityków ostrzegała przed destabilizacją regionu i zbyt wysokimi kosztami, zwłaszcza wobec zaangażowania w Iraku i Afganistanie.

W czasie prezydentury Baracka Obamy obrano kurs na dyplomację, jednocześnie utrzymując presję militarną. Sekretarz stanu Hillary Clinton wielokrotnie powtarzała w kontekście irańskiego programu nuklearnego, że „all options are on the table”, co w języku amerykańskiej polityki oznacza również możliwość użycia siły. Ostatecznie w 2015 roku zawarto porozumienie nuklearne – Joint Comprehensive Plan of Action (JCPOA) – pomiędzy Iranem a USA, Wielką Brytanią, Francją, Rosją, Chinami, Niemcami i UE. Iran zgodził się na istotne ograniczenia programu wzbogacania uranu i rozszerzone kontrole międzynarodowe w zamian za zniesienie części sankcji.

W 2018 roku Donald Trump jednostronnie wycofał USA z JCPOA i przywrócił sankcje w ramach polityki „maksymalnej presji”. Decyzja ta spotkała się z krytyką europejskich sygnatariuszy porozumienia. W kolejnych latach napięcie rosło – przełomem było zabójstwo generała Qasema Soleimaniego (drugiej po Najwyższym Przywódcy osoby w państwie) w styczniu 2020 roku, co stanowiło bezprecedensowo bezpośrednie uderzenie USA w wysokiego rangą przedstawiciela irańskich struktur państwowych i doprowadziło do odwetu rakietowego na amerykańskie bazy w Iraku.

W pierwszych latach po wejściu JCPOA w życie Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) raportowała, że Iran stosuje się do swoich zobowiązań dotyczących poziomów wzbogacania uranu, redukcji wirówek i dostępu inspektorów do obiektów, pozwalając społeczności międzynarodowej śledzić status programu.

Czytaj także Czy można jednocześnie iść i żuć gumę? Propalestyński głos w sprawie Iranu Patrycja Wieczorkiewicz

Sytuacja zmieniła się, gdy Trump zdecydował o porzuceniu JCPOA. W odpowiedzi Teheran zaczął stopniowo odchodzić od niektórych zobowiązań, chociaż formalnie nigdy nie ogłosił zerwania porozumienia. Proces ten obejmował m.in. zwiększenie poziomu wzbogacania uranu powyżej limitu 3,67 proc. i wznowienie działań w zakładzie w Fordo, który wcześniej miał być z tego procesu wyłączony, czy zwiększenie liczby wirówek. Ograniczono też współpracę z MAEA, jednak agencja do końca wskazywała, że choć Iran „przekroczył limity określone w JCPOA”, to inspektorzy nadal mają dostęp do większości instalacji i mogą śledzić rozwój sytuacji.

1 marca 2026 roku przedstawiciele Pentagonu przez ok. 90 minut referowali Senatowi i Izbie Reprezentantów przebieg działań zbrojnych przeciw Iranowi. Jak poinformował Reuters, z przekazywanych informacji wynikało, że choć Iran i jego sojusznicy stanowią bezpośrednie zagrożenie dla interesów USA na Bliskim Wschodzie, to z danych wywiadowczych nie wynikało, że zamierzał zaatakować amerykańskie wojska jako pierwszy.

Stanami Zjednoczonymi nie rządzą Żydzi. Syjoniści – owszem

Teza, jakoby Izrael wraz ze swoim lobby w USA sprawował niemal nieograniczoną kontrolę nad polityką zagraniczną Waszyngtonu, jest mocno na wyrost i pomija, że działania amerykańskich polityków i polityczek są w pierwszej kolejności zgodne z interesem kapitału i służą przede wszystkim im samym. „Kongres jest okupowany przez syjonistów” – słychać zarówno z prawej, jak i lewej strony, przy czym z prawej „syjonistów” często zastępują „Żydzi”. Choć trudno kłócić się z tezą, jakoby Stanami Zjednoczonymi rządzili syjoniści – od dekad nic nie łączy republikanów i demokratów tak, jak oddanie sprawie izraelskiej, jaka by ona nie była – to w przytłaczającej większości nie są oni Żydami (ani żydami), tylko chrześcijanami w niepokojącym odsetku wierzącymi w rychłe ponowne nadejście Chrystusa i pragnącymi przyspieszyć „koniec świata”. Z ich perspektywy atak na Iran sprzyja wypełnieniu „Bożego planu”.

Amerykańscy ewangelicy są zarazem chrześcijańskimi syjonistami. Wierzą, że Żydzi to naród „wybrany przez Boga”, zaś Izrael – centralny punkt na mapie świata. Odwołują się do fragmentów Starego Testamentu, w których Bóg obiecuje Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi, że ich potomstwo odziedziczy ziemię Kanaan (teren dzisiejszego Izraela, Strefy Gazy i Zachodniego Brzegu, południowego Libanu oraz części Syrii). Jeden z najczęściej cytowanych w tym kontekście wersetów brzmi: „Błogosławić będę tym, którzy ci błogosławić będą, a złorzeczyć tym, którzy ci złorzeczyć będą” (Księga Rodzaju 12:3) – i odczytywany jest jako zobowiązanie do bezwarunkowego wspierania Izraela.

Powrót Żydów na tereny biblijnego Izraela jest postrzegany jako znak spełnienia proroctw biblijnych – należy więc ochraniać go za wszelką cenę, by mogło dojść do powrotu Chrystusa. Warto przy tym zaznaczyć, że ewangeliccy syjoniści łączą proizraelskosć z antysemityzmem (kierując się starą, dobrą definicją, według której antysemityzmem są uprzedzenia wobec Żydów, a nie krytyka zbrodniczych działań państwa, które twierdzi, że ich reprezentuje). Wyznają teorię, że po nadejściu Zbawiciela zagubieni w fałszywej religii Żydzi nawrócą się na chrześcijaństwo. Wynika to z fundamentalizmu religijnego, a nie jakiejś szczególnej miłości do narodu żydowskiego. To środowisko związane ze skrajną prawicą, które najchętniej widziałoby wszystkich Żydów w Izraelu i nie ma nic przeciwko antysemickiej agresji poza jego granicami, bo ta tylko przyspieszy ich powrót „do siebie”.

Chrześcijańscy syjoniści wspierają Izrael politycznie i finansowo (poprzez darowizny, organizacje charytatywne i naciski na polityków w Waszyngtonie). Wielu polityków amerykańskich korzysta z poparcia ewangelików w kampaniach wyborczych, co wzmacnia presję polityczną na proizraelskie decyzje Kongresu i administracji USA.

W obliczu powyższych faktów nie powinno nas dziwić, że wielu amerykańskich żołnierzy służących w „operacji wojskowej” przeciwko Iranowi składa formalne skargi, twierdząc, że dowódcy przedstawili im tę wojnę nie jako strategię militarną, lecz jako realizację biblijnej przepowiedni o Armagedonie. Według zgłoszeń do organizacji Military Religious Freedom Foundation (MRFF) oficjalne odprawy przygotowawcze do działań na froncie miały być okraszane cytatami z Księgi Objawienia i interpretacjami, zgodnie z którymi konflikt z Iranem jest zapowiedzią powrotu Jezusa Chrystusa. W jednej z takich relacji podkreślono, że dowódca sugerował żołnierzom, iż prezydent Donald Trump został namaszczony przez Boga do „zapalenia iskry” w Iranie, która ma doprowadzić do ostatecznego proroczego starcia.

Czytaj także Wojna w Iranie i „imperialna prezydentura” Trumpa Jakub Majmurek

MRFF, organizacja zajmująca się obroną wolności religijnej w siłach zbrojnych, otrzymała ponad 200 skarg z różnych jednostek, w których żołnierze podkreślali, że wplatanie proroczych wizji w briefingi operacyjne przekracza granice konstytucyjnej neutralności państwa w kwestiach wiary i może negatywnie wpływać na morale i dyscyplinę w armii. Równocześnie izraelscy przywódcy odwoływali się do religijnych narracji w swoich przemówieniach, przywołując starotestamentowe obrazy wrogów Izraela jako analogie dla współczesnego konfliktu z Iranem.

Wojna w Iranie a akta Epsteina

Choć popularny ostatnio mem głoszący, że jak dotąd Benjamin Netanjahu jest najgorszym prezydentem w historii USA, można uznać za dość trafioną satyrę, to prawda jest taka, że administracja Donalda Trumpa posiadała wszelkie polityczne narzędzia, by nie dopuścić do kolejnej forsowanej przez Izrael wojny na Bliskim Wschodzie. Stany Zjednoczone są głównym zagranicznym sponsorem Jerozolimy, a także dostarczycielem broni – wystarczyłoby w wiarygodny sposób zagrozić odcięciem wszelkiego wsparcia, a Izrael musiałby zatańczyć tak, jak Waszyngton zagra. Dlaczego więc wydaje nam się, że jest odwrotnie?

Tu pojawiają się dwie kwestie: z jednej strony interesów USA na Bliskim Wschodzie, którym Iran bez wątpienia zagraża, z drugiej – prawdopodobnych szantaży stosowanych przez izraelskie służby wobec amerykańskich polityków, z Donaldem Trumpem na czele. Choć od ostatniej publikacji akt Epsteina zachodnie media korporacyjne w panice próbują nas przekonać, że słynny pedofil pracował dla rosyjskiego wywiadu, to na poparcie swojej teorii mają jedynie poszlaki i budzą raczej śmiech opinii publicznej – bezsprzeczne są za to jego powiązania z Izraelem. To temat na osobny artykuł (zainteresowanych odsyłam do tekstu amerykańskiego „Jacobina”) – ale dość powiedzieć, że Jeffrey Epstein był nie tylko gorliwym syjonistą, który wspierał finansowo m.in. rozbudowę osiedli na Zachodnim Brzegu oraz izraelską armię, ale też żydowskim suprematystą przekonanym o swej przynależności do „narodu wybranego” oraz genetycznej przewadze, jednym z jego najlepszych przyjaciół i stałych bywalców „wyspy pedofili” był były izraelski premier Ehud Barak, wcześniej szef wywiadu IDF, zaś w jednym z opublikowanych maili Epstein wprost stwierdził, że „pracuje dla Rothchildów” (rodzina ta prowadzi jedną z głównych działalności filantropijnych w Izraelu i miała nieoceniony wkład w jego powstanie w 1948 roku).

Czytaj także Irańczycy reżimu ajatollahów nie kochają, ale nikt im nie będzie narzucać innego Karolina Cieślik-Jakubiak

„Stany Zjednoczone mordują dzieci w Iranie, by nie wyszło na jaw, że Donald Trump gwałcił dzieci na wyspie Epsteina” – na taki przekaz można dziś trafić w różnych zakątkach internetu. Warto podchodzić do tego wyjaśnienia ze sceptycyzmem – USA niejednokrotnie dowiodły, że nie potrzebują żadnych szantaży, by pogwałcić prawo międzynarodowe i zmasakrować cywili na Bliskim Wschodzie. Joe Biden do końca wspierał Izrael bezwarunkowo, także w mordowaniu palestyńskich dzieci i równaniu Gazy z ziemią, choć w aktach Epsteina jego nazwisko nie pada – za to wielokrotnie określał się on jako syjonista. Przy czym bombardowanie innych państw nie od wczoraj stanowi strategię władz w Waszyngtonie, gdy trzeba odwrócić uwagę od jakichś wewnętrznych „brudów”. Kiedy za prezydentury Billa Clintona republikanie szykowali mu impeachment w związku z aferą wokół romansu z Moniką Lewinsky, ten zlecił atak na fabrykę leków w Chartumie – jedną z największych w Sudanie – twierdząc, że jest ona powiązana z Osamą bin Ladenem i chemikaliami do produkcji broni chemicznej (niedługo po ataku amerykańscy urzędnicy przyznali, że nie było na to żadnych dowodów).

Kiedy Donald Trump został prezydentem po raz drugi, władze Izraela poczuły, że „teraz albo nigdy”. Wojsko mu nie odmówi – tak jak mogło odmówić np. Bushowi – bo wraz z reelekcją musiało zaakceptować nowe, dyktatorskie standardy Waszyngtonu. Zaś samemu Trumpowi nie brakuje inicjatywy w łamaniu prawa międzynarodowego i praw człowieka – nie trzeba było mydlić mu oczu przekonywaniem o potrzebie zaprowadzenia w Iranie demokracji czy wyzwolenia tamtejszych kobiet (to przekaz dla coraz bardziej sceptycznej wobec izraelskich działań i motywacji opinii publicznej). Wystarczyło pokazać, że mu się to opłaci. W jaki sposób? To pytanie na razie pozostaje otwarte.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
dg30
2026-03-05 09:39

Artykuł jest cenny i opinie w nim wyrażone są słuszne. Wrażenie psują jednak braki w wykształceniu Autorki. Tym razem okazuje się, że nie przeczytała ona Biblii. Przywoływana „Księga Objawienia” (Book of Revelation) nazywa się po polsku Apokalipsa Świętego Jana. Są pewne ustalone zwyczaje dotyczące powoływania Biblii i cytatów z niej w tekstach polskich. Stosowanie ich służy dobrej komunikacji.