Przez wiele lat, wbrew wielu wyborczym narzekaniom, polska scena polityczna należała do jednej z najbardziej stabilnych w Europie. Rządziły na przemian nie tylko dwa główne obozy polityczne wraz z przystawkami, ale przede wszystkim obozy bardzo do siebie podobne — zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zewnętrznej.
W przypadku stosunków wewnętrznych mieliśmy więc kapitalizm z lekką korektą socjalną, wymyśloną przez Kaczyńskiego w formie transferów bezpośrednich i z czasem zaakceptowaną przez Tuska. Wszystko w ramach ideowej dominacji interesów wiecznie narzekających przedsiębiorców.
W polityce zagranicznej istniał z kolei pewien ponadpartyjny konsensus: wejście do NATO, proamerykańskość i proizraelskość, antyrosyjskość i proukraińskość oraz budowanie pozycji w UE, głównie poprzez podczepianie się pod dominację Niemiec. Polska polityka z jednej strony była więc stabilna, a z drugiej ideowo jednorodna. Tyle że w 2026 roku to się skończyło.
Polityczne pocałunki i nowe rozdanie
Prawdę mówiąc, pierwsze wyłomy pojawiły się już wcześniej – w postaci Konfederacji. Ta bowiem z czasem przeszła na pozycje antyukraińskie (młody Bosak chwalił ukraińskich nacjonalistów) i antyunijne. Wciąż jednak, zwłaszcza ostatnio, próbuje rozpychać się jedynie w ramach istniejącego konsensu, głównie dlatego, że chce być partią mainstreamową.
Pojawienie się partii Brauna wywraca cały ten konsens do góry nogami. Oto mamy partię, która chce wyjścia z UE, jest jawnie prorosyjska i histerycznie wręcz antyukraińska. I nawet nie antyizraelska, lecz antysemicka. Dodatkowo skrajnie wolnorynkowa. Realizacja tych postulatów nie tylko skazałaby Polskę na krach gospodarczy, ale przede wszystkim zdemolowałaby poparcie dla jej koalicjantów.
Rząd, który obcina 500+ i jednocześnie chce wyjścia z UE lub doprowadza do zamrożenia wszystkich unijnych funduszy to rząd katastrofy ekonomicznej, a więc także politycznej. Co z tego, że partii Brauna wzrosłoby poparcie po realizacji części jego postulatów, skoro przy załamaniu politycznym opozycja dostałaby gigantyczne poparcie? Polacy mogą pyskować na Facebooku, ale wszelkie realne pogorszenie stanu ich portfela potraktują tak, jak potraktowali rząd Kaczyńskiego podczas inflacji – po prostu zagłosują na jego przeciwnika.
Kaczyński, a nawet Mentzen z Bosakiem, prawdopodobnie zdają sobie z tego sprawę. Zdaje sobie z tego sprawę także lewica oraz oczywiście Tusk. Braun jest więc pewnym gamechangerem, czy – jak kto woli – granatem wrzuconym w obecne sojusze polityczne. Sojusze, które właśnie przez jego obecność mogą się zacząć zmieniać. Jeśli bowiem sojusz z Braunem to dla każdej partii pocałunek śmierci w kolejnych wyborach, trzeba szukać politycznych pocałunków z kim innym. I tu właśnie zaczyna się cała zabawa.
Kosiniak języczkiem u wagi. Będzie premierem?
Weźmy obie partie lewicowe. Dla partii Razem sojusz z Nową Lewicą jest na ten moment nie do zaakceptowania, bo Nowa Lewica Czarzastego w zamian za socjalną drobnicę i fotel marszałka żyruje katastrofalny budżet NFZ i głodzenie nauki. W tak prawicowym społeczeństwie nawet ta drobnica, nie mówiąc o fotelu marszałka i innych posadach, jest dla Nowej Lewicy grą wartą świeczki. Nowy sojusz jest więc na ten moment niemożliwy.
Jednak przy niskich notowaniach partii (wedle OGB obie nie wchodzą do Sejmu) i wobec groźby Brauna u władzy, wyborcy mogą ich naprawdę mocno cisnąć na chociażby wyborczą formę współpracy. Wizja Brauna dla młodych kobiet może być tak koszmarna, że Czarzasty z Zandbergiem będą musieli przełknąć tę żabę i jakoś się dogadać.
O wiele trudniejszą sytuację ma jednocześnie Kaczyński. Braun jest bowiem dziś przeciwko całej wizji prawicowości, jaką przez lata próbował uprawiać PiS. Sojusz z nim oznacza nie tylko konflikt z UE, co obecny PiS jest jeszcze w stanie przełknąć, ale także z Izraelem, USA oraz własnym socjalnym elektoratem. Dlatego Kaczyński zrobi wszystko, by po wyborach dogadać się z PSL-em.
Kuszenie Kosiniaka-Kamysza miało miejsce już po ostatnich wyborach. Nie bez powodu to właśnie szef PSL ma najlepsze stosunki z prezydentem Nawrockim. Cała awantura o SAFE jest także – choć to nie najważniejszy argument – próbą pokazu siły wobec Kosiniaka, który w koalicji z Kaczyńskim i Nawrockim byłby głównym rozgrywającym, prawdopodobnie nawet premierem.
Koalicja pod wezwaniem św. Brzoski
Pytanie tylko, czy PSL wejdzie do Sejmu i czy nie potrzeba byłoby wówczas jeszcze trzeciego partnera, czyli Konfederacji.
Żeby rządzić, partia Mentzena musi stworzyć koalicję nie tylko z Braunem – potrzebuje też „tego trzeciego”. W pewnym sensie najbliżej jej do PiS, ale sojuszu z Braunem nie chce Kaczyński. Gdyby na sojusz z PiS-em z kolei nie zgodziło się PSL, to w tej skomplikowanej układance mamy jeszcze jeden wariant, a mianowicie sojusz KO–PSL–Konfederacja.
Przez wiele lat sojusz Tuska z Bosakiem i Mentzenem nie wchodził w grę, ale trudno nie zauważyć, że w wielu sprawach Tusk już teraz mówi językiem Bosaka: antyimigranckie fobie, zawieszenie prawa do azylu, deregulacyjny populizm, liberalizm wolnorynkowy czy tik-tokowy nacjonalizm. Wszystko to łączy już teraz Tuska z Konfederacją.
Sprawy obyczajowe można – jak zresztą zawsze – schować do szafy i w imię walki z Braunem i PiS-em robić własną wolnorynkową koalicję pod wezwaniem świętego Brzoski. W końcu jeśli wyborca KO dostanie alternatywę: albo Konfederacja z nami, albo z Braunem i PiS-em – to od razu pobiegnie klaskać Bosakowi.
Popisowy final boss
Wreszcie – aż strach to pisać publicznie – zostaje jeszcze jeden, ostatni wariant. Finalny boss wszystkich tych układanek. To sojusz Tuska z Kaczyńskim. Jest dosyć zabawne, że te dwie postsolidarnościowe partie, mające dziś większość konstytucyjną, mogą w zasadzie wszystko, a przez idiotyczny, w dużej mierze personalny spór okopały się tak głęboko, że wszelka rozmowa liderów jest niemożliwa.
Przecież transfery pojedynczych posłów miały już miejsce — Sikorski i Giertych to jednak ministrowie Kaczyńskiego. Kowal, Kluzik-Rostowska czy ostatnio Paweł Poncyljusz także przeszli z PiS do KO. Z kolei Jacek Saryusz-Wolski przeszedł w drugą stronę. Nieprzypadkowo takich transferów nie ma z Lewicą albo Konfederacją. Programowo, co do imponderabiliów politycznych, obie partie są dosyć blisko.
Pytanie, czy właśnie wizja rządzenia Brauna nie będzie tym, co im o tym przypomni. A jeśli nie, to czy nie przypomni im tego wujek z Ameryki, który – zwłaszcza Kaczyńskiemu – po prostu rozkaże się dogadać z Tuskiem.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.
Lewica na razie regularnie przechodzi przez próg a Razem ma duży potencjał na „efekt razem” czyli wyborczy bump. To PSL ma małe szanse na wejście do sejmu. Na razie Tusk nie musi się nawet zastanawiać nad koalicją z Konfą bo z dwoma przystawkami może będzie miał większość potrzebną do odrzucania weta prezydenta. KO jest aktualnie w świetnej formie
Moim zdaniem sukces i konfy i brauna jest reakcją na konkretną politykę. Zakopano wokizm, zakopano zielony ład, więc nie ma powodów dla wędrowania głosów do pstrej alternatywy. Przed zbliżającą się wojną obstawiam powrót do znanego, bezpiecznego duopolu. A przegra ten, kto odpali eko albo woke.