⚕️ W Polsce wciąż wykonuje się na dzieciach interpłciowych tzw. „zabiegi normalizujące” – operacje mające dostosować ich ciała do binarnych norm płci.
📊 Z danych przekazanych Rzecznikowi Praw Obywatelskich wynika, że takich interwencji przeprowadza się rocznie siedem tysięcy, choć część z nich nie ma pilnego uzasadnienia medycznego i mogłaby zostać odroczona.
⚖️ Organizacje praw człowieka, ONZ i instytucje europejskie od lat apelują o zakaz przeprowadzania niekoniecznych operacji na interpłciowych dzieciach bez ich świadomej zgody.
Mateusz Witczak: Czy Polska krzywdzi co roku 7 tys. interpłciowych dzieci?
Magdalena Rakita: Parę lat temu Rzecznik Praw Obywatelskich chciał poznać liczbę operacji chirurgicznych, jakie Polska przeprowadza co roku na dzieciach poniżej szesnastego życia w związku ze zdiagnozowaniem u nich zróżnicowanego rozwoju płci. Z odpowiedzi Ministerstwa Zdrowia faktycznie wynika, że w 2021 roku odbyło się ich 6 808 – w tym tzw. zabiegi normalizujące.
Czyli?
Interwencje chirurgiczne, które miały „dostosować” osoby ze zróżnicowanymi cechami płciowymi do „normy”.
A więc binarnego podziału na chłopczyków i dziewczynki.
Interpłciowość może objawiać się różnie: nietypową kombinacją chromosomów, układem hormonalnym, albo, jak u mnie, anatomią – moje ciało wygląda na typowo kobiece, choć urodziłam się z wewnętrznymi jądrami. Dane pozyskane przez RPO dotyczą wyłącznie tej ostatniej grupy.
Jak się nieoficjalnie dowiedzieliśmy, około połowa takich „zabiegów normalizujących” nie była konieczna, bo nie miała uzasadnienia medycznego, lub mogła zostać odroczona. Czym innym jest sytuacja zagrożenia zdrowia lub życia dziecka, jeśli np. urodzi się ono bez cewki moczowej – trzeba działać natychmiast, co do tego nie ma żadnej dyskusji.
Podobne szacunki znajdziemy w raportach FRA, czyli Agencji Praw Podstawowych UE. W co drugim przypadku „zabiegi normalizujące” przeprowadza się w Unii bez świadomej zgody – bo przecież będąc dziećmi nie jesteśmy jej w stanie wyrazić – lub nawet bez tzw. poinformowanej zgody rodziców.
Poinformowanej zgody rodziców?
Zgłaszają się do nas pary, które dysponują dokumentacją medyczną syna lub córki, ale jej po prostu nie rozumieją. Z tym samym problemem przychodzą osoby – w różnym wieku – których te zabiegi dotyczą. Podejmując decyzję o operacji bazują więc na tym, co usłyszą od lekarzy, a ci potrafią orzec, że interwencja chirurgiczna jest konieczna, bo, dajmy na to, gonady młodego pacjenta nie produkują hormonów. Sęk w tym, że wcześniej normalnie przeszedł on okres dojrzewania.
Przecież to się wzajemnie wyklucza!
Jako argument „za” operacją lekarze często przywołują także zagrożenie nowotworem. Tyle że – jak pokazuje opublikowany przez „International Journal of Cancer” przegląd ponad trzystu publikacji na ten temat – w wielu wypadkach jest ono minimalne.
Rodzic nie ma obowiązku śledzenia aktualnych badań, zgadza się więc na zabieg, nie wiedząc – bo lekarz nie udziela mu pełnej, rzetelnej informacji – jak poważne konsekwencje może mieć on później dla dziecka.
Jakie to konsekwencje?
Np. konieczność dożywotniej terapii hormonalnej, o czym 35 lat temu lekarz nie opowiedział wnikliwie ani mnie, ani moim rodzicom. Nierzadko obejmują one także bezpłodność, brak czucia w narządach płciowych albo anorgazmię. Niektóre zabiegi mogą prowadzić do tzw. kalectwa prąciowego, czyli ciężkich, pooperacyjnych deformacji. Choćby dlatego osoba interpłciowa powinna móc podjąć decyzję o interwencji chirurgicznej po osiągnięciu pewnej dojrzałości, tymczasem według niektórych publikacji średni wiek, w jakim osoby poddawane są operacjom, wynosi 8 miesięcy.
Kiedy właściwie dowiadujemy się o swojej interpłciowości?
Nie ma reguły. Niekiedy daje ona o sobie znać już na etapie badań prenatalnych, tuż po urodzeniu albo w okresie dojrzewania. Bywa że odkrywamy ją dopiero w życiu dorosłym, gdy badanie USG wykazuje „nietypowe” wewnętrzne narządy płciowe, albo kiedy testy płodności informują o zmianach na poziomie gonadalnym czy chromosomalnym. Mój kolega dwukrotnie stanął nagi przed komisją lekarską i dwukrotnie nikt się nie zorientował co do jego interpłciowości. Znam też panią, która dowiedziała się o swojej po siedemdziesiątce.
Polska pediatria często wymusza zabiegi, a jednocześnie nie mamy systemowej opieki dla pełnoletnich osób interpłciowych. W dorosłym życiu musimy szukać wsparcia na własną rękę – oczywiście prywatnie, bo w publicznej ochronie zdrowia trafienie na zaznajomionego z problematyką lekarza graniczy z cudem. Terapię hormonalną trzeba tymczasem właściwie dopasować do wieku pacjenta, uwzględniając jego samopoczucie oraz indywidualne predyspozycje. Nierzadko konieczna jest multidyscyplinarna opieka, angażująca także psychologa, ginekologa czy urologa.
Tym bardziej nie rozumiem chirurga, który lekką ręką decyduje się zmienić życie kilkumiesięcznego dziecka. Bo czy np. operacje plastyczne narządów płciowych – chociażby wycięcie komuś w młodym wieku kawałka łechtaczki lub zmiana jej kształtu – naprawdę mają medyczne uzasadnienie? Czy większa łechtaczka zagraża czyjemuś zdrowiu?
A co, jeśli na operację naciskają rodzice? Przygotowując się do naszej rozmowy obejrzałem odcinek Chirurgów, w którym to mama i tata dążą do jak najszybszej „normalizacji” płci dziecka, gdy tymczasem lekarze – trochę jak grecki chór – komentują, debatują, mnożą etyczne wątpliwości…
To dość typowy „argument” środowiska medycznego, które lubi uzasadniać interwencje chirurgiczne naciskami rodziców. Tylko czy rodzice naprawdę mają odpowiednią wiedzę, by podjąć taką decyzję? Czy ich dyskomfort jest wystarczającym argumentem za przeprowadzeniem operacji, której skutki dziecko może odczuwać do końca życia?
Na pewno powinniśmy otaczać rodziców interpłciowych dzieci opieką psychospołeczną oraz zapewniać im dostęp do rzetelnych informacji. Zwłaszcza że – jak wiemy z brytyjskiego badania opublikowanego w 2022 roku przez „IJIR: Your Sexual Medicine Journal” – nawet ci z nich, którzy początkowo nie mają problemu z „nietypowym” wyglądem zewnętrznych narządów płciowych swoich dzieci, pod wpływem nacisków „opieki medycznej” z czasem zmienia zdanie. Nawet połowa po latach podejmuje decyzję o zoperowaniu syna lub córki, choć – podkreślam raz jeszcze – taki zabieg nie ma medycznego uzasadnienia.
Skąd więc wolta?
W rodzicach narastają obawy o dalsze życie dziecka: czy jako dorosła osoba interpłciowa będzie ono szanowane? Czy zdoła znaleźć miłość?
Do pewnego stopnia są one naturalne, bo nie jesteśmy widoczną mniejszością. Większość Polek i Polaków po raz pierwszy spotyka się z pojęciem „interpłciowości” podczas diagnozy u lekarza. Problem zaczyna się, kiedy ten mówi o zróżnicowanych cechach płciowych w kategoriach „zaburzenia”, które trzeba „naprawić”, albo nazywa interpłciowe dziecko „nienormalnym”.
Rodzice nadal mogą też usłyszeć, że urodził im się „obojnak” lub „hermafrodyta”.
Większa łechtaczka nie jest problemem medycznym. Nie musi być ona zresztą jakimkolwiek problemem – podobnie jak nie muszą nim być inne typy zróżnicowanych cech płciowych. Ponieważ jednak w Polsce nie potrafimy rozmawiać o interpłciowości – jej istnienia nie zauważa w szkole ani edukacja seksualna, ani biologia – taki pejoratywny język trafia czasem na żyzny grunt, a stereotypy popychają rodziny do podejmowania niewłaściwych decyzji.
Ponownie odwołam się do własnego przykładu: jako piętnastolatka byłam zupełnie zdrową osobą, a po operacji stałam się pacjentką z kompleksowymi potrzebami medycznymi, którym moje państwo nie chce lub nie potrafi wyjść naprzeciw. Będę nią już do końca życia.
Jak liczną jesteście mniejszością? W szacunkach ONZ i NHS znalazłem spory rozstrzał: dane wahają się od 0,05 do 1,7 proc. populacji.
Gdyby interpłciowość była każdorazowo widoczna przy urodzeniu – pewnie można by ten „rozstrzał” zawęzić. Natomiast, o czym już sobie powiedzieliśmy, zróżnicowane cechy płciowe wykrywamy również w trakcie dojrzewania, na późnym etapie życia, a nawet nie mamy o nich pojęcia aż do śmierci. Nie zapominajmy także, że statystyka jest w tym wypadku kwestią polityczną – choć interpłciowość to parasolowe pojęcie, niektórzy sprowadzają ją wyłącznie do genitaliów. Chcą w ten sposób udowodnić, że stanowimy niewielką mniejszość, którą nie trzeba się przejmować.
Na to i inne przekłamania uwrażliwiałyście niedawno podczas posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Zdrowia Mężczyzn. Jak wiele wie o interpłciowości nasza klasa polityczna?
Trochę więcej, niż jeszcze kilka lat temu, choć edukowanie polityków nie jest łatwym zadaniem, bo – powiem z przekąsem – nie dostrzegamy z ich strony wielkiej inicjatywy. W zeszłym roku udało nam się spotkać z Rzeczniczką Praw Dziecka, której biuro prowadziło świetną kampanię Głos dziecka w roli głównej.
Mam wrażenie, że głos interpłciowego dziecka nadal nie jest przez Polskę brany pod uwagę, bo nadal nie ma ono żadnego prawa, by o sobie decydować. Mam jednak nadzieję, że Monika Horna-Cieślak podejmie realne działania w celu ochrony praw takich dzieci.
Być może rolę w edukowaniu na temat interpłciowości mogłaby odegrać popkultura? Tyle że na razie funkcjonuje w niej ona raczej jako „zagadka” seriali medycznych – na małym ekranie mierzył się z nią nie tylko zespół Chirurgów, ale także choćby doktor House.
W kulturze popularnej nadal brakuje mądrych, empatycznych portretów osób interpłciowych. Pewną popularnością cieszą się natomiast książki i filmy dokumentalne o, dajmy na to, sportowcach i sportowczyniach.
Pierwszą interpłciową olimpijką była Polka, Stanisława Walasiewicz. Tyle że wyszło to na jaw dopiero po jej śmierci.
Martwe osoby interpłciowe nie generują problemów – nie powiedzą przecież zza grobu: „Hej, nie czujemy się dobrze z tym, jak prezentujecie nasze doświadczenie!” Oczywiście to dobrze, że nasze historie są dostrzegane – sama niedawno ucieszyłam się z obecności w warszawskim QueerMuzeum postaci Wojciecha Skwarskiego [straconego pod Krakowem w 1561 roku za bycie osobą interpłciową, a więc: „grzechy przeciwko naturze” – przyp. aut.].
Mam jednak wrażenie, że nadal widzi się w nas przede wszystkim sensacyjną ciekawostkę. Tymczasem dla osób, które doświadczyły bycia traktowanymi przez grupy lekarzy jako „obiekty” badań lub „przedmioty” zajęć ze studentami, taka ekspozycja może się okazać retraumatyzująca.
Ile było niezdrowej fascynacji interpłciowością w drugiej edycji Top Model, do której finału dotarła Michalina Manios?
Fajnie, że są u nas osoby, które nie wstydzą się otwarcie opowiadać o swojej interpłciowości, bo jako społeczność potrzebujemy widoczności. Krajowe media interesują się nami niemal wyłącznie w kontekście sportu – np. Olimpiady w Paryżu i medalu dla Imane Khelif.
O osobach ze zróżnicowanymi cechami płciowymi mówi się wówczas bez szacunku, za to z ogromnym okrucieństwem. Po igrzyskach osoba z naszej społeczności – młoda, fajna dziewczyna – odezwała się do mnie i oznajmiła: „Wiesz, myślałam, że będę mogła wkrótce zrobić coming out, ale teraz czuję, że chyba nigdy nie będzie to możliwe”.
Trochę nie rozumiem argumentacji o „nieuczciwych przewagach” Imane Khelif. Przecież sport jest pełen anatomicznych unikatów: taki Michael Phelps ma „ekstremalnie” długi tułów, „nienaturalnie” szeroką rozpiętość ramion oraz „niespotykaną” elastyczność stawów. Badania genetyczne wykazały ponadto, że jego ciało produkuje mniej kwasu mlekowego niż przeciętny organizm, a w dodatku szybciej go wydala. Mimo to nikt nie kwestionuje sportowych osiągnięć Phelpsa.
Wątpliwości pojawiają się wyłącznie w kategoriach kobiecych. Jako społeczeństwo dokonujemy drobiazgowych kontroli ciał zawodniczek: sprawdzamy, czy mieszczą się one w „ramach”, „statystykach” i „kanonach”, czy wyglądają „wystarczająco kobieco” oraz czy loteria genetyczna nie zapewniła im aby „nieuczciwych przewag”. Zniechęcamy w ten sposób kobiety do partycypacji w sporcie, również tym amatorskim, a rykoszetem obrywają ci mężczyźni, których ciała nie wpisują się w oczekiwania na temat „normy”.
Na ile czujecie się częścią społeczności LGBTQIA+?
Przeważają wśród nas, jak w ogóle populacji, cispłciowi heterycy. W większości identyfikujemy się jako mężczyźni lub kobiety, choć oczywiście są wśród nas osoby niebinarne i transpłciowe. Bywa że niektóre z tych ostatnich podejmują w dorosłym życiu decyzję o korekcie, bo w wyniku przebytej w dzieciństwie interwencji chirurga przypisano je nie do tej płci, z którą się utożsamiają.
Nie ma reguły. Znam wręcz interpłciowe osoby queerowe, dla których interpłciowość i bycie queer to dwa osobne doświadczenia. Jednak nawet interpłciowych cishetów łączy ze społecznością LGBTQIA+ pewna wspólnota doświadczeń. Bo przecież również nasza płciowość bywa kwestionowana, również nam próbuje się narzucić określone role i stereotypy.
Ta „wspólnota doświadczeń” przerodziła się z czasem we wspólny front: od trzech lat interpłciowość pojawia się w rankingach ILGA Europe, podczas gdy np. aseksualność w dalszym ciągu nie jest w nich uwzględniona.
Uważam ILGA Europe za fantastycznego sojusznika, sukcesywnie otwiera on kolejne drzwi OII Europe [europejska sieć organizacji osób interpłciowych – przyp. aut.], a także wspiera fundacje i stowarzyszenia działające na poziomie poszczególnych krajów.
Owocem naszej współpracy jest m.in. apel do unijnych ustawodawców, których wezwaliśmy w zeszłym roku do „zajęcia jednoznacznego stanowiska przeciwko okaleczaniu narządów płciowych osób interpłciowych” oraz do „uznania takich operacji za formę przemocy”.
O zakaz „zabiegów normalizujących” apelowały w ostatniej dekadzie także Rada Europy, ONZ czy Parlament Europejski. Jako pierwsza ustawowo wprowadziła go w 2015 roku Malta.
A potem Hiszpania, Niemcy i Grecja, w kilku kolejnych krajach trwają prace legislacyjne. Hamulcowym bywają lokalne środowiska lekarskie, których przedstawiciele stwierdzają na przykład, że przecież „takich operacji” się w ich krajach nie wykonuje, a jednocześnie postulują, by zakazu nie wprowadzać.
Tymczasem w Polsce debata w ogóle się nie toczy, choć przecież niepotrzebna gonadektomia może pozbawiać osobę płodności. W myśl art. 156. Kodeksu karnego powinna więc podlegać karze od 3 do 20 lat pozbawienia wolności.
Podobne przepisy funkcjonowały w Grecji, gdzie prawica zagłosowała przeciw „zabiegom normalizującym”, uzasadniając swoje stanowisko potrzebą ochrony dzieci przed inwazyjnymi zabiegami, które nie mają podstaw w nauce.
Faktycznie ich nie mają?
O zakaz przeprowadzania takich operacji upomnieli się niedawno naukowcy działającego przy Uniwersytecie Oksfordzkim Uehiro Centre for Practical Ethics. Stu pięćdziesięciu ekspertów i ekspertek z 24 krajów zaapelowało w prestiżowym „American Journal of Bioethics” o ochronę dzieci przed zbędnymi, przeprowadzanymi bez świadomej zgody operacjami na genitaliach.
Z kolei w czasopiśmie „PLOS Global Public Health” znajdziemy efekty pracy grupy badaczy związanych ze Światową Organizacją Zdrowia. Wykonany przez nich przegląd literatury medycznej pokazuje, że – mimo apeli organizacji broniących praw człowieka – „operacje normalizujące” nadal są w krajach Zachodu powszechnie przeprowadzane. We wrześniu 2025 roku ONZ zaapelował do państw członkowskich o zakaz, w podobnym momencie Komisja Europejska przyjęła rekomendację – przegłosowaną jednogłośnie – wzywającą do niego kraje Unii.
Skąd więc opór?
Wiele społeczeństw ma problem z mówieniem o ciele, wiele państw nie zapewnia rodzicom interpłciowych dzieci wsparcia psychospołecznego, wiele szkół w ogóle interpłciowości nie dostrzega. Nadal udaje się, że nie istniejemy, ewentualnie mówi o nas szeptem, wykorzystując do tego terminologię rodem z ubiegłego stulecia.
Kiedy mieszkając w Wielkiej Brytanii poszłam na grupę wsparcia, przez pierwsze spotkania głównie słuchałam. Nie dysponowałam językiem, który pozwoliłby mi opisać, kim jestem i co czuję. Jego brak sprawia, że trudno nam oponować przed naruszaniem naszych granic i dopominać się o swoje prawa.
Wróćmy jeszcze na moment do tych „siedmiu tysięcy operacji”, jakie Polska przeprowadza co roku na interpłciowych dzieciach. W ramach dostępu do informacji publicznej Fundacja Interakcja dotarła do opinii Konsultanta Krajowego w dziedzinie urologii dziecięcej, w której twierdzi on, że na ocenę aktualnego podejścia polskiej ochrony zdrowia do tematyki zróżnicowanego rozwoju płciowego należałoby poczekać 15-30 lat. Polska może w tym czasie wykonać zabiegi na tysiącach dzieci urodzonych ze zróżnicowanymi cechami płciowymi. My, dorośli, znamy ich konsekwencje – wielu z nas będzie odczuwać je do końca życia. Wiemy też, że sporej części tych operacji można by uniknąć. I że zróżnicowanie cech płciowych naprawdę nie jest ani powodem do wstydu, ani tym bardziej do interwencji chirurga.
Magdalena Rakita – Aktywistka działająca na rzecz praw osób interpłciowych i ochrony dzieci urodzonych ze zróżnicowanymi cechami płciowymi. Współzałożycielka i prezeska Fundacji Interakcja oraz współprzewodnicząca rady OII Europe, organizacji parasolowej zrzeszającej europejskie organizacje osób interpłciowych.
Mateusz Witczak – reporter, dziennikarz, absolwent politologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisze o kulturze cyfrowej, osobach LGBT, prawach kobiet i niepełnosprawności, współpracuje z „Polityką”, „Gazetą Wyborczą” i Dwutygodnikiem.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.