W amerykańskiej historii można wskazać całe mnóstwo starszych braci trumpizmu, takich jak faszyzujący ruch spod znaku Jima Crowa, który zgotował Amerykanom lata społeczno-politycznego terroru, przesłuchania antykomunistycznej komisji McCarthy’ego, czy popełnione z samozadowoleniem ludobójstwo rdzennych mieszkańców kontynentu. Tyle że dziś, gdy trumpizm gwałtownie rośnie w siłę, należy pamiętać, że Ameryka to nie tylko kraj okrutnych dogmatyków. To również kraj bajecznie bogatych oszustów.
Mówi się o Trumpie, że jest gwiazdorem reality show, i to w pewnym sensie prawda: grał na małym ekranie miliardera, i to na długo, zanim zgarnął prawdziwe miliardy. A zgarnął je dzięki umiejętności bajerowania: ponieważ wyglądał tak, jak biedacy wyobrażają sobie bogacza, wyłudzał kredyty i skubał na prawo i lewo wierzycieli, kontrahentów, podwykonawców, partnerów biznesowych i robotników, a nawet władze lokalne, stanowe i federalne.
To wyniosło go do władzy. Chełpił się przecież ze sceny, że żyłka cwaniaka jest oznaką jego inteligencji. Jak niejeden sprzedajny urzędnik państwowy Trump jedzie na opinii typa, który może i kradnie, ale robi dobrą robotę. (chociaż z tą robotą to też nie do końca prawda, istnieje bowiem spore prawdopodobieństwo, że o dowolnie wybranej porze albo drzemie, albo ogląda Fox News, albo gra w golfa).
Przypomnijmy: prawica to ruch, który uważa, że rządy są nieefektywne i skorumpowane, dlatego przywódcy wybrani z prawej strony politycznego spektrum w zasadzie tylko potwierdzają te zarzuty, urzędując w sposób niekompetentny i skorumpowany. Osoba pokroju Trumpa musi nieustannie wmawiać ludziom, że nie mogą polegać na ani na instytucjach, ani na własnych sąsiadach. Jego recepta na władzę polega na przekonywaniu wyborców, że cały system jest ustawiony przeciwko nim oraz że tylko on, spec od przekrętów, wie, jak ten system ustawić tak, by wreszcie zaczął działać na korzyść „zwykłych ludzi”.
Jednak aby wygrać, nie wystarczy tylko stwierdzić, że system jest ustawiony. Jeśli ludzie mają w to uwierzyć, najlepiej, żeby system rzeczywiście taki był. Jak przekonać ludzi, że wybory są nieuczciwe? Ot, choćby legalizując finansowanie kampanii „ciemnymi pieniędzmi” z szemranych źródeł i wstawiając do lokali wyborczych wadliwe maszyny do głosowania, kupione bez przetargu i niemożliwe do skontrolowania przez organy państwa.
Jak przekonać ludzi, że istnieje sekretna klika bogatych pedofilów, którzy trzymają dzieci w piwnicy pod jakąś pizzerią? Będzie łatwiej, gdyby że rzeczywiście istniała taka siatka zamożnych pedofilów, imprezujących na prywatnej wyspie, gdzie wykorzystali seksualnie ponad tysiąc dzieci (choć nie jest to jeszcze ostateczna liczba).
Jak przekonać ludzi, że system finansowy to ustawione kasyno, więc w zasadzie spokojnie można ryzykować i obstawiać kryptowaluty i rynki zakładów bukmacherskich? To nietrudne, jeżeli rzeczywiście istnieje system finansowy, którym zawiadują banki, które dostają miliardy z publicznej kasy, a następnie odbierają milionom Amerykanów domy, bo prezydent Obama za radą sekretarza skarbu Tima Geithnera postanowił użyć tych domów, by zapewnić bankom „miękkie lądowanie” po krachu finansowym wywołanym przez te banki.
Po co o tym piszę? Bo jeśli chcemy zrozumieć, skąd wzięły się te zastępy faszyzujących naiwniaków i ich rozpaczliwa tęsknota za despotą, który w ich imieniu ogra zmanipulowany system, trzeba zajrzeć głębiej, pod podszewkę rasizmu i ksenofobii, i zobaczyć, że ten system rzeczywiście jest pod wieloma względami „ustawiony”. Rasizm i mizoginia same w sobie nie wystarczą, żeby wychować naród faszystowskich marionetek. Najpierw potrzebny jest skorumpowany system.
Dlatego warto w pierwszej kolejności spróbować zrozumieć, o co chodzi w finansach. Sektor finansowy ukrywa swoje grzechy za „tarczą nudy” (celne określenie Claire Evans). Zwykłym ludziom trudno przedrzeć się przez kakofonię żargonu i głębokie warstwy performatywnej złożoności, by móc pokusić się o krytykę sektora finansowego. Żerują na tym pasożyty finansjery, wykorzystując gmatwaninę niejasności w systemie, by przekonywać, że krytycy nie wiedzą, o czym mówią, i że tak naprawdę wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Taka dynamika prowadzi do niewiarygodnej destabilizacji. Kiedy żyje się w systemie, w którym jesteśmy codziennie oskubywani, a ludzie, którzy wydają się od nas mądrzejsi, na pozór racjonalnie wyjaśniają, że wszystko jest w najlepszym porządku i w pełni zgodnie z prawem, nietrudno utracić wiarę w ekspertów, praworządność i w system jako taki. Stąd już prosta droga prowadzi w ramiona jakiegoś satrapy, który obiecuje wyrolować ten system w naszym imieniu.
Spójrzmy choćby na skup własnych akcji, tzw. buyback – oszustwo giełdowe, które do 1982 roku było w USA nielegalne. Polega on na tym, że firma skupuje na wolnym rynku własne akcje [i zwykle je umarza – red.]. To sprawia, że w obrocie publicznym pozostaje coraz mniej akcji takiej firmy, a im akcji jest mniej, tym wyższa staje się ich cena jednostkowa. To nic innego niż pewna forma „wash tradingu”, sztucznego zawyżania obrotu, przypominająca działania oszustów obracających NFT i shitcoinami, którzy kupowali własne produkty po to, by wywołać wrażenie, że stanowią coś wartościowego i pożądanego.
Piewcy rynków jako systemów dystrybucji (w przeciwieństwie na przykład do dystrybucji w wykonaniu rozliczalnego przez demokratyczne mechanizmy państwa) uważają, że rynki są wydajne, ponieważ ceny zawierają w sobie „zakodowaną informację” o tym, na ile dany produkt jest pożądany i rentowny, a także o różnych cechach danych towarów czy usług. To ulubiony argument zwolenników nowego rodzaju ustawionych kasyn pod nazwą „rynki prognostyczne”, które już teraz wychowują sobie nowe pokolenie bojowników faszyzmu, najpierw ich okradając i puszczając w skarpetkach, a następnie twierdząc, że wszystko było nie tylko legalne, ale co więcej, stanowiło naukowy sposób na pozyskanie „zakodowanych informacji” o otaczającym nas świecie.
W systemie rynkowym ceny akcji powinny odzwierciedlać sumę informacji na temat aktualnej kondycji i perspektyw danej firmy. Kiedy jakaś firma skupuje własne akcje, ich cena rośnie, ale ich wartość spada.
Wyobraźmy sobie, że jakaś firma, która ma miliard dolarów w gotówce, została wyceniona na 10 miliardów dolarów. Z tego wynika, że wartość jej kapitału zakładowego (fabryki, zapasy itp.), własności intelektualnej (patenty, procesy, prawa autorskie itp.) i kapitału ludzkiego (etatowcy, pracownicy na umowy cywilnoprawne) tej firmy wynosi dziewięć miliardów dolarów. To wiarygodny szacunek, ponieważ wiemy dokładnie, jaką wartość ma jeden miliard dolarów w gotówce: jest wart jeden miliard dolarów.
A teraz wyobraźmy sobie, że ta sama firma postanowi ten miliard roztrwonić, skupując własne akcje. Firma nie ma już miliarda dolarów w gotówce; w ogóle nie ma żadnej gotówki, został jej tylko kapitał fizyczny, własność intelektualna i kapitał ludzki, warte dziewięć miliardów dolarów. Wartość firmy jest więc teraz niższa niż wcześniej, przed odkupieniem akcji.
Co więcej, wycena firmy spadła o więcej niż tylko przepuszczony przez nią na buybacki miliard. Ogołocona z zapasów gotówki firma stała się krucha, podatna na problemy. Gdy nie ma bufora gotówki każdy gwałtowny wzrost czynszów, zmiana warunków rynkowych czy inne niekorzystne zdarzenia zmuszą ją do żebrania o kredyty (jak to w przypadku desperatów bywa – za lichwiarskie odsetki), by mogła jakoś przetrwać burzę. Jeżeli w cenie akcji rzeczywiście znajdują się „zakodowane informacje” na temat wartości firmy, buyback za miliard dolarów powinien obniżyć cenę akcji spółki o więcej niż tylko ów wydany miliard. Tymczasem w rzeczywistości cena akcji na giełdzie idzie w górę.
To zwykła giełdowa manipulacja – i dlatego taka operacja do niedawna była nielegalny. Jednak apologeci systemu będą przekonywać, że wykup własnych akcji to nic innego jak zwyczajna dywidenda, czyli tylko jeden z wielu sposobów, w jaki firma wypłaca się akcjonariuszom, którzy, jak by nie patrzeć, są jej właścicielami, a zatem mają prawo do czerpania z niej zysków.
Jest to kłamstwo w żywe oczy. Fakt, dywidenda polega na wyjęciu pieniędzy z firmowej kiesy i rozdaniu ich akcjonariuszom. Ale dywidenda to tak naprawdę postawienie na przyszłe sukcesy firmy – i dlatego, gdy spółka ogłasza wypłatę dywidend, cena jej akcji rośnie. Inwestorzy widzą firmę, która jest tak świetnie zarządzana, że może sobie pozwolić na upuszczenie z biznesowego krwiobiegu nieco rezerw gotówki dla akcjonariuszy, zatem inwestorzy kupią jeszcze więcej akcji tej spółki, spodziewając się, że dzięki tak sprawnemu zarządzaniu uda się z niej wycisnąć jeszcze większą dywidendę.
Wyobraźmy sobie jednak, że jakaś firma wypłaci dywidendę tak wysoką, że w kolejnym roku trudno jej będzie powiązać koniec z końcem i nie zbankrutować. Weźmy na przykład dom wydawniczy, którego dywidenda była tak duża, że w nowym sezonie nie stać go już na zapłacenie zaliczek na kolejne książki, co oznacza, że może zarabiać jedynie na tytułach już wydanych, zalegających w magazynie, ale nie ma szans zdobyć praw do przyszłorocznego bestsellera.
Taka dywidenda nie sprawi, że inwestorzy zaczną się zabijać o akcje tej firmy. Po co stawiać na akcje spółki właśnie skazanej przez zarząd na kiepski sezon, a może nawet na spiralę śmierci, z której nie ma wyjścia? Bez nowych książek w ofercie firma nie będzie miała gotówki na dywidendy, a kiedy przestanie je wypłacać, spadnie cena jej akcji, co z kolei zrobi wyrwę w bilansie akcjonariuszy.
A teraz porównajmy to z buybackiem: żeby wykupić z rynku własne akcje, dana firma po prostu wydaje posiadaną gotówkę, pożyczone środki, środki ze sprzedaży kluczowego kapitału, albo pieniądze zaoszczędzone dzięki grupowym zwolnieniom. Po czym cena jej akcji rośnie.
Innymi słowy: jeżeli cena akcji danej firmy rośnie w reakcji na informacje o dywidendzie, „zakodowana informacja” mówi nam, że rynek ma zaufanie do zarządu firmy i wierzy w jej dalszy rozwój. Kiedy z kolei cena akcji rośnie w reakcji na informację o buybacku, „zakodowana informacja” mówi nam, że rynek jest przekonany o tym, że firma będzie nadal łupić, ile się da, aż po kompletną samozagładę.
Już myślałem, że na tym cała historia o buybackach się kończy, ale gdzie tam: jak to w finansach bywa, skupywanie własnych akcji okazuje się procesem korupcji na wielu poziomach i w wielu wymiarach. Czytam właśnie książkę wykładowcy prawa w Boston College, Raya D. Madoffa The Second Estate: How the Tax Code Made an American Aristocracy, która odkryła przede mną kolejne oburzające aspekty buybacków:
W rozliczeniach podatkowych dywidendy ujmowane są jako „zwykły przychód”, co oznacza, że są opodatkowane stawką do 37 proc. Tymczasem jeżeli ktoś sprzeda akcje, których cenę podbił wcześniejszy buyback, wtedy taki zarobek ujmuje się jako „zyski kapitałowe”, podlegające opodatkowaniu mniej więcej o połowę mniejszemu (20 proc.). Oznacza to, że akcjonariusze płacą o połowę niższy podatek od pieniędzy pochodzących z wyżyłowania spółki w porównaniu z tym, co musieliby zapłacić od pieniędzy pozyskanych ze spółki zarządzanej z wizją zrównoważonego rozwoju.
Gorzej: od zysków kapitałowych można potrącić w rozliczeniu straty kapitałowe. Jeżeli ktoś zainwestuje w akcje, które straciły na wartości, może zatrzymać je w portfelu do czasu, kiedy będzie zbywać rentowne akcje, i wtedy odliczyć sobie straty od zrealizowanego zysku.
Zresztą nawet nie trzeba sprzedawać akcji, żeby zrealizować z nich nieopodatkowany przychód: ludzie ultrabogaci mają pewną strategię finansową, którą można nazwać „kupuj, pożyczaj, umrzyj” i która pozwala im nigdy nie płacić żadnych podatków. W ogóle.
Na czym to polega? Otóż, jeżeli ktoś ma różne akcje, może użyć ich jako zabezpieczenia nieopodatkowanego kredytu. Albo jeszcze lepiej, sprytny bogacz wie, że odsetki od takiej pożyczki można w części lub całości odliczyć od podstawy opodatkowania. Gdy ktoś jest wystarczająco bogaty, nie musi regularnie spłacać kredytu. Taki bogacz spokojnie przygląda się, jak cena akcji w jego portfelu rośnie, a kiedy nadchodzi termin zapadalności kredytu, pożycza jeszcze więcej pieniędzy zabezpieczonych nową wyceną akcji – i tą pożyczką spłaca wcześniejszy kredyt.
To objaśnia „kupowanie” i „pożyczanie”, przejdźmy więc do „umierania”. Wraz ze śmiercią bogacza jego aktywa przechodzą na dzieci, które korzystają z tzw. mechanizmu podwyższenia początkowej wartości majątku, co pozwala uniknąć księgowania jakichkolwiek zysków kapitałowych wynikających ze wzrostu wartości dziedziczonego majątku.
Gdyby ktoś sobie w tym miejscu pomyślał, że też mógłby w ten sposób coś uszczknąć dla siebie, mam złą wiadomość: nikomu z nas nie zostaną przyznane takie fajne kredyty, których nie trzeba regularnie spłacać. Co więcej, jeżeli ktoś ma akcje, z pewnością wszedł w ich posiadanie przez plan emerytalny, na przykład w trzecim filarze. Kiedy wypłacamy środki z ubezpieczenia emerytalnego, są one traktowane jako „zwykły przychód”, opodatkowany blisko dwa razy wyższą stawką niż ta, którą płacą sobiepańscy amerykańscy plutokraci.
Oznacza to, że buybacki są elementem systemu, w którym bogaci stają się znacznie bardziej bogaci za każdym razem, kiedy firma, która dotąd robiła coś sensownego i zatrudniała zwykłych ludzi, nagle popełnia harakiri i wyrusza prostą drogą do bankructwa. W tym systemie pracownicy najemni nie mogą z niego skorzystać, nawet jeżeli mają akcje. Mogą jedynie żyć sobie w świecie, w którym biznesy są grabione i niszczone, a dyscyplina budżetowa wymusza ograniczanie usług publicznych, bo w budżecie państwa brakuje na nie pieniędzy, bo bogaci nie płacą podatków.
Dlatego właśnie buybacki mają swoich apologetów. Te giełdowe machlojki, które – przypomnijmy – nie tak dawno były jeszcze nielegalne, pozwalają wzbogacać się bogatym. Ci zaś wydają część zdobytych w ten sposób łupów na finansowanie armii internetowych trolli, które wmawiają zwykłym ludziom, że buybacki to nic strasznego, tylko dywidenda pod inną nazwą.
To jeden z elementów tej samej złodziejskiej gospodarki, w której lobby kryptomiliarderów przekupuje i terroryzuje ustawodawców po to, by móc łączyć swoje spekulacyjne aktywa z realną gospodarką, zagrażając tym samym kondycji ekonomicznej zwykłych ludzi.
W ramach tejże samej bandyckiej gospodarki ziomki od AI narażają globalny rynek na niebezpieczeństwo, stosując lewą księgowość i składając puste obietnice.
Złodziejska gospodarka na trwałe wpisała się w amerykańską codzienność. To fundament trumpizmu i finansowa podstawa takich inicjatyw jak Projekt 2025. Całkiem dosłownie: Heritage Foundation (która stworzyła Projekt 2025) została założona i sfinansowana przez założycieli Amwaya – zbójeckiej piramidy, którą przed postępowaniem karnym uratował Gerald Ford – kongresmen również sponsorowany przez założycieli Amwaya, kiedy został prezydentem i nakazał Federalnej Komisji Handlu (FTC), by odpuściła sobie dochodzenie.
Trump nie kłamie: system naprawdę jest zmanipulowany. Jeżeli chcemy wyciągnąć z otchłani faszyzmu naszych bliskich, którzy zaczęli się w nią osuwać, trzeba najpierw zrozumieć i umieć wyjaśnić, na czym ta manipulacja polega. A nie upierać się, wzorem Hillary Clinton, że przecież „Ameryka już jest wielka”.
Ameryka wcale nie jest wielka. Została przeorana przez kastę Epsteina, która oskubała nas do czysta, zgwałciła nasze dzieci, a teraz sprzedaje nam shitcoiny, chatboty i cały ten spektakl, w którym na ulicach strzela się do demonstrantów. Ale sama świadomość, że system jest zmanipulowany, to za mało, bo przecież wszyscy o tym dobrze wiedzą. Żeby stworzyć ruch, który ocali naszą przyszłość, trzeba wiedzieć, jak konkretnie ten system został zmanipulowany – i kto to nam zrobił.
**
Artykuł opublikowany na blogu autora pluralistic.net. Z angielskiego przełożyła Dorota Blabolil-Obrębska.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.